Tytuł mangi

Artur R. Woźniak - „Na skrzydłach gwiazd”

Nazwa Wydawnictwa

Wydawnictwo: Warbook
Liczba stron: 394
Cena okładkowa: 59,99 zł

Mówi się, że człowiek uczy się całe życie i drzemie w tych słowach ponadczasowa prawda. Ja na przykład nauczyłem się ostatnio, że moja wyobraźnia nie jest tak bezgraniczna jak się spodziewałem. Nigdy bowiem nie zastanawiałem się co by się stało, gdyby wysłać Harry’ego Pottera w przestrzeń kosmiczną rodem z „Gry Endera”, a w ramach tego samego pokręconego multiwersum, przyćpać wszystkich bohaterów przyprawą z Arrakis. Pytanie to, jakże ważne i niespodziewane, zadał sobie jednak Artur Woźniak, autor „Na skrzydłach gwiazd”, a efekty tego okazały się spektakularne...

Oto cywilizacja ludzka rozkwitła w epoce eksploracji i podboju kosmosu. Jednak, jako że przestrzeń kosmiczna jest z natury pofalowana, podróżowanie po niej stanowi znaczącą niedogodność. Remedium na to stanowi matryca, zaawansowana technologia podarowana ludzkości przez półlegendarnych obcych – Kupców, sterowana przez genetycznie z nią kompatybilnych Nawigatorów. Nasz główny bohater – Adnan Norris, pochodzący ze znaczącej rodziny, ale z prowincjonalnej planety, okazuje się przeznaczony biologicznie do zostania Nawigatorem. Budzi to w nim wiele emocji: jako obywatel Federacji musi udać się do obcego państwa – Zjednoczonej Ludzkości, by uczyć się w Akademii. Szkole Nawigatorów, która słynie z niskiej przeżywalności i częstego wyniszczania swoich podopiecznych. A to wszystko w realiach narastających napięć politycznych.

Artur Woźniak ewidentnie planuje historię w kształcie kilkutomowej sagi, stąd rdzeń fabularny jest prowadzony podług tej wizji. Wiele wątków, wielu bohaterów, wiele miejsc i wiele historii pobocznych, to charakteryzuje strukturę książki. Narracja prowadzi nas również poprzez rozbudowywane lore całej opowieści, kolejny symptom budowy większego uniwersum. Szkieletem opowieści jest nauka Adnana w Akademii Nawigatorów, ale równolegle budowany jest wątek spisku politycznego, docelowo głównego dla całej historii. Centralna linia fabularna, choć przyjemna w odbiorze, nie wyróżnia się szczególną kreatywnością. Dostajemy sporo tego czego moglibyśmy się spodziewać po motywie samotnego chłopca w nowej „szkole”.  Kulminacja spisku, będąca jednocześnie punktem wyjścia dla dalszej historii, jest wprowadzona jakby pośpiesznie i pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi – w założeniu mających mieć rozwiązanie w kolejnym tomie. Nadzieję pobudza ledwo napoczęty temat rasy Kupców i „Długu” zaciągniętego przez ludzkość, jak i relacji rodzinnych Adnana. Na ten moment są to wątki małoobjawowe acz obiecujące.

Jeśli spojrzeć na kwestię budowy bohaterów jest ona dość standardowa. Adnan jest dobrym chłopcem, któremu nieobca jest żądza przygody, ale i dziecięcy strach, niepewność, chęć zemsty czy dokuczające poczucie niesprawiedliwości. Postacie dziecięce w ogóle są napisane bardzo „rowlingowsko” – jest ten zły, ta mądra, ten, który jest przyjacielem głównego bohatera. Nic szczególnego ani ujmującego fabule. W każdym razie poczujemy się wśród tutejszej mieszanki postaci bardzo znajomo. Tym bardziej, że autor stara się budować je w ramach struktur ideologicznych, które mają reprezentować. Mamy też elementy relacji „from enemies to best friends” pomiędzy Adnanem a nieokrzesanym współlokatorem Tarikiem. Dorośli znów wykazują więcej kompleksowości, ale ponieważ ich przeszłość i charaktery są często jedynie zarysowane, ciężko powiedzieć tu coś więcej. W zasadzie orbitujemy tu wyłącznie wokół postaci komandora Jakobsena, którego można uprościć do słowa melancholijność, tajemniczej wykładowczyni matematyki Romero (rozwijanej na ostatnich stronach książki) czy arcynawigatorki Nyland będącej mentorką głównego bohatera.

