Konwenty Południowe - Relacja z konwentu: RyuCon 2016 - Z Łodzi do Krakowa... Warto?

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Cześć, tu Miłościwie Panujący Król Daneł z Shitty Cosplayz. Mam dla was relację z Krako… RyuConu, który  odbył się w połowie sierpnia. 

Powieść to stara i dobrze znana… prawie!

Dnia 10 sierpnia opuściłam swą piękną Łódź na podbój jakże mi i tak dobrze znanego Krakowa. Dotarłam na miejsce o piątej zero jeden i przez kolejne kilkadziesiąt godzin wyczekiwałam samego konwentu. Pierwszego krakowskiego wydarzenia od wielu lat, a zaczynałam i skończyłam na Krakonach mniej bądź bardziej lubianych.

Dojazd

Jako że miałam własnego przewodnika w postaci Ojca Redaktora nie miałam problemu z dotarciem do szkoły konwentowej. Niemal zapłakałam, widząc szkołę mego pierwszego konwentu, wtedy inaczej wyglądały całe te "zloty". Muszę przyznać, że mapka która ukazywała się w Google była dość pomocna, chyba każdy dałby sobie radę z dojazdem.

A na miejscu…

Zaakredytowałam się w miarę szybko. Bardzo mile zaskoczył mnie fakt możliwości wybrania jednego z czterech wzorów identyfikatora: wiosna w zielonej sukni, lato opancerzone jak samuraj, psotna lisia jesień i piękna zima. Jestem prostą samicą, wybrałam lato. Smycz również ładnie się prezentowała, chyba najładniejsza jaką do tej pory dostałam (od 2011).

Kolejka nieco mnie zaskoczyła… a raczej jej niewielka długość. O godzinie 13:00 z hakiem ledwo co wyłaniała się zza bram, a wydawało mi się, ze krakowskie konwenty to jednak pokaźny sznurek… i tu się przejechałam. W ciągu godziny kolejka wydłużyła się, ale jeszcze szybciej została rozbita. Good job, FunCube!

Wystawcy

Szkołę znałam, więc nie było co odkrywać. Mogłam za to przejść się po już gotowych stoiskach…

Bardzo spodobało mi się rozłożenie wystawców na dział z rzeczami jakby "gotowymi" i część artystyczną. Wielki plus za to. A cóż na mangowym straganie oferowano? Oczywiście głównie to, co z Pokemonami związane, czyli koszulki, bluzy, pokeballe, figurki, maskotki… a nawet szpej noszący na sobie ślady zeszłej dekady.

Część dla uzdolnionych artystycznie tryskała różnorodnością, bowiem nie tylko mangowcy mogli się tam zaopatrzyć, ale i fani takich serii jak Steven Universe, Undertale czy Gravity Falls. Co ciekawe znalazło się też stoisko, gdzie dziewczyna swymi zdolnymi paluszkami działała cuda za pomocą henny. I to tej naturalnej!

Z innych zaskakujących rzeczy było stoisko prowadzone przez znaną mi Tatsumaki. Było ono wyjątkowe, ponieważ oferowano na nim możliwość przebrania się w stroje azjatyckie wszelkiej maści: od Turcji przez Indie i Koree aż po samą Japonię. I TO ZA DARMO.
Nie zabrakło też stoisk z perukami i soczewkami co dla mnie, niskiej jakości cosplayera, było wręcz niesamowite. Okazjonalnie trafiałam na dwa-trzy wigi, a tu całe dwa kosze z perukami i masa rocznych soczewek!

Uciekając od niechybnego roztrwonienia wypłaty, skończyłam wycieczkę zapoznawczą na gastro.
Co to za konwent bez sushi? Tym razem zaopatrzeniem w rolki zajmowało się Hidamari. Do akompaniamentu mieli obok siebie onigiri, pyszne pieczone kulki z nadzieniem z ośmiornicy, krewetki oraz… burgery. Ale nie takie zwykłe z makdolca! Miały w sobie też imbir i sałatkę z ogórka i wodorostu. Choć brzmi dziwnie to interes się kręcił, bo co chwila czekali na dostawę bułek.

