Konwenty Południowe - Recenzja mangi „Card Captor Sakura” Autor: CLAMP

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

card captor sakura

Card Captor Sakura

waneko

Autor: CLAMP
Wydawnictwo: Waneko
Ilość tomów: 12
Cena okładkowa: 21,99 zł

„Card Captor Sakura” jest jednym z najpopularniejszych na Zachodzie dzieł grupy CLAMP, jednocześnie w Polsce będącym relatywnie mało rozpoznawanym. Czy jest to słuszne, nie mnie oceniać, z pewnością jednak można uznać, że manga ta idzie pod prąd prawie wszystkim obecnie rozpowszechnionym trendom w gatunku mahō-shōjo. Tylko czy zaszufladkowanie jej jako oldschool jest wystarczającym powodem, by po nią sięgnąć?

Warto zresztą dodać, że polscy fani mangi i anime mogli zapoznać się z pierwszym tomem mangi „Card Captor Sakura” już w 2002 roku, kiedy to w wydawanym przez Waneko czasopiśmie „Mangamix” przedrukowano pierwszy tom, a więc w czasach, gdy CLAMP był w naszym kraju naprawdę popularny. Dlatego mimowolnie przychodzi na myśl pytanie: dlaczego to wtedy nie chwyciło?

Przenieśmy się na chwilę do lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Pewnego dnia uczennica szkoły podstawowej, Sakura Kinomoto, odkryła w bibliotece swojego ojca książkę, po otwarciu której dowiedziała się trzech rzeczy. Po pierwsze, że ma magiczną moc, bo tylko osoba z magicznymi zdolnościami mogła ją otworzyć. Po drugie, że przy okazji uwolniła z księgi tzw. karty Clowa, które od tej chwili będą siały na świecie zło i zniszczenie. Po trzecie zaś, że w związku z powyższym osobiście musi wyłapać wspomniane karty, w czym pomoże jej nieudolny strażnik księgi – skrzydlaty lewek noszący imię Kerberos.

Kojarzycie może takie tytuły jak „Mahō-Shōjo Madoka Magica” czy ostatnio wydane w Polsce „Czarodziejki.net”? Jeśli podobają się wam te tytuły, to powinniście wiedzieć, że „Card Captor Sakura” podchodzi do tematu mahō-shōjo w zupełnie odmienny sposób. W czasach, kiedy ta manga się ukazywała, mahō-shōjo wciąż opowiadało o walce dobra ze złem, a nie było survival horrorem.

Manga posiada prostą fabułę, a zwieńczeniem każdorazowych zmagań Sakury ze złem jest odzyskanie kolejnej karty Clowa. Oznaką, że taka karta znajduje się w pobliżu, są nietypowe zdarzenia, jak np. wciąganie pod wodę pływających w basenie ludzi, masowe halucynacje itd. Zło, jak to w życiu bywa, czyha dosłownie za rogiem, a już na pewno w zasięgu poruszającej się na łyżworolkach Sakury. Walki mają pewien walor taktyczny, gdyż nie wszystkie karty posiadane przez Sakurę nadają się w równym stopniu do wykonania pewnych zadań. Nieliczne są co prawda łatwe do okiełznania, ale większość trzeba kontrolować w określony sposób. Niczym w grze karcianej, właściwości niektórych kart czynią je w większym stopniu zdatnymi do walki, inne z kolei wymagają bardziej strategicznego podejścia. Ten taktyczny wymiar jest jednak przedstawiony pobieżnie, a krótki czas trwania pojedynków i założenie, że manga skierowana jest do młodszego odbiorcy, nie pozwala na osiągnięcie odpowiedniego napięcia. Przy dłuższych posiedzeniach może być to męczące, ale jeśli przegląda się mangę od czasu do czasu, nie będzie aż tak odczuwalne.

Pomimo tych ograniczeń mangę „Card Captor Sakura” czyta się nieźle, dzięki pewnym typowo „CLAMP-owskim” cechom tego tytułu. Jedną z nich są przeurocze postacie. Nie może być inaczej, skoro bohaterów wprost rozpiera dobroć i chęć niesienia pomocy innym. Ich traumy i lęki są dawno oswojone i nie pozostawiły głębokich urazów psychicznych, środowisko nie jest zaborcze, sytuacja ekonomiczna jest wystarczająco dobra, by nie trzeba było martwić się o jutro. Bohaterowie nie mają co prawda rozwiniętych charakterów, ale są one dostatecznie wyraziste, by nie zlały się w jedną, szarą, choć polukrowaną z wierzchu masę.

Kolejnym, moim zdaniem typowym dla CLAMP-a, wyróżnikiem jest nieprzeciętny urok, z jakim są narysowani bohaterowie, co dobrze oddaje ich osobowość. Dzięki temu z większą chęcią śledzimy ich pozbawiony silnych (w każdym razie negatywnych) emocji prozaiczny żywot. Te pełne miłości oczy, łagodne rysy twarzy, zadbane fryzury i nowe sukienki, które na każdą misję zakłada Sakura, wypalą się w waszych oczach niczym znak właściciela na boku krowy. „Card Captor Sakura” oddaje wiernie swoje czasy, pokazując nam przedmioty życia codziennego, które nabrały ostatnio kultowego charakteru, jak na przykład magnetowidy, łyżworolki czy pagery. Retro jest dzisiaj w modzie, ale najlepsze w tym jest to, że „Card Captor Sakura” uchwyciła ten moment w czasie, gdy to wszystko było żywe i prawdziwe, a nie tylko na chłodno wykalkulowanym komercyjnym zabiegiem.

Podsumowując, mangę „Card Captor Sakura” czytało mi się przyjemnie, choć odbierałem ją trochę jako produkt swojej epoki i nie jestem pewien, czy przyjąłby się on tak dobrze dzisiaj, przynajmniej wśród niedocelowego czytelnika. Nie ukrywam, że moim zdaniem jest to manga dla dzieci i fanów grupy CLAMP.