Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Sinobrody

Kurt Vonnegut - „Sinobrody”

Nazwa Wydawnictwa

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 392
Cena okładkowa: 45 zł

Twórczość Kurta Vonneguta jest na tyle specyficzna, że albo się go kocha, albo wręcz przeciwnie. Jego surrealistyczne, z pogranicza fantastyki naukowej i wizji artystycznych teksty są znane niemal na całym świecie, niektóre doczekały się ekranizacji, a sam autor mógł dopisać do swoich „zasług” nawet epizod palenia jego książek ze względu na zawarty w ich wulgarny język oraz nazwanie swoim nazwiskiem ciała niebieskiego - planetoidy. Który pisarz może poszczycić się tak barwnym życiorysem? A jednak życie Vonneguta nie sposób nazwać szczęśliwym. Zdecydowanie jednak zostawił po sobie dużo – a jego powieści pół wieku później nadal zaskakują kolejnych czytelników.

Bohaterem „Sinobrodego” jest Rabo Karabekian, malarz nurtu ekspresjonizmu abstrakcyjnego. Poznamy go jako człowieka w podeszłym już wieku, sarkastycznego, rozliczającego się z przeszłością poprzez z trudem porządkowane wspominanie dawnych wydarzeń. Jego obecne życie to: przyjaciel – niespełniony pisarz, przygodna towarzyszka – wdowa, która próbuje ni stąd, ni zowąd układać życie Rabo wedle własnego widzimisię, dorosłe dzieci, z którymi nie łączy go już nawet nazwisko, talent malarski, ciężko wypracowany, a następnie porzucony na rzecz kolekcjonowania dzieł sztuki, a w tle tego wszystkiego – tajemnica spichrza na kartofle, w którym kryje się coś. Coś, co każdy chciałby zobaczyć, ale nikt nie ma prawa tam wejść, zanim nie nadejdzie właściwa chwila.

No dobrze, tytuł od razu rzuca czytelnikowi sugestię ciał uduszonych żon, które mogłyby w spichrzu na kartofle wisieć. Autor ustami narratora niemal od razu burzy to wyobrażenie, chociaż w żaden sposób nie chce też podpowiedzieć, czego możemy się w tym sporym przecież schowku spodziewać. Muszę szczerze powiedzieć, że wspominanie o nim jest w książce skonstruowane tak enigmatycznie, że miałabym ochotę – podobnie jak przyjaciele i towarzysze Karabekiana – podjąć próbę włamu do spichrza, żeby tylko ta tajemnica wreszcie została wyjawiona! Dowiemy się – i oj, było warto czekać. Mimo wszystko.

Rabo Karabekian nie jest bohaterem, którego można by polubić. Wręcz przeciwnie – to nieprzyjemny dziad, pełen żalu do przeszłości i dystansu do teraźniejszości. Jest bogaty, ale niewiele w życiu osiągnął własną pracą, raczej „płynął z prądem”, zostawia decydowanie o sobie i swoim otoczeniu innym, czasem nawet przypadkowym ludziom. A jednak bajarzem jest wspaniałym, opowiada historię swojego życia w sposób żywy i barwny, miejscami mocno emocjonalny, a czasem zadziwiający chłodem i powagą. Angażuje i prowokuje do przemyśleń – a liczne dygresje tylko w tym jeszcze pomagają.

Styl pisania Vonneguta jest specyficzny, potrafi zniechęcić przy pierwszym kontakcie. Ale dla tych, którzy go polubili bądź nie dali się zatrzymać – szybko staje się „swojski”. W moim odczuciu Vonnegut po prostu „marudzi”. Marudzi raz to pogodnie, innym razem ponuro, często zbacza z tematu, a czasem powtarza myśli bądź dodaje pozornie niekontrolowane wykrzyknienia. Ja należę do tych, którym ten styl pisania bardzo odpowiada – angażuje, a nie męczy.

Nieoczywista, złożona, emocjonalnie nierówna, ale mimo wszystko wartościowa – taka jest ta książka. Z nieprzyjemnym głównym bohaterem i zestawem różnorodnych indywiduów w tle. Życiowa, ale jednak pełna autoironii. Możemy nie lubić Rabo Karabekiana – ale możemy się od niego czegoś nauczyć. Możemy obejrzeć farsę, jaką jest życie, cudzymi oczami, a potem świeżym spojrzeniem ogarnąć własne. Rabo Karabekian, Sinobrody z Long Island, jest postacią całkowicie fikcyjną, ale nie byłoby trudno uwierzyć, że żyje się z kimś takim może nawet po sąsiedzku.