Z innych dań orientalnych dostępny był makaron w przystępnej cenie do max 20 zł. Już takim boxem za 16 szło się najeść.
Co to by był za konwent bez dwóch dzielnych herbaciarzy i ich uroczej asystentki? Oprócz Bubble Tea czy kawy smakowej panowie zaskoczyli konwentowiczów… lodami. Widać i tu trafiono w dziesiątkę, bo co chwila mijałam kogoś z mrożonym deserkiem.

Atrakcje

Cóż, słodzić nie będę. Piątek był dla mnie tragedią, jeśli chodzi o atrakcje. I nie tylko dla mnie. Większość była tak znudzona, że wyszła na plac zabaw, by ot tak posiedzieć i pogadać o niczym. Sporo ruszyło poodbijać okoliczne pokegymy.

Ale czy faktycznie było TAK nudno? Socjal ruszył na ratunek. Nic bardziej nie bawi, jak widok cosplayerów z Free, Haikyuu czy Kuroko w jednym miejscu, robiących sobie durne fotki. Nie, tych w galeriach na pewno nie będzie, ale trzeba wiedzieć, że potrzeba (nuda) jest matką wynalazków (atrakcje).

Dopiero sobota przyniosła pozytywne wieści. Nie mówię tu oczywiście o cosplayu, ale o atrakcjach, które mogą przyciągnąć takiego starucha jak mnie. Na pierwszy cios panel o fandomie prowadzony przez Uwo, czyli typa biegającego w kostiumie Deadpoola. Panel był zatytuowany: Porozmawiajmy o fandomie. Sama prowadziłam takie coś i wiedziałam, że za 3…2…1… zamieni się to w Hejted:Fandom. Było trochę wspominek, trochę żalu, ale ostatecznie nikt nie wyszedł niezadowolony w połowie. Kolejną rzeczą, jaka mnie zainteresowała, to panel o tym, jak przyszykować się do wystąpień publicznych. Dla niektórych była to kopalnia wiedzy o tym, jak przetrwać na konwencie i wciąż być w stanie poprowadzić atrakcję. Wymienialiśmy się swoimi doświadczeniami, a nawet prowadzone były ćwiczenia z prowadzenia normalnej dyskusji, opartej na normalnych i mocnych argumentach. To było nawet zabawne. Godzina przerwy do kolejnego panelu. Tym razem odezwał się we mnie pokefag, bowiem obrałam sobie za cel atrakcję, która miała mówić o pierwowzorach pokemonów w japońskim folklorze.

Mając te 60 minut na życie udałam się do fotostudio konwentowego, mijając po drodze bazę jednej ze stron w konwentowym larpie. Ten dawał sporo do klimatu jak i wszędobylskie duszki-śmieszki czy kartki-talizmany ze znakami… na dobre czy na złe moce.
Nie wiem, czego się spodziewałam. Hoki? MLC? Ot, zarzucone zielone tło, lampa i fotografka. Nie mogłam wymagać zbyt wiele od konwentowego fotostudia, ale… chociaż ustawienie modela, pokazanie gdzie ma stanąć, tak, żeby nie było widać szafek z boku.
Dałam sobie zrobić te 4-5 fotek i uciekłam podziemnymi korytarzami szkoły, które robiły również za sleepy uczestników.

Z ratującego z opresji informatora dowiedziałam się, że jest jeszcze jedno fotostudio, podobno prowadzone nawet przez jakiegoś profesjonalistę! Czmychnęłam tam mając nadzieję na wyleczenie lekkiej traumy nabawionej w lochach obok Świątyni Smoka.
Osiem fotek później nieco bardziej zadowolona weszłam prosto do Sali, gdzie miała odbyć się atrakcja.
Drzwi, które miały na sobie kartkę z harmonogramem, stały się dla mnie ścianą płaczu. Atrakcję odwołano.

