Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Tytuł książki

Guillermo del Toro, Cornellia Funke - „Labirynt fauna”

Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 280
Cena okładkowa: 39,90

Książki pisane na podstawie scenariuszy filmowych zawsze wydawały mi się specyficznym tworem. O wiele więcej słyszy się o podobnym zabiegu w związku z grami komputerowymi, ale w ich przypadku powieści mają jednak nieco inną specyfikę – nie tyle są przełożeniem gry na tekst, co swoistym rozszerzeniem jej o dodatkową fabułę, przeżycia bohaterów, spojrzenie na uniwersum i możliwość wniknięcia w nie w nieco inny sposób. To wszystko teoria, w praktyce wiemy, że jakość literatury związanej z popularnymi tytułami growymi jest raczej niska, z nielicznymi wyjątkami. A jak to jest w przypadku filmów? Film na podstawie książki – to rozumiem. Ale w drugą stronę? W zasadzie po takim przedsięwzięciu oczekiwałabym czegoś ponad to, co znam już z filmu – zwłaszcza jeśli na warsztat wzięto tytuł, który zapisał się w moim rankingu ulubionych na tak wysokim miejscu, jak „Labirynt fauna” w reżyserii Guillermo del Toro. Przełożenia go na powieść podjęła się Cornellia Funke – zobaczmy, jak jej poszło.

Ofelia, córka krawca i pięknej kobiety, musi odnaleźć się w zupełnie nowym i nieprzyjaznym dla niej świecie. Po śmierci ojca dziewczynki jej matka wyszła ponownie za mąż za wojskowego oficera. Vidal niezbyt łaskawym okiem patrzy na dziewczynkę – na jej matkę zresztą tez, zainteresowany wyłącznie mającym się urodzić wkrótce synem. Ofelia przed rzeczywistością ucieka w świat baśni i wróżek, na wpół świadoma rozgrywających się wokół dramatycznych wydarzeń. Pewnej nocy wróżka prowadzi ją do pobliskiego labiryntu, gdzie dziewczynka spotyka fauna. Stwór jest przekonany, że Ofelia jest dawno zaginioną księżniczką Moanną, córką królowej i króla podziemi… Ale żeby to potwierdzić, będzie musiała wykonać trzy zadania.

Nie ma co ukrywać, że książka jest niemal w stu procentach identyczna z filmem o tym samym tytule. Zaskakuje jednak pozytywnie dodanymi przez autorkę wstawkami poprzedzającymi niektóre rozdziały, obejmującymi fragmenty baśniowe, od tych mających miejsce w Podziemnym Królestwie, po miejscowe, mówiące o labiryncie i młynie, w którym siedzibę zrobił sobie oddział Vidala. Są one krótkie, ale cudownie wprowadzają w klimat opowieści, nadają się też do samodzielnego odczytywania. Sama powieść jest tak samo słodko-gorzka jak film – płynnie przechodzi od Ofelii-rzeczywistej do Ofelii-Moanny, której życie w obu tych światach jest jednakowo zagrożone.

Cornellia Funke świetnie poradziła sobie z postawionym przed nią zadaniem. W krótkim posłowiu wyjaśnia kulisy powstawania powieści i swój zamysł co do tego, jak powinna ona wyglądać. Funke operuje językiem barwnym, pełnym wyrazu, niemal poetyckim, idealnie oddaje napięcie i nastrój scen, a także charakter postaci. Opisuje gesty, spojrzenia, niuanse wyglądu postaci, tworzy wizje przejmujące i angażujące wyobraźnię. Nie trzeba znać filmu, żeby wejść w skórę Ofelii i wraz z nią przeżywać dwojako przedstawiane wydarzenia, by co chwila zastanawiać się, co jest prawdą, a co nie. Świat przedstawiony jest żywy i urozmaicony, a jednocześnie w pewien sposób prosty, jak widziany oczami dziecka, które instynktownie pojmuje, co jest dobre, a co złe, kto ma wobec niej jakie zamiary i czy coś ukrywa. Pod tym względem książkowy „Labirynt fauna” stoi wysoko ponad innymi pozycjami o podobnym charakterze.

Jakość wydania stoi na wysokim poziomie. Twarda oprawa z dodatkową obwolutą kryją w sobie szorstki, gruby, miły w dotyku papier stron, krótkie rozdziały powieści, urozmaicone gdzieniegdzie ilustracjami nawiązującymi do filmowego „Labiryntu…” autorstwa Allena Williamsa. To uczta nie tylko dla umysłu, ale i dla oczu – ten tytuł zdecydowanie wart był poświęconej mu pracy wydawniczej.

Osobom znającym film nie trzeba książki polecać – sięgną po nią same. Tym, którzy się wahają, zastanawiając się, czy to rozsądne czytać książkę pisaną na podstawie filmu, powiem: tak, w tym przypadku warto. Pozostałych także gorąco zachęcam do zapoznania się z nią. „Labirynt fauna” nie jest książką dla dzieci, pomimo swojego onirycznego, baśniowego wydźwięku. Jest w nim też wiele okrucieństwa dyktowanego przez czas i miejsce, w których przyszło żyć młodej bohaterce. I tak naprawdę tylko sobie możemy zadawać pytanie, co z tego było prawdą, i czy Moannie udało się wrócić do Podziemnego Królestwa.