Narracja prowadząca nas przez fabułę jest płynna, pióro Artura Woźniaka jest lekkie, a rozbudowa naszej bazy wiedzy na temat świata przedstawionego jest powiększana w rozsądnym tempie. „Na skrzydłach gwiazd” czyta się naprawdę dobrze, choć z pewnością nie są to też wyżyny literatury. Problematyczny jest za to natłok pojawiających się nazw własnych – głównie lokacji, ale i terminologii wojskowej, technologii czy całkowitych postaci tła. Te podawane są nam w olbrzymich porcjach, a następnie nie powtarzają się wcale lub jedynie sporadycznie, by po kolejnych dziesiątkach stron rzucać w czytelnika jakimś faktem z lokacji X, nie podając jego umiejscowienia ani kontekstu. Jest to szczególnie widoczne w olbrzymich akapitach opisujących działanie matrycy i jej pochodne. Są to ważne informacje czy jedynie mowa-trawa? Łatwo jest się zgubić w odmętach tej przestrzeni kosmosu. Gdzie była Cibola? Które światy są „niezrzeszone”? No właśnie.

Jednocześnie książka jest w zasadzie jedną wielką piaskownicą, w której autor z dziecięcą pasją buduje fabułę, czerpiąc inspirację z wielu tekstów kultury. Adnan to Harry Potter, w Akademii są domy jak w Hogwarcie (choć jest ich więcej), mamy nawet lokalnego quidditcha. Idea Nawigatora floty i jak na razie nieobecnej wielkiej wojny to „Gra Endera” pełną parą, a kwestia biologicznego dopasowania do matrycy, jak i nierzadkie narkotyzowanie adeptów na Nawigatorów jest nieukrywanym odniesieniem do „Diuny” Herberta. Podobnie jest z przelotnie wspomnianym buntem Agamemnona. Tworzy to dość specyficzne połączenie, dające produkt potrafiący wywołać wiele zaskakujących emocji. Są i elementy gorsze w tej szalonej zabawie. O ile odniesienia do „Matrixa”, wprowadzające poczucie nierealności świata przedstawionego odbieram pozytywnie, o tyle wizja rasy „elfów” z Dyrektoriatu oraz Cesarstwa, mowa o Gondolinie... Panie Tolkien, nie to uniwersum! Budziło to we mnie nieopisane poczucie cringe’u – w końcu to nie fanfik. 

I tak można opisać wnętrze tego co ma do zaoferowania sobą „Na skrzydłach gwiazd”. Jest to bardzo interesująca mutacja literacka wielu gatunków, takich jak sci-fi czy young adult. Czytając jej krótki opis spodziewałem się Endera po roku w Polsce; pomyliłem się, ale z pewnością nie sądziłem, że będę miał do czynienia z tak kolorową mieszanką... wszystkiego. Czy będzie to kolejna wielka saga kosmiczna, tym razem pióra polskiego autora? Sądzę, że nie. Za mało tu świeżego pomysłu, a zbyt wiele kreatywnych zapożyczeń. Niemniej książka zainteresowała mnie na tyle, że najprawdopodobniej sięgnę po kolejny tom, kiedy tylko ukaże się w druku. Z pewnością autor tak wymyślnego dzieła jeszcze mnie czymś nowym zaskoczy, nie uwierzę, że nie. Czy Adnan pozostanie chłopcem, który przeżył? Wciąż zadaję sobie to pytanie. 

Tagged Under