Konwenty Południowe - Recenzja książki: Kurt Vonnegut – „Syreny z Tytana”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Tytuł książki

Kurt Vonnegut Jr. - „Syreny z Tytana”

Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 384
Cena okładkowa: 29,90 zł

Do jakiego stopnia człowiek może wpływać na swoje przeznaczenie? Czy nasze decyzje rzeczywiście są nasze? Czy gdybyśmy znali naszą przyszłość, moglibyśmy jej uniknąć? To nie są nowe pytania. Zadawali je sobie już starożytni myśliciele i autorzy pierwszych tragedii, choćby poprzez wątek fatum, ukazywanego zwykle jako boska wola, przed którą zwyczajnie nie ma ucieczki. Potrzeba pokierowania własnym losem stale jest w nas żywa – czy jednak w ogromnym wszechświecie, rządzonym przez siły, których skala po prostu wymyka się wyobrażeniu, pragnienia jednostki mają jakiekolwiek znaczenie? Podobną problematykę rozważał Kurt Vonnegut, jeden z najbardziej nietuzinkowych autorów science fiction schyłku dwudziestego wieku w jednej ze swoich pierwszych powieści, niedawno wznowionej nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka. Oto „Syreny z Tytana”.

Malachi Constant jest być może najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi. Odziedziczywszy majątek ojca, założyciela ogromnej korporacji, który na inwestowaniu dorobił się niewyobrażalnego bogactwa, spędza życie na imprezach i orgiach, topiąc ogromne pieniądze w akty jałowego hedonizmu. Nie zdaje sobie sprawy z tego, że wkrótce stanie się centralną postacią globalnej religii, będzie walczył w największej wojnie w historii, a nawet zwiedzi cały Układ Słoneczny. Wszystko za sprawą machinacji tajemniczego Winstona Nilesa Rumfoorda, człowieka, który wyruszył w kosmos i, wpadłszy w sam środek niespotykanego dotąd fenomenu czasoprzestrzennego, zmienił się w zjawisko falowe, materializując się na Ziemi tylko wtedy, kiedy jej tor przetnie jego promień…

„Syreny z Tytana” noszą typowe znamiona powieści Vonneguta. Możemy więc spodziewać się dowolnie i swawolnie prowadzonej narracji gęsto przetykanej dygresjami, błyskotliwej satyry utrzymanej w klimacie groteski, opisów prowadzonych w taki sposób, że często nie od razu staje się jasne, co mają one przedstawić, oraz prostej konstrukcji fabuły, mającej stanowić ledwie pretekst do ukazania jakiegoś zjawiska. To jeden wielki chaos, w którym połapie się tylko i wyłącznie uważny czytelnik.

Bohaterowie pierwszoplanowi – Beatrycze Rumfoord, żona człowieka-fali, oraz playboy Malachi Constant – zarysowani są bardzo pobieżnie. Autor nie uznał za stosowne wyposażyć ich w jakiekolwiek charakterystyczne cechy czy wyróżniki. Ich rola w historii jest tak naprawdę pomijalna – w wielkim planie Rumfoorda są oni ledwie obserwatorami, instrumentami służącymi do osiągnięcia celu, bez realnego wpływu na własny los. To marionetki – zaprezentowanie ich jako kukiełek bez choćby okruchu własnej tożsamości jest więc zabiegiem celowym, nie sprawia jednak ani odrobinę, że „Syreny z Tytana” stają się przystępniejsze w odbiorze. Jedynym naprawdę istotnym bohaterem tej opowieści jest Rumfoord, ten jednak jest osobą tak przemądrzałą i zadufaną w sobie, że jego wynurzenia naprawdę trudno polubić. Choć, trzeba przyznać, jego plan na poprawę bytu ludzkości jest błyskotliwy i ma coś w sobie. Jaki to plan? Dowiedzcie się sami.

„Syreny z Tytana” są książką bardzo dobrą, ale zdecydowanie nie jako powieść science fiction. Zgodnie z duchem tamtej epoki, podróże kosmiczne odbywane przez bohaterów stanowią tu wyłącznie pretekst dla zaprezentowania przemyśleń i poglądów autora – oraz punkt wyjścia dla rozważań, do których próbuje on nakłonić czytelnika. Vonnegut nie zadaje sobie jednak trudu, aby uczynić tę dekorację w jakikolwiek sposób wciągającą. Czyni to jego powieść bardzo trudną w odbiorze – pod skorupą nieprzyswajalności tkwi jednak coś, co czyni tę książkę wartą włożonego w nią wysiłku. Zdecydowanie nie dla każdego – ale czytelnicy szukający w literaturze fantastycznonaukowej czegoś więcej niż widowiskowych historyjek o podróżach międzyplanetarnych poczują się tutaj jak w domu.