Konwenty Południowe - Relacja z festiwalu Confiction - Echo i pustynne krzaki z westernów

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Od kilku lat na konwentowej mapie Polski pojawia się coraz więcej wydarzeń profesjonalnych: z budżetem, porządnym marketingiem, wykwalifikowaną kadrą organizacyjną oraz z promocją skierowaną nie tylko do samego fandomu, ale i do szerszej publiczności. Imprezy takie są często inne od tych, do których przywykliśmy, co udowodnił m.in. nadarzyński Comic Con. Tym razem, w Krakowie, zorganizowano Confiction – festiwal popkultury.confiction Projekt z założenia ambitny – ale mógł taki być, gdyż zorganizowała go grupa MTP (Międzynarodowe Targi Poznańskie), a jej wielu członków to wygi znane choćby z Coperniconu czy Pyrkonu (z którego zresztą sporo czerpano, o czym napiszę później). Planowano event na około 5000 uczestników. Miesiąc przed konwentem w całym Krakowie pojawiły się bilboardy, a na przystankach także plakaty promujące wydarzenie. Również w mediach społecznościowych i w internecie widziałem trochę płatnych reklam. Czy więc organizatorom udało się osiągnąć cel? Czy rośnie nam drugi Pyrkon? I czy wyłożone pieniądze się zwróciły? Przyjrzyjmy się temu.

Gdzie ten konwent?

expo krakow confictionConfiction miał odbyć się w EXPO Kraków znanym choćby z Magnificonu czy Cracow Game Spot. Jest to całkiem spory i stosunkowo nowy budynek ze świetnie wyposażonymi salami konferencyjno-wykładowymi oraz dwiema halami zapewniającymi sporą przestrzeń. I na potrzeby wydarzenia zostało wynajęte to wszystko – miejsca było więc aż nadto dla planowanej liczby uczestników. Gdy szedłem z autobusu do budynku, moją uwagę zwrócił totalny brak osób wracających z konwentu lub na niego idących. Podobnie było już pod samym EXPO, gdzie nie tylko nie uświadczyłem żadnej kolejki, lecz także żadnego uczestnika. Stanowiska akredytacyjne, nie licząc obsługi, świeciły pustkami. Zaskoczyło mnie to, gdyż specjalnie przyszedłem w piątek o godzinie 16:00, żeby impreza zdążyła się do tej pory rozkręcić. Niezrażony podszedłem do odpowiedniego stanowiska i próbowałem odebrać moją wejściówkę. Akredytację obsługiwała firma Tobilet.pl. Niestety, jej pracownicy chyba nie zostali odpowiednio przeszkoleni. Najpierw nie potrafili znaleźć mnie i mojej towarzyszki na liście, a kiedy podaliśmy redakcję, do której należymy, okazało się, że jednak mojego nazwiska nie ma. Obsługiwanie mnie trwało blisko 5 minut mimo okazania dokumentu. Poza tym nie wiedziano, ile akredytacji mi wydać ani jaki identyfikator mi przysługuje (podobny problem panie miały z twórcami atrakcji, którzy przyszli w międzyczasie). Po odebraniu standardowej, klejonej opaski na rękę oraz sporego identyfikatora na cienkiej smyczy ruszyłem dalej. Tam czekało mnie spotkanie z bardzo sympatyczną, acz ewidentnie znudzoną ochroną, która zwróciła mi uwagę, by od razu założyć opaskę (tak, obsługa tego nie zrobiła…).

Echo…

strefa gastroWraz z towarzyszką ruszyliśmy korytarzem w stronę pierwszej i zarazem największej hali, po drodze minęliśmy sale prelekcyjne. Z ciekawości zajrzałem do dwóch z nich, w których odbywał się program. Obie świeciły pustkami. W jednym pomieszczeniu słuchaczy było około sześciu, w drugiej zaś – jedna… Gdy wszedłem na gigantyczną halę, uderzyła mnie pustka. Po lewej stronie stał duży, dmuchany ekran, po prawej wydzielono płotkiem strefę gastro z dwoma foodtruckami i paroma stolikami, przy których siedziało kilka osób. Przede mną rozciągały się dziesiątki innych stolików, przy których można było zagrać w planszówkę, karciankę albo rozegrać sesję RPG. Problem w tym, że zajętych miejsc było może około 5–8…sleeproom Poszedłszy w głąb hali, natrafiłem jeszcze na środku, między stolikami, na oddzielone ściankami miejsce, w którym można było wypożyczyć grę. Tytułów było więcej niż wystarczająco, i to raczej znanych i lubianych, a więc nie mogę narzekać na brak urozmaicenia w tej kwestii. Na samym końcu wydzielono także sporo miejsca na sleeproom, jednak także tutaj było pusto. Na tym niemałym kawałku podłogi rozłożyło się zaledwie kilkanaście osób. W sobotę wcale nie było lepiej.

