Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

wciaz cie widze

Daniel Waters - „Wciąż cię widzę”

wydawnictwo dolnoslaskieWydawnictwo: Dolnośląskie
Liczba stron: 304
Cena okładkowa: 35,00 zł

Książka młodzieżowa, której lepiej nie czytać przed snem. A przed lekturą – streszczenia na okładce, zdradzającego zbyt wiele. Co prawda i tak ten ujawniony wątek szybko wyjaśnia się także w treści, ale opis pozbawił tajemnicy kilka pierwszych rozdziałów. Wspominam o tym jeszcze przed wstępem, jako ostrzeżenie.

„Wciąż cię widzę” nie jest nowością na światowym rynku wydawniczym. W Polsce premierę miała, co prawda, w styczniu 2019 r., za to w USA – w 2012 r. Jej autor, Daniel Waters, napisał dotychczas pięć książek, z których wszystkie przeznaczone są dla nastolatków. Z noty biograficznej na okładce nie dowiemy się jednak zbyt wiele o jego twórczości, zamiast tego dostajemy informację o miejscu zamieszkania i posiadaniu dwójki dzieci. Dlaczego zatem sięgnęłam po tę książkę? Miałam ochotę na coś, co szybko przeczytam i czego akcja nie będzie skomplikowana i wielowątkowa (nie zawiodłam się). Zastanowiło mnie też, jak oszczędny w krew i morderstwa będzie kryminał dla młodzieży i – przede wszystkim – jak wpleciono w niego zjawiska paranormalne, by całość miała sens. Okazuje się, że można zrobić to w całkiem interesujący sposób, nie cenzurując krwi i opisów umierania.

Po Wydarzeniu, które odebrało życie kilku milionom ludzi, na świecie zaczęły pojawiać się duchy. Właściwie nikomu nie przeszkadzają – ot, istnieją sobie jako fragment codzienności. Jednak dwoje nastolatków i ich nauczyciel postanawiają poznać przyczynę obecności zjaw. Odkrywają jednak inne tajemnice, na przykład tę, że życie Veroniki, głównej bohaterki, jest zagrożone – ktoś dzięki jej ciału pragnie przywrócić do życia swoją zmarłą przed laty córkę...

Tak w skrócie można opisać fabułę bez ujawniania jej wątków (tak, spoiler na okładce jest większy). Brzmi jak kryminał fantasy o nastolatkach i dla nastolatków? Tym też, w zasadzie, jest. Główni bohaterowie mają około szesnastu lat, wiele czasu spędzają w szkole, rozmawiają przede wszystkim z rówieśnikami, rodzicami i nauczycielami, ich znaczące problemy wynikają ze źle ulokowanych uczuć. Idealna Veronica ma, rzecz jasna, brzydszą, niewyróżniającą się przyjaciółkę, a jej kolega Kirk, jak typowy amerykański uczeń, grał kiedyś w kosza. A poza tym otaczają ich duchy i nad jedną z dziewczyn wisi groźba śmierci z ręki dotychczas nieuchwytnego seryjnego mordercy.

I tutaj pojawia się druga wada (pierwsza to tekst na okładce), która z jednej strony pozwala nam docenić pełne aluzji, nieco psychopatyczne wypowiedzi kryminalisty, z drugiej – informacja o jego tożsamości podana jest zbyt wprost i całkowicie pozbawia elementu niepewności. Od razu wiemy, kto jest sprawcą i jakie ma motywy. Pozostają jedynie pytania, czy osiągnie cel i, ewentualnie, czy ma schizofrenię. Mimo wszystko główny negatywny bohater… najszybciej zdobywa sympatię czytelnika. O nim wiemy najwięcej, ma najpełniej opisane emocje pozwalające go zrozumieć. Brakuje tego u innych postaci. Są po prostu płytkie, a tempo akcji w znacznej mierze przyćmiewa wzmianki o ich wewnętrznych przeżyciach. Owszem, ci bohaterowie także mają swoje przemyślenia i uczucia, ale nawet ich najsmutniejsze historie nie są w stanie dotknąć nas tak, by zostały zapamiętane. Trzeba jednak zaznaczyć, że pokazany jest punkt widzenia właściwie każdej kluczowej postaci. Mimo to odbioru nie zmienia nawet zastosowana w niektórych podrozdziałach pierwszoosobowa narracja jednego z bohaterów. Wprowadzono ją zapewne w celu stworzenia atmosfery tajemnicy, włączenia kolejnego chłopaka do życia Veroniki albo powiedzenia nam więcej o zjawach. Tylko właściwie… po co? Chyba nawet duchy siebie nie rozumieją, choć czasami wydają się bardziej żywe i prawdziwsze niż ludzie.

