Konwenty Południowe - Recenzja książki: Larry Niven - „Pierścień”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Tytuł książki

Larry Niven - „Pierścień”

Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 426
Cena okładkowa: 45,00 zł

Wiele dzieje się w literaturze science fiction. Nauka idzie naprzód, teorie znajdują potwierdzenie – lub nie, nowe odkrycia właściwe mogą zaskoczyć nas każdego dnia. Książkowa eksploracja kosmosu zaś za wszelką cenę pragnie podążać o kilka, jeśli nie kilkanaście kroków przed rzeczywistością – w końcu zawsze może stać się, ze zwykłej rozrywki, tą najbardziej trafną wizją przyszłości. Co jednak cenne, nadal funkcjonują w pamięci czytelników i są odświeżane dla kolejnych tytuły sprzed lat, dzięki którym możemy doświadczyć tego cudownie specyficznego wrażenia podróży w czasie – próbując zobaczyć przyszłość okiem kogoś z przeszłości. Większość takich pozycji zdezaktualizowała się, rozmijając zupełnie z tym, jak ukształtowała się rzeczywistość. Czy z „Pierścieniem” Larry’ego Nivena, wydanym po raz pierwszy w roku 1970, było podobnie?

Louis Wu właściwie miał dość życia. W dniu swoich dwusetnych urodzin myślał już tylko o tym, jak opuścić przyjęcie, by nikt nie zawracał mu głowy. Kłopoty dopadły go w pokoju hotelowym – a miały postać obcego, przedstawiciela dawno zaginionej rasy laleczników. Ten zaś, trzymając człowieka odpowiednio na dystans, składa mu propozycję: wraz z nim i dwoma innymi osobami, które jeszcze trzeba będzie odnaleźć, mają udać się poza znany kosmos i zbadać pewne zjawisko, od którego może zależeć los wszystkich ras… Katastrofa, przed którą uciekły laleczniki, ma co prawda nastąpić dopiero za dwadzieścia tysięcy lat, a gość Louisa jest bardzo enigmatyczny w kwestii tego, co właściwie jest celem misji, jednak człowiek nie zastanawia się długo. W końcu co ma do stracenia? A do zyskania jest wiele – na czele z poznaniem wysoce zaawansowanej technologii, którą posługują się laleczniki.

Historia, pomimo dość statycznego początku, szybko łapie rozpęd. Louis Wu decyduje się na warunki obcego i rozpoczyna się rekrutacja kolejnych członków załogi – wówczas dopiero dostajemy więcej informacji zarówno o bohaterach, jak i świecie przez nich zamieszkanym, choć nie znajdziemy tu momentów dłuższej ekspozycji. Sporo dobrego robią tu bardzo żywiołowe dialogi – dążący do uzyskania większej ilości informacji na temat misji „załoganci” stanowiący bardzo zróżnicowaną mieszankę charakterów i skryty do bólu lalecznik dają w rezultacie po pierwsze konflikty zaostrzające się niekiedy dość niebezpiecznie, a po drugie – pełne dość złośliwego poczucia humoru wymiany zdań.

Różnorodność bohaterów jest zdecydowanie atutem powieści. Nawet pomimo faktu, że pewne archetypy znajdziemy już w wielu innych teksach z gatunku fantastyki pod zmienioną nazwą, w „Pierścieniu” nadal funkcjonują doskonale. Lalecznik dobiera zespół na podstawie zaskakujących dla człowieka kryteriów, uznając za ważne cechy tak abstrakcyjne, jak szczęście (z czego wysnuto zresztą zupełnie zakręconą, ale w pewien sposób przekonującą teorię – w świetle realiów książkowych oczywiście) bądź podejmując ryzyko, które dla innych mogłoby być nie do przyjęcia. Sam będąc przedstawicielem rasy uznanej za wyjątkowo tchórzliwą, niejednokrotnie łamie swój schemat postępowania – autor jednak przewidział dla niego odpowiednie konsekwencje. Poza nim i Louisem Wu mamy w zespole przedstawiciela rasy Ksinów (wojowniczych i odważnych aż do przesady, co w przeszłości doprowadziło ich rasę do ogromnych strat i utemperowało wybuchowe charaktery) oraz, dość nieoczekiwanie, przygodnie poznaną przez Louisa Teelę Brown.

Wyjątkowo podobało mi się to, w jaki sposób autor stopniowo odkrywał niuanse charakteru Teeli. Wydarzenia oglądamy z perspektywy Louisa, on zaś postrzega towarzyszkę jako ładną, wykształconą, ale wyjątkowo płytką – co znajduje zresztą odbicie w jej zachowaniu. Teela w pełni uczestniczy w tym, co się dzieje, bierze udział w rozmowach, trafnie identyfikuje niektóre zjawiska, czasem zaskakuje wiedzą innych – ale jej decyzje i postępowanie wyglądają jak dyktowane chwilowym kaprysem, a nie racjonalną myślą. Z jednej strony stawia to postać Teeli w niezbyt ciekawym świetle, z drugiej – rodzi wątpliwość, czy autor na pewno chciał wywołać taki efekt. Dlatego też jestem pod wrażeniem, ponieważ wywołanie w czytelniku tego typu emocji, powątpiewania, a następnie skłonienie do stopniowego podważania własnego pierwszego wrażenia pod wpływem kolejnych danych i domysłów jest czymś wskazującym na to, że powieść została gruntownie przemyślana przed puszczeniem jej w świat.

Niven wplótł w powieść sporo słownictwa stylizowanego na żargon technologiczny i astrofizyczny. Nie utrudnia to jednak w żaden sposób lektury, a jedynie dodaje jej charakteru – nie ma tu pojęć niejasnych, wszystko doskonale tłumaczy kontekst bądź dalsze rozmowy bohaterów. Znajdziemy tu trochę rzeczywistych i fikcyjnych nazw zjawisk astronomicznych, nazwisk badaczy (przykładowo lalecznik jest dokładnie lalecznikiem Piersona), pojęć rodem z bardziej zaawansowanej matematyki, opisów budowy pojazdów kosmicznych i ich napędów… A także, oczywiście, teorii mających tłumaczyć zjawiska, których w naszym wszechświecie nie uświadczymy. Większość z nich jest skonstruowana na tyle prosto, by nie przytłaczać, niektóre brzmią dość absurdalnie (znów nawiązuję tu do dziedziczenia szczęścia, który to motyw jest jednak w powieści bardzo ważny), wszystkie jednak doskonale grają z kierunkiem, w którym podąża fabuła i zdecydowanie nie da się tu wyczuć zbędności.

„Pierścień” czytało mi się bardzo dobrze i cieszę się, że nie stanowi on zamkniętej całości, a jedynie pierwszy tom. Odpowiadając zaś na pytanie zawarte we wstępie tej recenzji – nie odczułam, by powieść zestarzała się, a jeśli to zrobiła, to zdecydowanie z klasą. Skomplikowane relacje pomiędzy bohaterami, złożoność ich charakterów i kolejno odkrywane informacje nie tylko o świecie, do którego zmierzają, ale też i prawdy o tym zamieszkanym przez nich tworzą tu doskonałe połączenie – książkę po prostu chce się czytać. I nie trzeba być zagorzałym fanem science fiction, by się w niej odnaleźć. Mam nadzieję, że kolejne części również doczekają się wznowienia.