Konwenty Południowe - Recenzja książki: Andrew Caldecott - „Miasteczko Rotherweird”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Miasteczko Rotherweird

Andrew Caldecott - „Miasteczko Rotherweird”

Wydawnictwo: Nazwa WydawnictwaZysk i S-ka
Liczba stron: 628
Cena okładkowa: 39,90 zł

Każde miasteczko ma swoją historię. Mniej lub bardziej ciekawą, mniej lub bardziej szczegółową, ale zawsze obecną gdzieś w tle. Zwykle starsi mieszkańcy starają się, by zaistniała ona w świadomości młodzieży. Ale w Rotherweird jest inaczej. Tu nie katuje się nią uczniów na uroczystościach ani na wycieczkach do lokalnego muzeum. Tutaj mówienie o przeszłości miasta jest zakazane. Jednak – jak to zazwyczaj bywa ze wszystkim, co owiane tajemnicą – ktoś w końcu postanawia wyciągnąć sekrety na światło dzienne.

Jonah Oblong, całkiem przekonująco przedstawiony nam jako najzwyklejszy na świecie nauczyciel historii, zmuszony przez okoliczności przystaje na ofertę pracy w szkole w Rotherweird. I chociaż każdy stresuje się przed nowymi wyzwaniami zawodowymi, to nerwowość historyka jest całkiem uzasadniona. Już z pierwszym krokiem postawionym w tym odizolowanym mieście Jonah upewnia się, że to miejsce rządzi się własnymi prawami. Oblong ma absolutny nakaz uczenia wyłącznie historii najnowszej, a mieszkańcom wsi nie wolno pozostawać w mieście na noc. Każdy zdaje się kryć jakiś niezwykły sekret, a przeszłość sięga tylko tak daleko, jak pozwala na to pamięć najstarszych mieszkańców.
Ale nawet zasady przestrzegane od wieków mogą ugiąć się pod ciężarem pieniędzy. Na przykład należących do ekscentrycznego milionera sir Slickstone’a, który, choć dopiero co przyjechał, czuje się w mieście jak u siebie...

Im dalej w fabułę, tym bardziej jesteśmy wdzięczni za spis bohaterów umieszczony na początku książki. Zostajemy bowiem zaznajomieni z wszystkimi ważniejszymi osobistościami Rotherweird.
Główny wątek na początku trudno uchwycić – chociaż wiadomo, że będzie wiązał się z mroczną przeszłością miasta. Nasza uwaga jest rozpraszana przez natłok odsłanianych sekretów i nie mamy pewności, na którym się skupić. Autor zadbał o to, by oddać codzienne życie w niecodziennym miasteczku: mamy i miejscowego ogrodnika, który hoduje przedziwne mutacje roślin, i bliźniaków-wynalazców, odpowiadających za transport, i ściśle tajne badania prowadzone przez nauczycieli – wszystko dzieje się w rytmie roku szkolnego i lokalnych uroczystości, podczas których można liczyć na ujawnienie kolejnych skrawków informacji. A skrawki te należy zbierać szybko: źródło tak wielu niezwykłości, które od wieków zdarzają się w Rotherweird, może być zagrożone, a poza tym chce je odnaleźć też przyjezdny bogacz.
Ten wyścig po prawdę przeplata się z krótkimi fragmentami historii leżącej u początków Rotherweird, czyli z losami dwanaściorga dzieci o niezwykłych zdolnościach. Tu już gołym okiem widać motyw, który tak często przewija się w książkach fantastycznych: ci, którzy posiadają niezwykłe moce, bardzo łatwo mogą stać się spragnieni jeszcze większej potęgi.

Moim podstawowym problemem przy ocenie „Miasteczka Rotherweird” było to, że trudno jednoznacznie określić, co przemawia na niekorzyść książki, a co jest jej mocną stroną. Historia brzmi przecież ciekawie: niezwykłe dzieci z czasów elżbietańskich, zamknięta przed światem osada, tajemnicze zdolności mieszkańców. Chociaż autor faktycznie wykreował rozbudowany i intrygujący świat, to czasem trudno jest znaleźć logikę w jego działaniu – Caldecott najwyraźniej uznał, że skoro świat jest magiczny, nie potrzeba wyjaśniać rządzących nim mechanizmów.
Niestety, również klimat obiecany w opisie z tyłu okładki w samej książce jest mniej wyczuwalny. Atmosferę tajemnicy i mroku rozrzedzają zbyt rozwleczone wątki poboczne, a czasem dygresje, zupełnie zbędne dla fabuły – na przykład o urodzie albo stanie cywilnym kobiecych postaci niemających znaczenia dla narracji. Podobnie rzecz ma się z bohaterami, spośród których część potraktowano jak wydmuszki: zaprezentowano ich jedną, najwyżej dwie cechy (często w sposób tak przerysowany, że aż męczący), przez co nie dano czytelnikowi szansy poznania ich motywacji i rozterek. Jednak nie wynika to z braku umiejętności autora – Caldecott stworzył też postaci tak barwne i dziwaczne, że nie można ich nie polubić. Wszystkie te elementy, choć osobno łatwe do określenia jako pozytywne lub nie, w połączeniu sprawiają, że trudno jest ocenić całą książkę. Nie da się o niej jednoznacznie powiedzieć „dobra” lub „zła” – po prostu nie wywołuje większych emocji.

„Miasteczko Rotherweird” jest pierwszą częścią trylogii i jak na razie jedyną przetłumaczoną na język polski. I chociaż zakończenie faktycznie pozostawia nas w punkcie, w którym mamy jeszcze wiele pytań i od którego można by wyruszyć dalej, pozostaje pytanie, czy warto. Pierwszy tom oferuje nam na pewno ciekawy pomysł, szerokie uniwersum i dość wciągającą intrygę – to wystarczająco, by zafascynować czytelnika historią Rotherweird, ale chyba jeszcze za mało, by przyciągnąć go do całej serii.