Ci wszyscy chłopcy i wątki miłosne z życia Veroniki to zresztą kolejne zbędne motywy w książce. Akcja równie dobrze – a może i lepiej – potoczyłaby się bez nich, ale docelowi odbiorcy zapewne potrzebują też takich, jakże im bliskich, rozterek. Starsi czytelnicy po prostu muszą przez nie przebrnąć. Zachowania związane z uczuciami są aż nazbyt stereotypowe, niemniej szybko zapomina się o ich drażniących, przesłodzonych aspektach. Dają za to autorowi kilka okazji do pokazania swojego ironicznego poczucia humoru, które Waters zgrabnie dostosowuje do oczekiwań nastolatków. O humorze jednak za chwilę, wróćmy jeszcze do zarzutów wobec książki.

Jakie inne wady ma powieść? Bardzo często brakuje w niej logiki. Jeśli autor decyduje się na osadzenie fabuły w, mimo wszystko, rzeczywistym świecie, powinien wziąć pod uwagę prawa obowiązujące w społeczeństwie i przewidzieć zachowanie ludzi jako ogółu. Tymczasem istotę duchów badają tylko nauczyciel i nastolatkowie, a nie – rząd lub policja (służby mundurowe istnieją, choć nie działają szczególnie sprawnie). Nieokreślonego Wydarzenia, w którym giną miliony osób, także nikt nie próbuje zrozumieć, co więcej – po kilku latach życie toczy się tak, jakby nic się nie stało. Poza tym Waters wyjaśnia to, co nie powinno być wyjaśnione aż do przedostatnich stron, a przy tym nie odpowiada na nurtujące czytelnika pytania, także te, które padają w książce. Pojawia się wiele niezrozumiałych sytuacji, które dałoby się wytłumaczyć, gdyby autor zechciał poświęcić im kilka zdań. Odnoszę wrażenie, że po prostu sam twórca… nie miał na nie pomysłu. Potrzebował danego elementu, więc go wprowadził. I tyle.

Co jednak sprawiło, że książkę przeczytałam z przyjemnością, zainteresowaniem i mimo wszystko mnie przekonała? Przede wszystkim wspomniany ironiczny, nieco złośliwy humor narratora i postaci – codzienny, ale mający wiele uroku. Ogromnym plusem jest także tempo akcji. Czasami spada, jednak wówczas zdarza się coś, przez co znowu wzrasta. Sama fabuła może nie jest szczególnie ambitna i zaskakująca, ale trzyma w napięciu. Do tego niektóre zjawy nieco przerażają (jeśli je sobie odpowiednio wyobrazimy, bo podczas lektury wiele rzeczy trzeba sobie dopowiadać). Ale przede wszystkim – treść sprawia, że zastanawiamy się, czym tak naprawdę jest dusza i co dzieje się z nią po śmierci. Autor podaje bardzo interesujące koncepcje, choć szkoda, że tylko lekko je nakreśla i nie opowiada się za żadną z nich.

Przechodząc na koniec do kwestii technicznych, muszę przyznać, że w tym zakresie nie mogę zarzucić nic poważnego. Raczej duża czcionka i odpowiednie interlinie ułatwiają lekturę, a miękka okładka sprawia, że książka jest bardziej poręczna. Wydawnictwo nie oszczędzało na druku i papierze. Korektor, co prawda, zostawił jeden czy dwa zbędne przecinki, ale wykazał się znajomością najtrudniejszych zasad ortografii (np. podstępne „toby”). Mocno razi jedynie zastosowanie czasownika w nieodpowiednim rodzaju („mogła” zamiast „mógł”). Nie dodano ilustracji poza tymi na okładce – grafiką na jej przedniej stronie (dość odległa wariacja na temat treści) i zdjęciem autora przy notce biograficznej na tylnej.

Na podstawie powieści powstał film pt. „I still see you”. Być może dlatego polski wydawca zdecydował się na zmianę tytułu książki, oryginalnie brzmiącego „Break my heart 1,000 times”. Osobiście jestem przeciwna tak znaczącym ingerencjom – chociaż oba tytuły pasują do treści, to pierwotny przekonuje mnie bardziej. Zwraca uwagę na te nie do końca podkreślone uczucia bohaterów, którzy mimo wszystko nie są aż tak płytcy, oraz drugie, głębsze dno powieści.

„Wciąż cię widzę” polecam i nasto-, i dwudziestoparolatkom. Nieskomplikowana fabuła, mnogość dialogów i skąpe opisy sprawiają, że to idealna lektura „do autobusu” lub gdy ma się ochotę na coś prostego, naiwnego, ale skłaniającego do przemyśleń. Bo mimo wszystko jest to książka lekka, choć siejąca ziarno niepewności, czy ci, którzy w tym autobusie stoją obok nas, rzeczywiście… żyją.