Konwenty Południowe - Recenzja mangi „Dragon Ball Z: Bitwa Bogów”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

dragon ball bitwa bogow

Dragon Ball Z: Bitwa Bogów

JPF

Autor: Akira Toriyama (oryginalny pomysł), Jump Comics
Wydawnictwo: J.P.Fantastica
Ilość tomów: 1
Cena okładkowa: 49,00zł

Jakie seriale sprawiały, że kiedy nadchodziła godzina emisji kolejnego odcinka, wyludniały się ulice? „Czterej pancerni i pies”, „Stawka większa niż życie”… Coś jeszcze? Chodzą słuchy, że podwórka pustoszały również, gdy w telewizji pojawiało się anime „Dragon Ball”. Pewnie jest w tym wiele prawdy, gdyż jaki cel miałoby wydawanie tytułu skierowanego do fanów w kraju, w którym nie byłoby odpowiedniej bazy?
Anime-comics, nowy typ mangi od Japonica Polonica Fantastica, to nietypowa jak na nasze warunki próba przeniesienia filmu „Dragon Ball Z: Bitwa bogów” z 2013 roku na karty komiksu nie tyle poprzez narysowanie całości od nowa wedle scenariusza, co zapełnienie kadrów zrzutami ekranu z animacji.
„Dragon Ball Z: Bitwa bogów” opowiada o starciu bohaterów z bogiem zniszczenia Piwusem, który przebudził się po kilku dekadach snu, pragnąc nie tylko siać śmierć i pożogę, ale także dowiedzieć się, czy w kosmosie faktycznie istnieje, jak to zobaczył we śnie, Super Saiyanin Bóg, mogący stanowić dla niego wielkie zagrożenie. Szukając go, trafił na Ziemię, gdzie w tym czasie hucznie obchodzono urodziny żony Vegety, Bulmy. A przecież Son Gokū nie mógł dopuścić do zniszczenia planety i zepsucia imprezy.
Fabuła komiksu nie odbiega od tego, co znamy z całej serii „Dragon Ball”. Nieprzerwane pasma zwycięstw sprawiają, że Son Gokū i jego towarzysze muszą mierzyć się z kolejnymi, coraz potężniejszymi przeciwnikami. Z każdym pojedynkiem stawka rośnie. Walka przebiega zgodnie z ustalonym w poprzednich tomach schematem, więc zanim główny bohater choćby spróbuje stanąć na wysokości zadania, jego koledzy (w większości dawni oponenci) zrobią wszystko, żeby kupić mu trochę czasu, przede wszystkim zapobiegając zniszczeniu planety przez Piwusa z nudów. Wszystkie chwyty, żarty i potrawy dozwolone.
„Dragon Ball Z: Bitwa bogów” to nie tylko ciągłe starcia. Wątek wesela wnosi dużo humoru, jednak kosztem fabuły. Poza wymianą coraz potężniejszych ciosów, improwizowaniem nowych technik, odkrywaniem ku uciesze widza i przerażeniu przeciwnika, ile procent mocy wykorzystują wojownicy oraz wykrzykiwaniem słów, mogących uchodzić za obraźliwe określenia męskich narządów rozrodczych, jeśli się je źle zrozumie, bohaterowie lubią też sobie poświecić niczym choinka bożonarodzeniowa. Słowem, jest to standard, za który wielu kocha tę serię. Ja czułem się pod koniec trochę zmęczony brakiem większych urozmaiceń w akcji, jednak w gruncie rzeczy komiks jest za krótki (pomimo swoich ponad trzystu stron), by wystawić cierpliwość czytelnika na większą próbę.
Zresztą nie fabuła jest tutaj najważniejsza (i chyba nigdy nie była tym, za co fani kochali ten tytuł), lecz bohaterowie. Celem autora mangi „Dragon Ball”, Akiry Toriyamy, tworzącego także scenariusz do filmu było (za namową studia) umieszczenie w nim większości istotniejszych postaci, które przewinęły się na kartach komiksu. Pojawili się więc tacy ulubieńcy czytelników jak Żółw Pustelnik, Mr. Satan, zboczona świnka Ulong i tak dalej, ale nawet ci, którzy znaczą coś w światku „Dragon Balla”, przykładowo Piccolo, nie odgrywają na ogół, poza kilkoma zdaniami oraz ewentualnie otrzymaniem „honorowego policzka” od Piwusa, większej roli. A Son Gokū? Cóż, kiedyś był potężny i głupkowaty, teraz zachowuje się jak osobnik niepełnosprawny intelektualnie, wciąż jednak obdarzony dosłownie nieziemską siłą. Jeśli chodzi o Piwusa, nie jest zwykłym chłopcem do bicia. To całkiem interesująca postać, przypominająca kota, ponieważ bywa leniwy, kapryśny i ma wyszukane podniebienie. Tworząc go, Akira Toriyama inspirował się między innymi swoim pupilem rasy Cornish Rex. Piwus z jednej strony wydaje się poczciwy, a z drugiej ma na swoje rozkazy złoczyńców pokroju Frizera. Pomimo tych sprzeczności łatwo można go polubić. Podobnie przedstawia się sytuacja z jego sługą Whysem, który bardzo dba, by bóg zniszczenia nie marnotrawił czasu na próżne rozrywki. Nowe postaci mają tę istotną przewagę nad „starą gwardią”, że otrzymali wystarczająco dużo czasu, by zaznaczyć swoją obecność.
Jak zauważyłem na początku, tytuł powstał z połączenia scen z filmu i ułożenia ich w ciąg fabularny. W rezultacie otrzymujemy komiks w pełnej palecie barwnej. W ramach „umangowienia” kadry zostały uzupełnione o onomatopeje oraz opisy ruchów wykonywanych przez bohaterów. Niestety, wrażenie pędu czy nabierania prędkości oraz efekt fali uderzeniowej, które w komiksach są na ogół przedstawione za pośrednictwem otaczających przedmiot lub osobę kresek, tutaj zostały oddane za pomocą lekkiego rozmycia kadru, co jest naturalne dla animacji, ale w komiksie wygląda nieco dziwnie. Niemniej oprawa graficzna sprawia dobre wrażenie, tak samo jak powiększony format czy wysokiej jakości papier, na którym wydrukowano komiks.
Podsumowując, mangę „Dragon Ball Z: Bitwa bogów” czytało mi się dobrze pomimo pewnych dłużyzn. Na korzyść tytułu przemawia obecność sporej ilości lekkiego humoru i mnóstwa scen akcji w drugiej połowie. Fani (z wyjątkiem tych, którym nie spodobał się film) mogą spokojnie sięgnąć po tę pozycję.