Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Recenzja mangi Toradora Light Novel

Toradora Light Novel

studiojg

Autor: Yuyuko Takemiya, Yasu
Wydawnictwo: Studio JG
Ilość tomów: 10 (zakończona)
Cena okładkowa: 39,99 zł

„Toradora” kojarzyła mi się do tej pory z anime (i piankami w kształcie smerfów, ale to nie ma znaczenia). Jednakże przyszła dla mnie pora na light novel – i muszę się przyznać, że jest ono pierwsze w moim ponad dwudziestoletnim życiu.
Mało znam osób, które nie kojarzą tego tytułu. No, może niekoniecznie wszyscy zapoznali się z treścią, część po prostu rozpoznaje samo słowo i, oczywiście, główną bohaterkę. Dla tych, którym nie dane było jeszcze zauważyć Taigi Aisaki– to nic dziwnego, bo to maleństwo jest naprawdę niewysokie, ale w jej drobnym ciałku zamieszkuje bestia, której nie chcielibyście rozjuszyć. Nie dziwota, że nadano jej przezwisko „Tyciego Tygrysa”.

Z drugiej strony jest pedantyczny Ryuuji Takasu. Chłopak nie ma lekko, codziennie chodzi do szkoły, robi zakupy, sprząta, gotuje… Prawdziwy skarb! Pewnie dziewczyny się za nim uganiają? No i właśnie… nie.

„Toradora” to komedia romantyczna, więc chyba nie muszę mówić, że tajemniczym zbiegiem okoliczności ta dwójka skazana będzie na swoje towarzystwo. A co dalej – każdy wie. Brzmi dosyć monotonnie i tutaj pojawia się pytanie – czy właśnie tak się to czyta?

Z całą pewnością jest bardziej wciągające, niż anime. Akcja też wydaje się płynniejsza, a niektóre aspekty mniej irytujące (ale może to dlatego, że ignoruję infantylne rozciąganie sylab przez część bohaterów, które, niestety, stosowane jest miejscami nagminnie). Tekst pisany daje nam możliwość wyobrażania sobie niektórych rzeczy po swojemu. Oczywiście dla tych, którzy „Toradorę” znają, niektóre z nich są już niezaprzeczalnie wpisane w umysł. Dla mnie były to zdecydowanie sylwetki głównych bohaterów, ale że oglądałam anime ponad dwa lata temu, dało to mojej wyobraźni całkiem sporą swobodę twórczą. Samą treść również nieco sobie odświeżyłam. I fakt, nie jest to tytuł, który będzie czytelników zaskakiwał. Całość jest dosyć przewidywalna i schematyczna, jednak czyta się to bardzo przyjemnie. Jest wręcz idealne na obecną pogodę – zimno, pada, wieje, stada bizonów szalejące po ulicach, corrida i inne klęski (pogodowe lub nie) zmuszają nas do tego, żeby zostać w domach. Najlepiej pod kocem. W wyrku. Z ciepłą herbatką. Czekoladą też nikt pewnie nie pogardzi i właśnie do tego nada się idealnie „Toradora”.

Już wyjaśniam, dlaczego. Przede wszystkim, jest to bardzo sympatyczna lektura, lekka, pozwala nam odetchnąć, zapomnieć o szkole, pracy, uczelni,… (niepotrzebne skreślić, pominięte dopisać). Podczas czytania łatwo jest się przywiązać do któregoś z bohaterów i zacząć mu kibicować. Poza tym, nie jest to historia, w której miłość pojawia się już pod koniec pierwszego rozdziału - musicie poczekać na drugi. Tak naprawdę, jest to bardziej skomplikowane. W każdym razie, „Toradora” nie irytuje tym namolnym ukazywaniem uczucia, które widoczne jest dla wszystkich ale nie może rozkwitnąć z uwagi na „ojej, jestem taka nieśmiała”, „nie mogę do niej podejść bo może zostanie to źle odebrane” i inne tego typu wymówki. Takie wątki też tu znajdziecie, ale jest coś, co skutecznie odwraca od nich uwagę, mianowicie rozwój pięknej przyjaźni między rozszalałym demonem i aniołem o oczach mordercy. A czy jest coś, co bardziej ogrzewa serducho w takie dni jak teraz, niż przyjaźń?

I właśnie to jest moja ulubiona część. Obserwowanie rozkwitu serdecznej przyjaźni, nie podszytej przez samych zainteresowanych głębszym uczuciem. Dlaczego podkreślam, że przez nich? Bo bądźmy ze sobą szczerzy – to komedia romantyczna. Wszyscy wiemy, jak to się skończy.

Kolejną zaletą jest brak piątej klepki. Długo wymieniałabym, komu jej brakuje, pozwolę Wam jednak odkryć to samodzielnie. Jak to często bywa w przypadku tego rodzaju literatury – częściej wymykało mi się „ooo” czy „ojejuuu”, niż wybuchy gromkiego śmiechu, ale też nikt nie spodziewa się doskonałych żartów po czymś, co ma w nazwie gatunku „romantyczna”. Mamy się zachwycać, polubić ich, wspierać (duchowo) w ambicjach i marzeniach, bądź mieć zupełnie odmienne plany dotyczące ich egzystencji.

No i mamy śledzić ich losy… W tym temacie wydawnictwo wyszło nam naprzeciw, ponieważ kupując pierwszy tom polskiego wydania light novel, kupujecie tak naprawdę dwa. Jest to, moim zdaniem, świetne rozwiązanie. Po pierwsze, z uwagi na aspekty ekonomiczne. Fakt, wydajecie więcej na raz, ale patrząc na przeciętne ceny nowelek w Polsce, zyskujecie. Za dwa tomy wydane osobno przyszłoby zapłacić więcej. No i po drugie – mamy szansę poznać dłuższy fragment akcji na raz. Tak czy owak, trzeba teraz poczekać trochę na kolejny tom, całości nie zmieszczono na tych trzystu osiemdziesięciu stronach, jednakże trochę dłużej dane nam było zostać z bohaterami, poznać ich lepiej, obserwować, jak, i w którym kierunku, rozwija się fabuła.

Jeśli chodzi o błędy – literówek pojawia się niewiele. A źle odmienione wyrazy (również zaledwie kilka przypadków) nie wytrącają z rytmu czytania. Ot, każdemu może się zdarzyć, nie bądźmy surowi, nie wymagajmy perfekcji, gdy sami tacy nie jesteśmy. (Jeśli jesteście idealni to potraficie też wybaczać, więc nie widzę problemu).

No i wreszcie kwestia rysunków – są ładne, urocze, linie miękkie niczym czekolada pozostawiona na słońcu. Po prostu sympatyczne. Miło czasem przerwać na chwilę czytanie i popatrzeć na ilustracje, naturalnie adekwatne do treści.

I w końcu – czy warto przeczytać „Toradorę”? Jeśli szukacie pozycji wybitnej, to nie. Jeśli chcecie się zrelaksować z kubkiem gorącego kakao w dłoni – jak najbardziej. Radzę jednak uważać, żeby nie rozlać gorącego płynu. W razie wystąpienia pecha można by, co prawda, zaryzykować dotknięcie Tyciego Tygrysa. Osobiście jednak zalecałabym pogodzenie się z pechem, brzmi to znacznie rozsądniej.