Wystawy, atrakcje i sprzedaż

wystawcyJak wspomniałem, Confiction wynajął obie hale, więc pełen nadziei wyruszyłem do tej drugiej. Zrobiła na mnie wrażenie nieco lepsze, choć przyznaję, że niewiele, i to chyba tylko dlatego, że właśnie tu rozmieszczono wystawy i stoiska sprzedażowe zapychające przestrzeń. Nieco wymieszane ze sobą stoliki z mangami, figurkami, komiksami i rękodziełem oraz wystawy sztuki i kultury japońskiej z Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie. Także tutaj mogliśmy napić się pysznej Bubble Tea od Yoppo. Nieopodal była także strefa autografów, gdzie w odpowiednich godzinach mieli swój dyżur Chris Rankin oraz James Cosmo (aktorzy grający role w „Harrym Potterze” i „Grze o Tron”). Dalej wzrok przykuwała wystawa modeli z uniwersum Gwiezdnych Wojen, którą mogliśmy zobaczyć także na Pyrkonie. Znajdowały się tutaj broń, modele postaci i niewiarygodne modele statków kosmicznych. Z atrakcjami znanymi z największego w kraju festiwalu fantastyki powtórzyła się także strzelnica ASG. Ponadto widziałem też świetnie wykonane modele Pokemonów (nie jestem pewien z czego), wystawę dedykowaną smerfom czy sporą kolekcję zabawek z „Kinder Niespodzianek”. Nie zabrakło także sympatycznych ludzi z Dorigami.

Taki mały, taki duży, festiwalem może być

pustkiTo, co wymieniłem wyżej, to właściwie wszystko, co mogliśmy zobaczyć. Większość rzeczy, które oferował Confiction, można było „zaliczyć” w godzinę, chyba że ktoś koniecznie chciał wziąć udział w prelekcjach, z których zresztą część się nie odbyła (sale były zamknięte na głucho). Największy ruch zaobserwowałem około godziny 14:00 w sobotę, ale nawet wtedy na terenie festiwalu, nie licząc obsługi, wystawców i innych osób funkcyjnych, było może 200–300 osób. Według informacji podanych przez organizatora w pierwszy dzień, tj. piątek, Confiction odwiedziło 800–900 osób. Nie chcę tutaj nikomu zarzucać kłamstwa, ale po blisko dziewięciu latach konwentowania, z czego sześciu w roli dziennikarza, i po około 120 odwiedzonych imprezach muszę wyrazić swoje zdziwienie: w godzinach między 16:00 a 19:30, kiedy przebywałem na halach EXPO, nie widziałem więcej niż 50–100 osób. Przy akredytacjach także pojawiała się jedna lub dwie osoby, sporadycznie, raz na długi czas. A przecież 800 osób to nieco ponad dwie osoby na minutę, licząc sześć godzin od 14:00 do 20:00. A jak wspomniałem, przy akredytacji pojawiali się ludzie o wiele rzadziej, więc nie mam pojęcia, skąd taka liczba się wzięła. Zresztą, sami możecie zobaczyć na zdjęciach, robionych głównie w sobotę, gdzie powinno być więcej osób, że wszystko świeciło pustkami. W mojej opinii imprezę odwiedziło między 500 a 700 osób, choć bliżej tej pierwszej liczby. Według organizatorów było to 2000… Dodatkowo warto zwrócić uwagę na fakt, że przez większość czasu James Cosmo, jeden z dwóch głównych gości konwentu i Lord Dowódca z „Gry o Tron”, przez większość czasu zarezerwowanego na autografy… siedział i się nudził. Dokładniej: opierał się o ścianę na krześle z założonymi do tyłu rękami i pusto patrzył w przestrzeń. Było to cholernie przykre…

Wtopy małe i większe?

atrakcjePewnie zastanawiacie się, czy Confiction był organizacyjną klapą, Otóż odpowiadam: nie, nie był. Pomijając bardzo małą liczbę uczestników, co spróbuję wyjaśnić w kolejnym akapicie, organizacyjnie ten konwent był bardzo dobry. Medycy działali, ochrona była uprzejma, choć nieco ospała, wszystkie obiecane atrakcje się odbyły (poza kilkoma prelekcjami, ale to nie wina organizacji), goście przybyli, było gdzie spać… W zasadzie nie ma się do czego przyczepić.

