Konwenty Południowe - Relacja z konwentu - Gakkon 2019

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Kiedyś na polskich konwentach bywałem znacznie częściej, a w okresie kulminacyjnym praktycznie co tydzień, co było okropnie męczące. Fandom mangi i anime w Polsce wtedy się dopiero rozwijał i z mojego punktu widzenia teraz jest naprawdę bardzo rozbudowany. Mnóstwo osób nadal narzeka na konwenty, na ich jakość, ilość i organizację, ale taka już chyba po prostu przywara Polaków. Natomiast z punktu widzenia człowieka, który przyjechał na konwent z kraju, gdzie podobne imprezy organizowane są raz, maksymalnie trzy razy w roku, do tego po takim czasie nieobecności na polskich konwentach, wizyta na Gakkonie i na Wielkim Balu Cosplayowym (mowa o edycji walentynkowej) była jednocześnie nostalgiczna i odświeżająca.

Swoją podróż zacząłem dzień przed konwentem, w Kownie na Litwie. Połączenie autobusowe z Warszawą mam bardzo dobre, więc po całonocnej podróży przesiadłem się w autobus do Łodzi około szóstej rano, dzięki czemu na miejscu byłem po ósmej. Zawsze lubiłem w Łodzi to, że znajduje się w samym centrum Polski, dzięki czemu dojazd dla wszystkich z każdego jej zakątka jest mniej więcej z takiej samej odległości. Właśnie z tego powodu myślę, że miasto to jest pod względem strategicznym doskonałym miejscem do organizowania konwentów i zdecydowanie mogłoby się odbywać ich tam więcej. Może połączenie Łodzi z południem kraju nie jest szczególnie zadowalające, ale nadal lepsze niż np. jazda na konwent odbywający się w Szczecinie dla osoby, która jest z Rzeszowa (albo tak jak ja zza granicy, gdzie szanse na jakiekolwiek wygodne połączenie są zerowe).

Po dotarciu na conplace mile się zdziwiłem, ponieważ pamiętałem konwenty sprzed kilku lat, zawsze z okropnymi kolejkami, a tymczasem tutaj kolejki nie było żadnej. Na akredytację w ogóle nie musiałem czekać. Ponieważ w najbliższym czasie wybieram się do Białorusi, miałem przy sobie akurat paszport i wyciągnąłem go zamiast dowodu ukrytego w portfelu – było to po prostu szybsze. Niestety, chyba jednak byłem jedyną taką osobą, bo dziewczyny na akredytacji wolały się najpierw zapytać organizatora i upewnić, czy mogą przyjąć paszport jako dokument potwierdzający tożsamość. Nie wiedziałem, jak na to zareagować, bo to wskazywało na ich niewiedzę, ale, drogie dziewczęta, to jest taki sam dokument jak dowód osobisty… Mogłem pokazać nawet prawo jazdy, bo ono też się kwalifikuje, jako dokument potwierdzający tożsamość, ale macie plus za dokładność! Natomiast w erze napływu Ukraińców do Polski, czy choćby innych obcokrajowców, radziłbym spodziewać się więcej osób takich jak ja, tzn. legitymujących się paszportem.

Większą część czasu na Gakkonie spędziłem w kawiarni na piętrze, gdzie można było kupić sobie bubble tea lub pyszne wafle – gofry (w sumie nie wiem jak nazwać to coś, taki jakby rożek, strasznie słodki), a także tradycyjne tosty, kawę, herbatę, czekoladę... Zdziwiłem się, że mleko do kawy było… sojowe! Super rozwiązanie. Nie jestem wege, ale na pewno doceniły to osoby, które nie jedzą produktów pochodzenia zwierzęcego. Ogólnie jeśli chodzi o gastronomię, na głód raczej nikt nie narzekał. Stosunkowo blisko znajdowały się sklepy i McDonald’s, niektórzy zamawiali sobie też tradycyjnie pizze i „chińskie” jedzenie. Zadbanie o dobre gastro to mega plus – pamiętam konwenty, gdzie szkoła znajdywała się w takim miejscu, że niestety brakowało wokół tego typu przybytków.

Dobre było to, że sleep room zorganizowano na sali gimnastycznej oddalonej od mainu i innych atrakcji, więc w nocy na pewno dało się spokojnie odpocząć we względnej ciszy. Pomimo, że cały konwent zajmował tylko parter (z wyjątkiem kafejki), niektórzy rozkładali się też na pierwszym piętrze, gdzie korytarze były puste i też było raczej spokojnie. Ja co prawda nie nocowałem na konwencie, ale uważam to za duży komfort.