Main

Sala gimnastyczna tryskała wręcz ciekawymi eventami. Jednym z nich były już dobrze znane warsztaty z tańca zwanego Belgijką. To się chwali, bo nie każdy konwentowicz wie, jak tupnąć nogą w rytm muzyki innej niż Gangnam Style. Dalej było już tylko muzyczniej – nauka tańca, potem wybory króla parkietu, w których chwilowo wzięłam udział, i coś czego nie zrozumiałam. Zwycięska para stała się Królem i Królową Balu…. zanim owy Bal (5h później) miał się odbyć. Perełką tego wszystkiego byli zawzięci dwaj panowie, którzy chcąc bardzo wygrać zmienili płeć jednego z nich, dodając papierowy biust pod koszulkę. 

Dowiedziałam się też, że ludzie nie wiedzą co to Zorba. Trochę mnie to przeraża.

Ochrona, helperzy

Helperzy widoczni z daleka, dzięki zielonym koszulkom z logiem RyuConu, byli bardzo pomocni i, choć czasem sami czegoś nie wiedzieli, to robili wszystko, by znaleźć kogoś kto ma takie informacje. To się chwali. Ochrona zewnętrzna, nie nasz typowy patrol konwentowy. Miało to swój plus, który zauważyło sporo uczestników. Plus był kudłaty, młody. Miał sterczące uszka i bardzo mądry wzrok. Widać komandos od zadań specjalnych. Ot, atrakcja nie zamieszczona w informatorze.

Cosplay

Cosplayerów było nawet sporo, z jakością różnie, ale jak się okazało na samym konkursie – strój to nie wszystko. Były pokazy z serii takich jak Resident Evil, Noragami czy sama Poison Ivy, ale trzy scenki zapadły mi w pamięć: Pierwsza to scena z Undertale i, choć nigdy w grę nie grałam, to wywarła na mnie spore wrażenie, przez co nawet rozpłakałam się jak na śmierci Mufasy.

Druga to grupka z Magi – Princeski (tak nazywała się grupa). Prawdziwy dowód na to, ze można zrobić scenkę z serii, którą nie każdy kojarzył, a jednak wciąż bawiła swoja banalnością i zmyślnym wykorzystaniem dialogów Grupy Filmowej Darwin. Tu obowiązkowe było zwycięstwo w kategorii występu grupowego.
Trzecia to coś, czego się nie widzi. Jedna z siostr z araSHIrei Sis. CosArt postanowiła przedstawić jak to wygląda u Sulejmana i Hurrem po wspaniałym ślubie…Wyszło jak wyszło, a Sułtan widział, co brał. Po więcej info o zwycięskiej w kategorii SOLO Hurrem zapraszam do wywiadu, który niedługo ukaże się w naszym Hall of Fame.

Najlepszym strojem okazała się Doll z Kuroshitsuji i cóż… zasłużyła sobie na to miejsce z całą pewnością.

A któż oceniał?

Info o jurorach nie mogłam zaleźć na i tak biednej stronie konwentu, więc musiałam zapytać się obsługi. Mieli to być Rav, Shappi i "ktoś jeszcze wysłany przez kogoś, ale ten ktoś się nie zgłosił". No nic, skoro Shappi i Rav mieli oceniać to źle nie będzie. Ostatecznie w jury na Sali widziałam Rava, naszego fotografa Marcusa oraz Leontha. Ale czy ktoś wiedział kto ocenia? Nie wiem, wodzirej milczał na ten temat.

I to by było tyle z mej wędrówki po Ryuconie. Uć daleko, busy i pociągi rzadko, więc niedziela dla mnie nie istniała. Czy pojadę za rok? Tak, jeśli urlop na to pozwoli. Czy żałuję? Nope. Czy polecam? Skoro ludzie z Wolina mogli i chcieli, to jest to chyba wystarczające zaproszenie.

Na koniec relacji chcę podziękować Kindze za wsparcie duchowe, przewodnictwo po Krakowie, nocleg i wspólne wypady do pobliskiego Leviatana, który ratował portfele i żołądki konwentowiczów.