Mała analiza, „co poszło nie tak”

O planowanej w Krakowie imprezie usłyszałem już na Pyrkonie, a więc prawie cztery miesiące przed jej rozpoczęciem. Samo ogłoszenie terminu, miejsca i nazwy można datować na początek czerwca (fanpage). A więc impreza miała dwa i pół miesiąca na promocję. Wydaje się dużo, ale to wcale nie jest dobry czas na zareklamowanie całkowicie nowej imprezy. Szczególnie jeżeli organizacja twierdzi, że nie chce współpracy na zasadach patronatu – i nie chodzi tu tylko o nasz portal, ponieważ aż do kilku dni przed imprezą MTP nie chciało nikogo z fandomu.nie tedy

Jakikolwiek ruch zaczął się może dwa miesiące przed planowanym terminem, jednak były to tylko posty na fanpage o ciekawostkach w popkulturze. Coś na zasadzie portalu informacyjnego. Nie wiem, jak to miało pomóc w promocji imprezy, ale widocznie chciano w ten sposób zbudować grupę odbiorców. Błąd, takie rzeczy mogłyby działać, gdyby zaczęto rok wcześniej… Sama promocja właściwa w postaci bilboardów i reklam na przystankach byłaby całkiem w porządku, gdyby obejmowała więcej miast niż tylko Kraków i gdyby graficznie była czytelna. Tymczasem dostaliśmy niewiele mówiące, przykryte mocnym, fioletowym kolorem grafiki, na których trzeba było szukać elementu najważniejszego – napisu „festiwal popkultury”. Plus same słowa „festiwal popkultury” nikogo nie zachęcają i nic nikomu nie mówią. Nie wykorzystano atutu gości, nie użyto żadnego znanego brandingu. Ot, fioletowe coś (co po bliższych oględzinach okazywało się robotem) z nazwą Confiction i wyjaśnieniem w dwóch słowach, co to jest. O ile miałeś odpowiednio czasu i zaangażowania, by szukać…

Nie lepiej było z płatnymi postami na facebooku i reklamami w internecie. Reklamy nierzucające się w ogóle w oczy, ot takie, które scrollujesz bez namysłu i bez czytania. Teksty bez mocnego uderzenia w czytelnika, same ogólniki niemówiące nic o tym, o czym właściwie jest reklama.

Taka forma reklamy i poziom zainteresowania (na wydarzeniu na Facebooku jako „biorące udział” określiło się ok. 250 osób, a na posty mało kto reagował, a przecież były częściowo opłacane…) pozwalały domyślić się, że impreza będzie miała mało uczestników. Na pewno znacznie mniej niż planowane 5000. Pokazuje to, że sam budżet nie wystarczy, trzeba jeszcze wiedzieć, co się chce osiągnąć, i znać się na marketingu. Warto też określić grupę docelową (i jej potrzeby), a tutaj, odnoszę wrażenie, odbiorcami byli wszyscy i nikt. Konwent nie miał motywu przewodniego, gośćmi były w większości dosyć niszowe osoby znane w wąskich kręgach zainteresowań, a promocję skierowano do ludzi, którzy popkulturę znają tylko z telewizji i okazjonalnie z kina. To po prostu nie mogło się udać.
W Confiction jest potencjał, tylko organizatorzy muszą się określić, przemyśleć, czego właściwie chcą, i do tego dążyć. Brak promocji w fandomie też nie jest najlepszym wyjściem. Fandom to potęga i dzięki samej aktywności na portalach branżowych można podwoić liczbę uczestników. Zdecydowano się jednak do ostatniej chwili ciągnąć marketing na własną rękę. Czy odbędzie się następna edycja i czy będzie lepsza? To już pokaże czas. Organizacyjnie było w porządku. Teraz pora poprawić resztę.