Konwenty Południowe - Recenzja książki: Miroslav Zamboch „Łowcy”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

lowcy

Miroslav Zamboch - „Łowcy”

fabryka slowWydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 520
Cena okładkowa: 39,90 zł

Dawno minęły czasy, kiedy musielibyśmy polować, żeby wykarmić siebie i swoją rodzinę. Nie oznacza to jednak, że nie polujemy – zajęcie, to ma obecnie ma tyluż zwolenników, ilu przeciwników. Bo czy to uczciwa walka – uzbrojony w broń palną myśliwy naprzeciwko zaszczutej zwierzyny mającej do obrony tylko własne kły i pazury? A gdyby wyrównać szanse, stawiając tego samego myśliwego naprzeciwko największych drapieżników, jakie kiedykolwiek kroczyły po Ziemi? Kto by wygrał? Być może taka myśl przyświecała Miroslavowi Żambochowi podczas pisania swojego najnowszego dzieła – oto „Łowcy”.

Bohaterem „Łowców” jest Mark Twilli, astrofizyk, miłośnik szybkich samochodów i kompletny odludek. Jego głównym zajęciem i projektem życia jest projekt „Skok Kazualny”, polegający na poszukiwaniu wolnych wektorów umożliwiających sondom badawczym skoki czasoprzestrzenne w różne miejsca kosmosu i pobieranie danych do obróbki. Życie Marka staje na głowie, kiedy nakładają się w nim dwa przypadki. Pierwszy z nich to spotkanie ze starym znajomym ze szkolnej ławy, Janem Petrem, obecnie milionerem, inwestorem i dekadenckim leniem obracającym się w towarzystwie podobnych do siebie, spędzającym z nimi czas na imprezach, a także polowaniach na grubego zwierza. Drugi – to przypadkowe odkrycie wektora prowadzącego w odległą przeszłość... Z możliwością uzyskania biletu powrotnego. Jak odległą? Prehistoryczną – taką, w której po ziemi spacerowały jeszcze olbrzymie gady, póki przypadkowa kolizja z pewnym kamykiem nie zdmuchnęła ich z powierzchni globu. Twilli popełnia straszliwy błąd, opijając swój sukces, po czym dzwoniąc do Jana. Wszystko to owocuje przygotowaniem jedynej w swoim rodzaju wyprawy łowieckiej, w której blisko dwunastka zblazowanych bogaczy spędzających czas na strzelaniu z ciężkiej broni do dzikiej zwierzyny będzie miała okazję zastrzelić coś, czego wcześniej nie zastrzelił jeszcze nikt inny. Twilli zostaje wciągnięty w całą tę imprezę jako konsultant oraz kierowca. Jednak ani on, ani Jan Petr, ani nikt inny nie spodziewa się tego, co tam zastaną. Powrót jest możliwy dokładnie za sześćdziesiąt dni – czy komuś uda się przeżyć, kiedy zwierzyna nieoczekiwanie zamieni się miejscem z myśliwymi?

„Łowcy” pretendują do miana przygodowej powieści science fiction – chociaż to ostatnie jest tu nieco na doczepkę, dzięki czemu autor mógł wrzucić swoich bohaterów w nietypowe realia, gdzie będą przeżywać dzieje najbardziej nietypowej wyprawy łowieckiej. Chociaż napotykamy tu trochę technobełkotu, trzeba przyznać, że autor dość fachowo przygotował się z paleontologii, dzięki czemu ukazanie prehistorycznych superjaszczurów w kontakcie z ostrą amunicją wypada aż nad wyraz przekonująco.

Główny bohater jest dla Żambocha krokiem w mało zbadanym kierunku – nie jest ociekającym testosteronem macho, który wali wódę na szklanki, gnie w dłoniach żelazne sztaby, a poza tym jest kompletnie martwy w środeczku. Przeciwnie – Twilli to zakompleksione popychadło, kompletnie nie na miejscu wśród napakowanych twardzieli stanowiących lwią część wyprawy. Paradoksalnie, ponieważ Żamboch nie najlepiej radzi sobie z pisaniem takich postaci, również Mark jest jednym z nielicznych jego bohaterów, którzy w czasie trwania akcji przeżywają jakąś zauważalną przemianę: przyzwyczajony do bladego światła monitora Twilli będzie musiał wyjść trochę na słońce, nauczyć się strzelać i kapkę zmężnieć, żeby pokonać głównego złego i… znaleźć sobie dziewczynę.

Nie byłaby to powieść Żambocha, gdyby w którymś momencie nie następował zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. I rzeczywiście tak jest – zdradza to nawet tekst z okładki. Jak to u Żambocha bywa, niekoniecznie łatwo ten nagły zwrot przyswoić. Znając jego wcześniejsze powieści byłem już przygotowany na to, że w którymś momencie nastąpi coś dziwnego. I, prawdę mówiąc, trudno mi powiedzieć, czy byłem bardziej rozczarowany tym, że zwrot nie był aż tak wymyślny, czy zniechęcony faktem, że w ogóle się pojawił.

„Łowcy” nie są typową powieścią Żambocha, ale nie tylko dlatego, że protagonista nie jest spoconym pakerem. Brakuje tutaj co najmniej dwóch elementów, które u tego twórcy spotykało się bardzo często – pierwszym jest, znana choćby z „Mrocznego Zbawiciela”, mało subtelna erotyka, drugim natomiast widowiskowe, świetnie opisane sekwencje walki, tutaj wyparte po prostu przez onomatopeje mające oznaczać wystrzały ze sztucerów, śrutówek i broni maszynowej. O ile brak tego pierwszego w niczym mi nie przeszkadzał i nawet ucieszył, o tyle drugie potrafiło zmęczyć.

Ktoś kiedyś stwierdził, że Żamboch dużo lepiej odnalazłby się jako scenarzysta niż pisarz. „Łowcy” wydają się tę tezę potwierdzać – byłby z tego niezły film akcji. Jako powieść jego najnowszy produkt niczym nie zaskakuje ani nie oszałamia – stanowi jednak przyjemną, nawet jeśli mało wymagającą, rozrywkę na jeden wieczór.