Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Kawaii Scotland

Kawaii Scotland

gindie

Autor: Ilona Myszkowska, Janina Grzegorzek, Dranka
Wydawnictwo: Gindie
Ilość tomów: 1+ (kontynuowana)
Cena okładkowa: 22,00 zł

Kiedy człowiek sięga po mangę, której bohaterami są uczniowie, może z pewnością oczekiwać całego mnóstwa kadrów wypełnionych przez krótkie spódniczki, zbliżenia na biusty i masy słodkich ujęć. O ślicznych i mrocznych chłopcach też zapomnieć nie może. Jeśli dorzucimy do tego klasyczne „on wspaniały i popularny, jej - szarej myszki - nie zauważa” otrzymamy przepis na szkolny romans. Chyba żem skuszeni szkocką kratą i nazwiskiem Kobiety-Ślimaka, sięgniecie po najnowszą mangę wydawnictwa Gindie „Kawaii Scotland”. Wówczas złapcie się mocno za swoje siedziska, bo czeka was absurdalna jazda bez trzymanki.

Dzielni Szkoci w końcu odzyskali niepodległość, pokonali kobiety i ich genderowską ideologię, dzięki czemu znów mogli zadbać o tradycyjne wartości i wykształcenie w zakresie tak niezbędnych czynności, jak gra na dudach czy rzut kłodą. W takich realiach przyszło dorastać głównemu bohaterowi mangi – Ukechanowi. Młodzieniec ten uczęszcza do liceum Azami na Zielonych Wzgórzach, gdzie uczy się jak być prawilnym Szkotem. W tydzień po rozpoczęciu roku szkolnego do jego klasy trafia nowy uczeń – Semesenpai – będący uosobieniem cech idealnego kilciarza (począwszy od włosów na klacie, przez znajomość wyższej matematyki, na doskonałych rzutach kłodą skończywszy). Oczywiście cała klasa wzdycha na widok tej chodzącej perfekcji, w tym oczywiście główny bohater, który niestety bardziej przypomina znienawidzoną i budzącą lęk kobietę niż męsko-męskiego Szkota. Jednak Ukechan się tym nie zniechęca i postanawia zdobyć uwagę wybranka swego serca.

I teraz zastanawiam się, jak najlepiej oddać słowami tę górę niedorzecznego absurdu i lukrowo-cukierkowej słodkości, które wręcz wypływają z objęć okładki? Za scenariusz odpowiadają wspomniana już przeze mnie Ilona Myszkowska (Kobieta-Ślimak) i Janina „Nina” Grzegorzek, a ja naprawdę chciałabym wiedzieć, jaką kawę z energetykiem obie panie mieszały podczas jego wymyślania, skoro powstało coś tak chichotogennego. Fabuła jest pełna klisz i drastycznego przerysowania, wypunktowania idiotyzmów i bezlitosnego wyśmiewania konwencji. Bo czegóż to mogą uczyć się w szkole najbardziej prawilni Szkoci, jak nie rzucania kłodą i płomiennej (dosłownie) gry na dudach. Autorki nie zapomniały o przeinaczeniu nawet najdrobniejszego szczegółu, w tym faktu, że matematyczna wartość kłody (niezbędna do obliczenia możliwości skrzyżowania kłody z owcą) jest zaskakująco bliska liczbie pi. O, a wspominałam o bracie Ukechana – Nekochanie, który jest Kotem-Szkotem? Dosłownie. Ma kocie uszka i ogon i wiotczeje jak się go podniesie. Ogólnie rzecz ujmując, przejawia całą masę kocich zachowań. Czy muszę dodawać coś więcej?

Jednak chyba największe pochwały należą się dla Katarzyny „Dranki” Stasiowskiej, odpowiedzialnej za stronę graficzną „Kawaii Scotland”. To właśnie jej zawdzięczamy obłędnie słodkie minki Nekochana czy niemal dziewczęcą urodę Ukechana. Niedorzeczności sytuacyjne to jedno, ale odpowiednie ich zobrazowanie to zupełnie inna para kaloszy. Właściwe wyważenie słodko-uroczych ujęć ozdobionych całą masą kwiatów i serduszek, szalonej mimiki twarzy ze wzrokiem maniaka na czele, po całkowitą normalność, pozwalającą się zwyczajnie pozachwycać, udało się Drance doskonale. Moim zdaniem grafiki idealnie oddają klimat całej historii, a jakością nie odbiegają od innych mang tego typu.

„Kawaii Scotland” jest tytułem uroczo niedorzecznym, nieco abstrakcyjnym i wywołującym całą masę reakcji, począwszy od szaleńczego śmiechu po pukanie się w czoło, przy niektórych pomysłach autorek. Jednak tak naprawdę żadne słowa nie oddadzą poziomu absurdu, z jakim zetkniemy się podczas czytania. Swoisty wspomagacz w postaci napoi wesoło-procentowych wydaje się być wręcz nieodzowny w trakcie lektury. Ale nie da się ukryć, że taki właśnie cel przyświecał wszystkim trzem paniom i muszę przyznać, że udało się im to znakomicie.