Konwenty Południowe - Recenzja mangi: Kohta Hirano - „Drifters”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

drifters

Drifters

JPFAutor: Kohta Hirano
Wydawnictwo: J.P. Fantastica
Ilość tomów: 5 i wciąż rośnie
Cena okładkowa: 19,90zł

I stało się – na polskim rynku pojawił się pierwszy tom „Drifters” autorstwa Kohty Hirano. Jakimi słowami można by scharakteryzować tę mangę? Może by tak: „morze krwi, zniszczenie, zagłada”? Albo: „pie**** się, do kur** nędzy”? Można też użyć wyrażenia: „podróże w czasie”. Tom pierwszy obfituje w pięknie ukazane ścinanie łbów i inne sposoby zarzynania, przekleństwa na każdym kroku i takie zaplątanie, że nie mogę się już doczekać tego, co będzie dalej.

Ale od początku – czyli tego, co zauważamy jako pierwsze. Co tu się dzieje z rysunkami? Bardzo dobre wrażenie robi pierwsze kilka stron, wydrukowanych w kolorze. Jest żywo i naturalnie. Styl autora wydaje się być prosty i surowy, czasami nie mogłam odróżnić jednego bohatera od drugiego (jeśli akurat mieli podobne fryzury i garderobę, ale na szczęście w tej mandze takich postaci nie może być wiele). Jednak nie dotyczy to całości, urzekające są rysunki przedstawiające chociażby ruiny czy wioskę elfów. Co prawda często zdarza się też, że tło jest po prostu czarną plamą, ale to kompletnie nie przeszkadza, ponieważ w „Drifters” istotna jest przede wszystkim dynamika. A to, że niekiedy jednemu z bohaterów brakuje wtedy oka (i całej reszty połowy twarzy), to już nie tak istotny szczegół. Jestem pod wrażeniem, jak czasami postaci wyglądają na naprawdę przerażające lub przerażone, innym razem mają wyraz twarzy tak komiczny, że nie da się nie spojrzeć na całość jak na komedię. Zresztą autor chyba się tego nie boi, skoro jego główny bohater jest zwyczajnym idiotą a jednemu z największych wodzów w historii nie udało się powstrzymać przed wybuchem nie tyle wojny, co własnego pęcherza. Następnie pokłócił się ze swoim śmiertelnym wrogiem, ponieważ ten poczęstował go słodkim: „Prawem zwycięzcy jest bronić słabszych!”. No cóż, ja chyba też poczułabym się urażona. W mandze roi się od żartów oraz absurdalnych sytuacji. Na pewno nie jest to lektura dla kogoś, kto wszystko bierze na poważnie.

Kto jeszcze nie pokocha tej mangi? Miłośnicy koni. Och, oglądanie tych czterokopytnych stworzeń samo w sobie było niesamowitą atrakcją. Zastanawianie się, jakim cudem mogą w taki sposób wykręcać kończyny to druga sprawa. Trzecią jest natomiast oglądanie równie zabawnych smoków.

No tak, w tej mandze mamy smoki. Oraz elfy. Ale mamy też postacie historyczne i to okazuje się być naprawdę dobrym pomysłem. Wrzucenie ludzi z „naszego świata” ale zupełnie z różnych części świata i czasów do„tamtego świata”, gdzie nazywani są „drifterami” bądź „dryfującymi”. Mają oni pomóc w walce z Panem Ciemności i „odpadami”. Wśród nich również znajdziemy znane nam postacie, jak chociażby Joannę d’Arc. Z tego też względu ciężko pomylić kogoś z kimś innym – bo „ktoś” jest ubrany w strój z czasów drugiej wojny światowej, a „ktoś inny” wygląda jak kowboj z Dzikiego Zachodu. Bardzo się cieszę, że drifterzy nie są wbijani w identyczne stroje, zachowanie indywidualności jest ogromnym plusem mangi.

No tak, tylko skąd oni wszyscy się tam wzięli? Za tym stoją tajemniczy Purpurowy i Easy. Wiemy o nich na razie niewiele, ale mam nadzieję, że z biegiem wydarzeń dowiemy się wszystkiego dokładniej. Purpurowy wysyła do innego świata „drifterów”, a Easy nazywa „odpady” swoimi. Łatwo jest więc się domyślić, kto stoi po czyjej stronie. Wspomniane zostaje też to, że „błąd musi zostać naprawiony”. Chyba każdy się ze mną zgodzi – nie rozwinięcie tego wątku byłoby ogromnym marnotrawstwem.

Co do bitwy to nie bójcie się – nie będziecie musieli długo na nią czekać. Tak jak wspomniałam, krwawe jatki towarzyszą nam przez cały tom pierwszy, natomiast armia Pana Ciemności zostaje przedstawiona w drugiej połowie. Nie wiem, o co dokładnie toczy się bitwa i zdaję sobie sprawę, że to nieładnie oceniać po wyglądzie. Ale jeśli mam do wyboru „drifterów”, którym pomagają istoty przynajmniej wyglądające na ludzkie oraz „odpady”, którym towarzyszą stworzenia podejrzanie przypominające orków z „Władcy Pierścienia”, to oczywiście wybieram tych pierwszych. Zwłaszcza, że Pan Ciemności nawet nie pokazuje twarzy – skąd mam wiedzieć, że on również uśmiecha się w ten czarujący sposób, który mówi nam „ojoj, pora komuś wpierdolić”. No, ewentualnie ściąć łeb, bo „twoja głowa należy do mnie” to również tekst, który często w tej mandze przeczytacie.

Podsumowując – „Drifters” spodoba się fanom bijatyk i historii, którzy mają dystans do świata i nie obrażą się śmiertelnie, kiedy ktoś zostanie przedstawiony jako kompletny kretyn. Nie znajdziecie tu pięknych rysunków postaci i głębokich emocji, rozgrywających się na ich twarzach z wielkimi oczami. Ale jest tu dynamika, złość, gniew i rządza krwi. Oraz czysta radość z pokonania wroga, nawet kosztem własnego życia. Wartości, jakie przekazuje nam tom pierwszy, są proste. Zobaczymy, co będzie dalej i jakie komplikacje wprowadzą Purpurowy i Easy. Być może koniec końców coś nam objawią, ale mam nadzieję, że nie. Na razie nie mogę doczekać się rozwinięcia bitwy oraz kolejnej porcji soczystych żartów. Z pewnością jest to manga, którą mogę polecić.