Ogólnie miejsca było dużo. Wystawców porozstawiano na korytarzu po obu jego stronach, a mimo to nadal można było swobodnie poruszać się między nimi i osobami, które akurat zagradzały drogę, stojąc przy stoiskach. Po rozmowie z niektórymi wystawcami (a raczej słuchaniu rozmowy znajomych) dowiedziałem się, że sprzedaż była dość mała – ludzie oczywiście oglądali towary, ale nie kupowali. Ja osobiście zapomniałem wypłacić walutę przed dotarciem na konwent, więc byłem ograniczony jedynie do karty. Na szczęście niektórzy wystawcy oferowali i taką możliwość rozliczenia się, a to bardzo wygodne. Natomiast według mnie, wystawcy na Gakkonie po prostu nie oferowali nic ciekawego: w końcu ile można kupować rysunków i zrobionych z nich kartek/naklejek/magnesów czy ręcznie robionych maskotek… Fajnie, że każdy może tym sposobem próbować się wybić i stworzyć coś własnego, tak jak np. „Lisie Sprawy” czy „Odmęty Absurdu”, ale jak czegoś jest nadmiar, to jest to po prostu… nudne. Za to bardzo fajnym stoiskiem było to z kotem Pusheenem, gdzie można było znaleźć dosłownie wszystko, co tylko z nim związane, a nawet sam wielki Pusheen osobiście pojawił się na korytarzach i wszyscy robili sobie z nim zdjęcia. Nadal zastanawiam się, jak taki wielki kostium został spakowany i przetransportowany, bo był po prostu olbrzymi.

Niestety poza tym, że na stoiskach wiało nudą, po zajrzeniu na niektóre panele miałem podobne odczucia… Kilka dni przed Gakkonem patrzyłem na plan i nie znalazłem dla siebie nic interesującego. Oczywiście atrakcje nie są całkowicie zależne od organizatorów, ale to oni je zatwierdzają i odrzucają… Może tym razem po prostu tylko takie atrakcje zostały zgłoszone albo propozycji było tak mało, że organizatorzy brali absolutnie wszystko, byleby tylko w pełni zapełniły dwa dni? Odniosłem takie wrażenie. Niemniej jednak sposób prowadzenia zależy już nie od organizatorów, a samych prowadzących, więc tutaj to oni się nie popisali.

Co by nie narzekać na panele nierobione przez organizatorów, odbywający się w głównej sali cosplay (którego jednym ze sponsorów był nasz partner – Włókno-Land) rozpoczął się o czasie i przebiegł raczej dobrze. To bardzo ważne, że nie było żadnej obsuwy organizacyjnej (co też pamiętam z wcześniejszych polskich konwentów, nigdy nie zaczynało się i nie kończyło punktualnie). Było również sporo miejsca, aby wejść, usiąść lub stać (a kiedyś bywał taki ścisk, że nawet w pozycji płodowej siedziało się niczym sardynka w puszce). Ciekawą aranżacją była ustawiona z boku kanapa, ława i lampy. Jeszcze czegoś takiego nie widziałem, a wyglądało według mnie bardzo ekskluzywnie i profesjonalnie. Cosplay wygrał Dat Boi, który bezdyskusyjnie na wygraną zasłużył dzięki swojemu strojowi Czkawki z Jak wytresować smoka.

Niektórzy cosplayerzy brali również udział w Wielkim Balu Walentynkowym (którego sponsorem również był Włókno-Land), więc zaraz po konkursie ruszyli do poprawiania swoich strojów albo zakładania zupełnie innych, przeznaczonych właśnie na Bal. Sam Bal był imprezą zamkniętą z osobnymi wejściówkami. Można było na nim zjeść ciepły posiłek, kanapki, słodycze i poczęstować się zimnymi oraz ciepłymi napojami – wszystko do dyspozycji balowiczów. Nie brakowało też zabaw takich jak Randka w ciemno, jedzenie jabłek bez użycia rąk czy Kalambury. Zabawa trwała naprawdę długo, skończyła się dopiero około godziny drugiej czy też trzeciej nad ranem. Zdecydowanie nie można było się tam nudzić. Chociaż, jak już wcześniej wspominałem, była to osobna impreza zamknięta, sądzę, że Bal poniekąd podreperował Gakkon pod kwestią niwelowania nudy.

Podsumowując: za największe plusy tego konwentu uważam lokalizację w Łodzi i samo usytuowanie wybranej szkoły; punkt gastronomiczny i małą odległość do pobliskich sklepów i restauracji; dobre rozplanowanie sleep roomu, sal panelowych, wystawców i innych atrakcji odbywających się na korytarzach; połączenie Gakkonu z Wielkim Balem Cosplayowym; czystość i przestronność; brak kolejki i szybką akredytację; spokój w nocy; niewidoczną acz obecną ochronę i zamknięcie szkoły w godzinach 23:00 – 07:00. Jedynym minusem był nieciekawy plan oferowanych atrakcji.

Mam nadzieję, że w Łodzi będzie odbywać się więcej konwentów, ponieważ (jak wspominałem na początku) jest to doskonale ulokowane miasto, do którego wszyscy z całej Polski mają jednakowo blisko (lub daleko, jak kto woli J). Liczę na to, że kolejne edycje Gakkonu będą tylko i wyłącznie coraz lepsze, zwłaszcza pod względem atrakcji. Jeśli tylko będę mieć taką możliwość, na pewno pojawię się również na następnej odsłonie Gakkonu, Wielkiego Balu Cosplayowego i na każdym innym tego typu wydarzeniu organizowanym w Łodzi.