Konwenty Południowe - Recenzja książki: Brandon Sanderson „Do gwiazd”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Tytuł książki

Brandon Sanderson - „Do Gwiazd”

Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 606
Cena okładkowa: 39,90 zł

W odległej przyszłości niedobitki rasy ludzkiej muszą kryć się pod powierzchnią pustynnej planety gdzieś na obrzeżu wszechświata. Detritus, bo taką nazwę nosi glob, otacza imponująca powłoka kosmicznego złomu. Za warstwą szczątków i wszelkiego śmiecia czyha wojenna flota obcych, zwanych przez ludzi Krellami. Krelle od pokoleń już przypuszczają regularne ataki na jedyny obiekt, jaki ludzie zbudowali na powierzchni – bazę myśliwców, postawioną wspólnymi siłami wszystkich klanów. Jeśli jeden bombowiec prześlizgnie się przez ludzkie linie obrony, przepadną wszelkie wysiłki, jakie ludzkość podjęła, by podnieść się z gruzów. Piloci myśliwców uważani są za bohaterów narodu, zaś ci, którzy po raz pierwszy wydali Krellom zwycięską bitwę pięćdziesiąt lat temu, noszą tytuł Pierwszych Obywateli i otaczani są powszechną czcią. Wszyscy oprócz jednego… Panie i Panowie, Brandon Sanderson i jego nowa młodzieżowa powieść science fiction – oto „Do gwiazd”.

Spensa „Spin” Nightshade ma siedemnaście lat, a jej największym marzeniem jest zostać pilotem, tak jak jej ojciec. Marzenie to jest właściwie niemożliwe do spełnienia – stary Zeen Nightshade, najdzielniejszy człowiek, jakiego znała mała Spin, także walczył w bitwie o Altę… i zginął w niej, zestrzelony jako dezerter i tchórz, okrywając hańbą całą rodzinę. Jego córka nie ma jednak zamiaru poddać się bezlitosnemu systemowi, którego narzędzia chętnie dzielą ludzi na lepszych i gorszych. W ostatni dzień szkoły przystępuje do egzaminu, który ma zagwarantować jej miejsce w Akademii. Test okazuje się ustawiony w taki sposób, by uniemożliwić dziewczynie napisanie go. Spensa nie może w to uwierzyć, w oślim uporze zostając w sali egzaminacyjnej aż do nocy. Jej determinacja imponuje Cobbowi, dawnemu towarzyszowi Zeena, obecnie szkolącemu młodych pilotów. Na przekór decyzji pani Admirał, Cobb postanawia dać szansę córce tchórza.

Brandon Sanderson, oprócz kilku cykli fantasy z ogromnym rozmachem osadzonych w wieloświecie Cosmere, ma na koncie także powieści młodzieżowe („Rytmatysta” czy trylogia „Mściciele”, by wymienić tylko parę z nich). I chociaż we wszystkich jego utworach czuć tę nieskrępowaną niczym radość z tworzenia nowych, interesujących światów i sytuacji, akurat w tej konkretnej kategorii da się dostrzec pewien powielający się schemat. I tutaj mamy nastoletnią bohaterkę, która przeżywa problemy i dylematy typowe dla swojego wieku, choć nieco zniekształcone przez soczewkę niezwykłego świata, który ją otacza. Spensa, podobnie jak bohaterowie pozostałych powieści, jest outsiderką, najbardziej definiującą ją cechą jest jej wielkie marzenie, a jednym z najważniejszych wątków w powieści będzie próba pokonania ograniczeń, które stoją na drodze do jego zrealizowania – osadzona na tle wielkich wydarzeń zmieniających świat wokół. Obowiązkowo musi pojawić się barwna, choć niekoniecznie liczna grupka znajomych i przyjaciół, wśród których, co ciekawe, zawsze można znaleźć co najmniej jedną dziewczynkę o niewyparzonej gębie (w tym wypadku to sama Spensa) oraz jednego geniusza, który niezbyt dobrze radzi sobie w sytuacjach towarzyskich (tutaj Rodge). Koniecznym dodatkiem jest wątek romansowy, choć tutaj raczej zasugerowany w finezyjny sposób niż pokazany otwarcie, w taki sposób, że nie przeszkodzi nawet czytelnikom reagującym alergicznie na wszelkie umizgi. Podobieństwa te nie są zarzutem – gatunek young adult rządzi się przecież pewnymi utartymi prawidłami – zwłaszcza że Sanderson, co też jest w przewrotny sposób typowe dla niego, zawsze znajduje sposób, by twórczo bawić się oczekiwaniami czytelnika.

