Konwenty Południowe - Recenzja książki: Marcin Podlewski „Księga Zepsucia. Tom I”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

ksiegazepsucia1

Marcin Podlewski - „Księga Zepsucia. Tom I”

fabryka slowWydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 378
Cena okładkowa: 39,90 zł

To straszne, a zarazem ekscytujące przeżycie – znaleźć się w obcym miejscu, wśród nieznajomych o dziwnych zwyczajach, nie rozumiejąc nawet, o czym rozmawiają. Jeżeli przy okazji nie masz ze sobą ani grosza, ani nawet mapy, na nogach jedynie znoszone buty, w dodatku  absolutnie żadnego planu, z pewnością czeka cię nie lada przygoda. W dodatku jeśli na domiar wszystkiego nawet ziemia i niebo są inne – pierwsza jałowa i jakby wypalona, drugie żółte i mętne – a ostatnie towarzyszące ci wspomnienie to rozdzierająca agonia na krześle elektrycznym, bez wątpienia mocnych wrażeń wystarczy ci do końca (prawdopodobnie dość krótkiego) żywota. W takiej właśnie sytuacji możemy się znaleźć wraz z bohaterem pierwszego tomu nowego cyklu Marcina Podlewskiego, autora „Głębi”, znanej i docenionej czteroczęściowej space opery. Oto jest „Księga Zepsucia”.

W niedalekiej przyszłości Europa jest cesarstwem – a sprawy mają się w niej jak najgorzej. Malkolm „Rud” Rudecki za zabójstwo dokonane w afekcie na ludziach, którzy zamordowali mu żonę i skrzywdzili małoletnią córkę został osadzony w więzieniu o szczególnie zaostrzonym rygorze. Kiedy okazuje się, że jeden z morderców był synem wysoko postawionego urzędnika, odsiadka zmienia się w karę śmierci – a Rud trafia na krzesło, które ma zafundować mu najbardziej elektryzujące doznanie w życiu. Nie dane mu jest jednak zmienić się w kupkę popiołu. Tuż po swojej domniemanej śmierci budzi się bowiem w miejscu zupełnie odmiennym od naszego – jednak wcale nie znaczy to, że choć odrobinę lepszym.

Thea jest światem, w którym zło zatryumfowało. Jałowy krajobraz usłany jest ciasnymi, warownymi miasteczkami zamieszkanymi przez zastraszonych ludzi, lgnących do mocy ochronnych kręgów utrzymujących mordercze, bluźniercze siły na zewnątrz. Władzę sprawują Skrzywieni – to ci, którzy własną wolą potrafią wypaczać Proste Prawo stanowiące fundament ponurej rzeczywistości. Rudecki z początku nie może uwierzyć w to, co go spotkało – będzie musiał jednak zrozumieć dziwne realia, w których się znalazł, jeśli ma mieć jakiekolwiek szanse na powrót do domu. Byłoby to dużo prostsze, gdyby nie dziwna moc, która manifestuje się, kiedy Rud wpada w złość – moc, która sprawia, że Skrzywieni zaczynają uważać go za konkurenta…

To wspomniane wcześniej zdominowane przez zło uniwersum ukazane jest w bardzo interesujący sposób. Rządzi się pewnymi określonymi prawami, jednak czytelnik dowiaduje się o nich wyłącznie tyle, ile główny bohater. Niebezpieczną krainę splugawioną przez zło będziemy razem z Rudeckim badać po omacku, obserwując, jak ten improwizuje i popełnia błędy, z których wyciąga nauczkę. Widać, że „Pan Lodowego Ogrodu” był tu mocnym źródłem inspiracji – co zresztą przyznaje sam autor.

Polubiłem tu również bohaterów. Rudecki może i nie jest najbardziej złożoną psychologicznie postacią w historii literatury rozrywkowej – ot, prosty, marudny, zmęczony życiem facet wywodzący się ze świata zdominowanego przez technikę, jadowity ironista, a przede wszystkim całkowity sceptyk – świetnie jednak pasuje, na zasadzie ostrego kontrastu, do sytuacji, w której się znalazł. Przypomina tym uwielbianego przeze mnie Vuko Drakkainena z innej powieści, której tytuł już się w tym tekście pojawił. Towarzyszyć mu będą karzeł Grotz, nadrabiający swoje braki okrucieństwem i zawziętością, Nadżywy Suhael – albinos niepodległy władzy śmierci, a także tajemnicza wiedźma Marla, niechętna przewodniczka Malkolma po tej dziwnej domenie. Tej ostatniej należy się parę osobnych słów.

W większości powieści fantasy, w których świat przedstawiony w znaczącym stopniu różni się od znanej nam rzeczywistości, musi w końcu nastąpić moment, w którym ktoś wreszcie – niby to mimochodem – wyjaśni, co tutaj właściwie jest grane. Nazywamy to infodumpem lub pigułą informacyjną. Bardzo spodobał mi się sposób, w jaki Podlewski bawi się tym zabiegiem – Rud dość szybko spotyka bowiem właśnie Marlę, kogoś, kto wiele wie i mógłby mu wszystko wyjaśnić, ale nie robi tego. Za wiedzę wiedźma domaga się zapłaty, a przekonana do zeznań składa je w sposób typowy dla mieszkańca tego świata, kompletnie niezrozumiały dla kogoś z zewnątrz. Byłem naprawdę miło zaskoczony – w końcu spodziewałem się długiego i naciąganego wykładu, w którym autor chwali się szczegółami wykreowanych przez siebie realiów. Nic takiego jednak nie nastąpiło.

I chociaż szczegóły na temat zasad na Thei w końcu pojawiają się w ciut większej liczbie, po pierwszym tomie pozostaje wrażenie, że jest tu jeszcze dużo do odkrycia. Na czym polega upodlenie, rytualna czynność, za pomocą której Skrzywieni podporządkowują sobie ludzi? Dlaczego mieszkańcy kręgów podczas rozmowy dziękują za „wiedzę i karę”? Czemu właściwie zło zatryumfowało – i dlaczego wszyscy kryją się przed światłością? To tylko kilka z pytań, które zadawałem sobie i zadaję do tej pory, w niecierpliwym oczekiwaniu na drugi tom. „Księga Zepsucia” była świetną przygodą, a jako początek cyklu jest dokładnie taka, jaka powinna być – oferuje masę interesujących doznań, rozbudza ciekawość, pozostawia po sobie spory niedosyt. Więcej, szanowny autorze!