Konwenty Południowe - Recenzja książki: Roger Zelazny – „Pan Światła”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Tytuł książki

Roger Zelazny - „Pan Światła”

Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: SQN
Liczba stron: 336
Cena okładkowa: 45.00 zł

Na początku tego tekstu powinienem prawdopodobnie wspomnieć, że nie będę nawet próbował utrzymywać jakichkolwiek pozorów obiektywizmu – uwielbiam twórczość Rogera Zelaznego. Najbardziej chyba „Aleję Potępienia” – opowiadanie, od którego zaczęła się moja miłość do postapokalipsy. „Kroniki Amberu” wywarły na mnie ogromne wrażenie, kiedy byłem młodszy i, jak się ostatnio okazało, to wrażenie nie osłabło na przestrzeni lat. „Deus Irae” był wyśmienity, choć przerażający. Zelazny to niekwestionowany mistrz kreowania żywych, wciągających i zaskakujących światów – a dziś mam okazję opowiedzieć o jednym z najbardziej interesujących, bo inspirowanym tematyką do niedawna dość mało eksplorowaną w fantastyce – hinduizmem. Oto „Pan Światła”.

Bohaterem powieści jest Mahasamatman, w skrócie Sam. Sam jest jednym z pierwszych osadników na odległej od Ziemi planecie, dokąd ludzkość przybyła wiele wieków temu. Niezwykły świat, który przyszło mu zamieszkiwać, wydaje się żywcem wyrwany z wierzeń rodem z Indii. Na najwyższej w świecie górze mieści się miasto zamieszkiwane przez bogów, którzy strzegą prostych ludzi przed demonicznymi Rakszasami, a także wyrokują, kto z umarłych jest godny kolejnego wcielenia – i w jakiej postaci. Bogowie są surowi i okrutni, na zawsze utrzymują ludzkość w stanie zacofania i bezlitośnie tępią wszelkie przejawy myśli postępowej, zebrane pod wspólnym terminem akceleracjonizmu. Jak się okazuje, nasz Sam jest ostatnim akceleracjonistą na świecie – a za jego postępki w poprzednich żywotach spotkała go najsurowsza kara: uwięzienie pod postacią energetycznej chmury w dziwnej anomalii na niskiej orbicie. Jego dawni sojusznicy potrafią jednak sprowadzić go z powrotem do świata śmiertelnych – aby jeszcze jeden, ostatni raz rzucił wyzwanie bóstwom i uwolnił ludzkość spod ich jarzma.

Jak wspomniałem we wstępie do tego tekstu, od pierwszych stron byłem oczarowany konstrukcją świata przedstawionego. Ten jest, jak zwykle u Rogera Zelaznego, niezwykły i świeży. Na samym początku czytelnik ma wrażenie, że został wrzucony w sam środek hinduskiej legendy, gdzie sprawy chodzących po ziemi bogów mieszają się ze sprawami śmiertelnych, a najdrobniejszy skrawek rzeczywistości materialnej, jak ptak czy kamień, jest powiązany z tą duchową. Później jednak, gdy poznajemy coraz więcej szczegółów, okazuje się, że sprawy mają się zarazem tak samo, jak i inaczej. Wszystko, w co wierzą mieszkańcy tego świata – karma, wędrówka dusz, reinkarnacja, mściwi bogowie doglądający śmiertelnej sfery – to prawda, ale z przyczyn zupełnie innych niż metafizyczne. Po śmierci bogowie rzeczywiście ważą dusze śmiertelników, a służy im do tego zaawansowane urządzenie odczytujące wspomnienia, zwane psychosondą. Reinkarnacja jest możliwa dzięki technologii przenoszenia świadomości między ciałami – tej samej, dzięki której bogowie mogą zmieniać swoje powłoki i role. Płonące rydwany nieśmiertelnych władców tego świata to, oczywiście, uzbrojone po zęby statki kosmiczne, zaś święte bronie, będące ich atrybutami, to w istocie lasery i emitery fal… Wiara i dostępna nielicznym technologia składają się na opresyjny aparat władzy – nielicznych śmiertelników bawiących się w mitycznych bogów – utrzymujący całą ludzkość w stanie niekończącego się średniowiecza, w strachu, zacofaniu i zabobonie.

Muszę jednak przyznać, że trochę mniej zachwyciła mnie konstrukcja fabuły. Historia opowiedziana przez Zelaznego wciąga, a postaci, o których opowiada, są wykreowane w interesujący sposób, dają się polubić, zachęcają do dalszego śledzenia ich losów (Jama, ubierający się na czerwono bóg śmierci, jest chyba moim ulubieńcem). Rozczarowanie przychodzi jednak w okolicach końca opowieści – gdy okazuje się, że dwie trzecie objętości książki to medytacje głównego bohatera na temat jego poprzednich wcieleń, w których rzucał wyzwania bogom. Kiedy budzi się z transu, w który zapadł po swoim odrodzeniu na początku książki, i na nowo rozpoczyna bój z bogami, na dokonanie tego, co postanowił, zostaje mu mniej niż pięćdziesiąt stron – przez co zakończenie jego historii wydaje się przychodzić po prostu zbyt szybko. W moim odczuciu przeznaczenie ponad połowy książki na retrospekcję było zabiegiem odrobinę chybionym, przez co finalny odbiór dzieła jest gorszy, niż mógłby być przy bardziej tradycyjnej formie opowiadania.

Tekst może być cokolwiek trudny w odbiorze dla kogoś, kto nie miał do tej pory styczności z hinduizmem ani nie czytał podań z tego kręgu kulturowego. Można się jednak przyzwyczaić do pewnych dziwactw, a odrobina nadrabiania zaległości z tego, kto właściwie jest kim w hinduistycznym panteonie, znacznie ułatwia lekturę. Kiedy ta sztuka się uda, „Pan Światła” rewanżuje się jako naprawdę pięknie napisany kawałek tekstu. Dialogi są fantastyczne, zarazem błyskotliwe, jak i utrzymane w specyficznym klimacie, co potęgując wrażenie, że czyta się baśń lub wschodni tekst religijny. Podobnie ma się sprawa z opisami, choć miałem wrażenie, że one akurat z biegiem powieści zaczęły tracić swój niezwykły charakter. Nie mogę jednak powiedzieć, że mi to przeszkadzało – jak powiedziałem, wkrótce wyjaśnia się, że wydarzenia w świecie „Pana Światła” nie mają tak naprawdę niczego wspólnego z mocami nadprzyrodzonymi, utrzymywanie dekoracji po takim odkryciu mogłoby po prostu zmęczyć czytelnika.

Czy polecam „Pana Światła”? Jak najbardziej. Jak wszystkie powieści Zelaznego, również i ta jest dosyć krótka, choć specyficzny język i konstrukcja świata sprawiają, że przynajmniej na początku lektura postępowała mi dosyć wolno. Jest to jednak jedno z najbardziej niezwykłych dzieł tego autora oraz w ramach fantastyki naukowej w ogóle, coś, co po prostu wypada znać. Jeśli w dodatku cenisz sobie odrobinę egzotyki oraz kusi cię świeże podejście do tematyki kolonizacji obcych planet, która w naszych czasach – gdy fantastyka naukowa stała się elementem mainstreamu – wydaje się wyczerpana, wspólna podróż z Mahasamatmanem będzie dla ciebie wyłącznie satysfakcjonująca.