Na przestrzeni wielu powieści tego autora widać postępy, które poczynił w kreowaniu ciekawych postaci. W „Do gwiazd” może i dochodzi do odtworzenia pewnych typowych dla gatunku schematów, ani razu nie miałem jednak wrażenia, że bohaterowie ograniczeni są tylko do roli, jaką muszą spełnić w historii – każdy z nich ma przynajmniej jeden element, który czyni go kimś więcej. Jorgen, przywódca paczki i lider eskadry, może i jest typowym chłopczykiem z dobrego domu, ale bardzo przekonująco oddano jego starania, by zasłużyć na rolę, którą z góry mu przydzielono. Entuzjastyczna Kimmalyn na pierwszy rzut oka może się wydawać naiwna ze swoim ciągłym cytowaniem Świętej, później jednak wychodzi na jaw, kim jest naprawdę. Rodge, przyjaciel Spensy z dzieciństwa i młodociany geniusz, także w interesujący sposób wykracza poza ramy wykreślone dla typowego nerda, okazując zaskakująco sporo zdolności do autorefleksji. A to tylko kilkoro z nich. Nie wszyscy otrzymują szansę, by się rozwinąć, ale miałem wrażenie, że zrobiliby to, gdyby dostali swoją szansę.

No właśnie. Co jest powodem tego rozwijania się bohaterów w nieoczekiwanych kierunkach? „Do gwiazd” nie jest w końcu przeciętną powieścią młodzieżową – nie zapominajmy, że ciągle trwa wojna, a bohaterowie są przecież kadetami w akademii pilotów. Koszmar trwającej bez przerwy walki z przeważającym liczebnie i technologicznie wrogiem jest właśnie tym obcym elementem, który sprawia, że mimo lekkiego, niekiedy humorystycznego wydźwięku całości, mamy tu do czynienia z pozycją zaskakująco mroczną i dojrzałą. Z jednej strony niezwykłą przyjemność sprawia obserwowanie, jak młodzi i naiwni kandydaci na pilotów w ogniu walki hartują się i przekształcają w dorosłych – z drugiej jednak przyjemność ta potrafi mieć głęboko gorzki posmak, zwłaszcza kiedy nie wszystkim udaje się na koniec dnia wrócić do hangaru…

Spore brawa należą się wydawnictwu za opracowanie i tłumaczenie. Przekład na pewno nie był prostym zadaniem – trudno było, na przykład, oddać sens oryginalnych kryptonimów kadetów albo niektórych gierek słownych. Tutaj zastosowano bardzo ostrożne, oszczędne podejście – rzeczy nieprzetłumaczalnych nie tłumaczono na siłę, resztę zrobiono tak, by zachować choć minimum sensu. Spory postęp w stosunku do cyklu o Mścicielach, również wydanego nakładem Zysku i S-ki.

Werdykt? Nie mogłem się oderwać od „Do gwiazd”. Akcja prowadzona jest bardzo umiejętnie i trzyma w napięciu, zaś zakończenie przychodzi nieoczekiwanie oraz, jak przystało na tego autora, stawia całą sytuację na głowie, zmuszając czytelnika do zastanowienia się nad tym, co właśnie przeczytał. Na tle całej masy tandetnych, masowo produkowanych młodzieżówek, ta jest istnym arcydziełem – mnóstwo akcji z tendencją do nagłych, ostrych zakrętów, nieco tajemnicy, świetne postaci prowadzące fajne, dowcipne dialogi, humor i powaga w znakomitych proporcjach. Szczerze polecam – i czekam na ciąg dalszy!