Konwenty Południowe - Recenzja książki: Miroslav Żamboch „Bakly. Szukając śmierci. Tom 1”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Tytuł książki

Miroslav Żamboch - „Bakly. Szukając śmierci. Tom 1.”

Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 506
Cena okładkowa: 44,90 zł

Wygląda na to, że uniwersum znane z przygód Koniasza ostatecznie rozstało się ze swoim tytułowym bohaterem – „wrażliwy zabijaka” doczekał się wreszcie stanowiska i bez większego zaangażowania steruje wydarzeniami zza kulis, a rezultaty jego działań obserwujemy od kilku powieści oczami kogoś innego. Bakly może i jest dużo prostszą postacią, trzeba jednak przyznać, że traktujące o nim historie potrafiły zaangażować i dać sporo rozrywki komuś, komu odpowiada specyficzny styl Miroslava Żambocha. „Bakly. Szukając śmierci” to kolejna opowieść o „zabijace niewrażliwym” i zarazem okazja, by zanurzyć się w niezwykłym świecie wykreowanym przez pisarza z Moraw. I w samą porę – wydaje się bowiem, że zbliża się coś dużego…

Grafzatza jest jednym z największych miast Imperium Crambijskiego. To prawdziwy nadmorski klejnot, stolica lokalnego handlu i istny tygiel, w którym sprzeczne dążenia wielu zwaśnionych stronnictw wciąż i wciąż owocują krwawymi konfliktami odbywającymi się pod fasadą dobrobytu i splendoru. Do tego jakże barwnego i malowniczego miejsca przybywa Bakly. Zmęczony życiem awanturnik ma jeszcze jedną rzecz do zrobienia, jedyny cel, który powstrzymuje pragnienie śmierci. Jego przybrana córka jest teraz agentką tajemniczego Księcia, którego wolą jest stworzenie stałego przyczółka w trzewiach miasta – pozując na dziedziczkę bogatego barona z prowincji, Zuzanna narazi się wielu osobom, a jeśli ktokolwiek dowie się o jej prawdziwej misji, grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo. Bakly nie wcieli się jednak w rolę prostego ochroniarza – zamiast tego, chcąc wywołać nieco zamieszania i odciągnąć uwagę wroga, wypowie właściwie jednoosobową wojnę półświatkowi Grafzatzy.

Jednak to nie wszystko. Znany z poprzednich części czarodziej Janick nieco awansował w szeregach klanu Rumelkowego. Obecnie jako jego Wielki Mistrz bada zapomniane sekrety magii. Po setkach lat od wielkiej wojny, która spustoszyła świat i sprawiła, że tajemna sztuka wydawała się stracona na zawsze, przybywa ludzi obdarzonych zdolnościami jej kształtowania. Gdy kolejny wielki konflikt wstrząśnie posadami świata, młody, ambitny czarownik chce być pewny, że jego klan będzie na to gotowy. Nie jest to jednak łatwe zadanie – wśród doświadczonych magów ledwie wyrostek nie wzbudza szacunku ani lojalności, nie brakuje też takich, którzy chętnie zajęliby jego miejsce.

Jak sugeruje powyższy opis, fabułę „Szukając śmierci” śledzimy oczami kilkorga bohaterów. Akcja przenosi się od jednego do drugiego naprzemiennie pomiędzy rozdziałami, gdzieniegdzie demonstrując jeszcze wątki poboczne – w tym pracującego na zlecenie Janicka szpiega i zabójcy Grumana, a także dziwną istotę, efekt jakiegoś pokręconego eksperymentu, która stopniowo rozrasta się w podmiejskich kanałach, ucząc się i odkrywając nowe rezerwy świadomości wraz z kolejną upolowaną ofiarą. W powieści dzieje się więc dużo – ani przez chwilę nie miałem jednak wrażenia, że omawiane wątki się ze sobą nie łączą. Przeciwnie, służy to budowaniu wrażenia, że w Grafzatzy rzeczywiście ma miejsce coś, co na zawsze odmieni losy świata.

Sposób prowadzenia narracji zmienia się w zauważalny sposób w zależności od tego, o kim opowiada dany rozdział. Fragmenty poświęcone Bakly’emu cechuje narracja pierwszoosobowa, podlana typową dla tej postaci dozą wisielczego humoru, których nie uświadczymy, na przykład, w rozdziałach o Janicku. Te utrzymane są w znacznie poważniejszym tonie, a ciągłe snucie przypuszczeń dość skutecznie portretuje tę postać jako niepewnego własnej pozycji paranoika. Zuzanna jest intrygantką – najwięcej opisów związanych z lokalną polityką i zależnościami między poszczególnymi stronnictwami znajduje się właśnie we fragmentach tekstów skupionych na niej. Istnym majstersztykiem były, moim zdaniem, fragmenty poświęcone rzeczy w kanałach. Opis powoli rodzącej się nowej, obcej inteligencji był dokładnie taki, jaki powinien być – to znaczy bardzo, bardzo niepokojący.

Można powiedzieć, że w „Szukając śmierci” widzimy Żambocha u szczytu formy. Misterna konstrukcja fabuły, ciekawie zaplanowane wątki wraz z ich bohaterami i płynne, ewokatywne opisy sprawiają, że czas spędzony na lekturze płynął mi szybko i przyjemnie. Jak u tego autora bywa, wszystko okraszone zostało przemyślanymi, widowiskowymi sekwencjami starć, które, wraz z okazjonalnym, niewymuszonym humorem sytuacyjnym sprawiły, że napięcie dawkowane było niezwykle umiejętnie. Jedyne, co mi przeszkadzało – to zakończenie.

Jest ono po prostu frustrujące. Podobnie jak wcześniejsze powieści Żambocha wydane nakładem Fabryki Słów, takie jak „Krawędź żelaza” czy „Wilk samotnik”, również „Szukając śmierci” zaplanowano na co najmniej dwa tomy. Jednak wybór miejsca, w którym kończy się tom pierwszy, wydaje mi się co najmniej dziwny. To pewne, że przy takiej konstrukcji część wątków musiała pozostać niedomknięta – jednak tutaj zwyczajnie nic nie zapowiadało, że zbliżamy się do końca. Nie miało miejsca żadne wielkie wydarzenie, które postawiłoby całą sytuację na głowie, wszyscy bohaterowie nadal wydają się przygotowywać do czegoś dużego… Co zwyczajnie nie następuje. Powieść wydaje się po prostu ucięta, na dodatek nie w jakimś kluczowym momencie, którego rozwiązanie mogłoby podsycać zainteresowanie ciągiem dalszym.

Ostatecznie nie wiem, co powiedzieć o „Szukając śmierci”. Zdecydowanie jest to bardzo dobry tekst swojego autora, który czyta się przyjemnie – ale pozbawiony puenty wydaje się tracić sens. Z pewnością premiera drugiego tomu w końcu zmaże to przykre wrażenie, jeśli całość utrzyma aktualny poziom, jednak na chwilę obecną ciężko go nazwać satysfakcjonującą lekturą. Z niecierpliwością będę jednak czekać na ciąg dalszy – co chyba świadczy o tym, że mimo wszystko warto.