Konwenty Południowe - Relacja z konwentu: LajCONik 2020 – stara treść w nowej formie

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Nikt nie spodziewał się, że na początku 2020 roku życie konwentowe w Polsce praktycznie zaniknie lub przeniesie się do Internetu. W przypadku LajCONika 2020 była to dla organizatorów pierwsza impreza prowadzona online, ale pomimo tego została ona bardzo sprawnie zrealizowana. Było to tyle ważne, że LajCONik wpisał się już na stałe w krakowskie życie konwentowe, a dla osób interesujących się tematyką gier fabularnych jest jednym z najważniejszych lokalnych wydarzeń. To dobre miejsce, by przetestować nowe systemy RPG lub zacząć swoją przygodę z nimi.

 W grudniu 2019 r. rozpoczęły się przygotowania do kolejnej, dziesiątej edycji LajCONika, który jak co roku miał się odbyć w Młodzieżowym Domu Kultury przy ulicy Grunwaldzkiej 5 i w Siemacha Spot. Jednak gdy w Polsce ogłoszono stan pandemii, organizatorzy stanęli przed wyborem: odłożyć konwent na bliżej nieokreślony termin, całkowicie go odwołać albo przenieść do sieci, a dokładnie na „discordowski” serwer Oni i On i Gry (w skrócie Onion).

Granie przez Internet nie było nowością dla organizatorów i część z nich już wcześniej brała udział w konwentach online. Za kolektywem tworzącym serwer na Discord Oni i On i Gry stoi Dredu, którego polecił prelegent znany organizatorom poprzednich edycji LajCONika.

Najtrudniejszy pierwszy krok, najtrudniej kliknąć w cebulę…

Taka przeprowadzka rodziła określone trudności, ale dawała też wiele szans na rozwiązanie problemów, które od jakiegoś czasu trapiły kolejne edycje LajCONika. Przede wszystkim dzięki przeniesieniu eventu do Internetu organizatorzy zyskali nieskończenie wiele miejsca, gdyż nie musieli przejmować się ograniczeniami wynikającymi z wielkości budynku, liczby sal, stołów, krzeseł itp. Mogli zapewnić „pokoje” (zwane tutaj klasami) każdemu Mistrzowi Gry, prelegentowi, wystawcy, uczestnikowi. Discord pozwolił na szybszą komunikację na linii organizatorzy – twórcy i organizatorzy – uczestnicy oraz pomógł lepiej i sprawniej rozwiązywać powstałe problemy, rozwiewać wątpliwości i udzielać ogólnych informacji.

Jednak aby wszystko sprawnie zorganizować, trzeba było włożyć równie dużo pracy, przede wszystkim w to, aby zebrać kontakty i skomunikować ze sobą odpowiednie osoby.
Discord okazał się być dobrym miejscem, gdzie można przeprowadzić konwent online, ale miał też wadę: poruszanie się po nim było bardzo nieintuicyjne. Na Twitchu, Facebooku i Discordzie odbyły się streamy pod tytułem „Jak poprawnie w Discord” z instrukcjami dla potencjalnych konwentowiczów. Choć prelegenci bardzo się starali i odpowiadali na pytania uczestników, to i tak musiałem dwa razy obejrzeć wspomniany materiał, aby się nie pogubić. Dość powiedzieć, że gdy zagłębiłem się w temat, okazało się, że jednym z problemów, na jakie uczestnicy natykali się najczęściej, było zaakceptowanie regulaminu. Można to było zrobić, klikając w „reakcję” w postaci cebuli pod postem organizacyjnym na stronie serwera Oni i On i Gry.

„Reakcji”, poza nieszczęsną cebulą, było więcej. Stworzono osobne klasy m.in. dla steampunkowców czy też fanów anime. Każdy, kto był zainteresowany dołączeniem do nich, musiał kliknąć odpowiednią „reakcję”. Bez tego kliknięcia wspomniane klasy nie pojawiały się na bocznym pasku Discorda. To trochę zmniejszało natłok „pokoi” na ekranie. Pomimo tego pomyłki nie były niczym niezwykłym, a trudności ze znalezieniem swoich klas pojawiały się co chwilę.

Problemem, który dotknął wielu uczestników ubiegłorocznego LajCONika, było rozbicie na dwie tury rejestracji graczy – odbywała się ona przez Internet i w trakcie trwania konwentu. Zamiast tego zapisy prowadzono teraz jedynie online i łatwiej było zarejestrować się na wybrane sesje. Uniknięto dzięki temu sytuacji, w której uczestnicy mogli tylko liczyć na cud, bo szczęśliwcy, którzy zjawili się w MDK wcześniej, już wpisali na listy siebie i swoich kolegów.

„Kids on Bikes” – siła prostoty

LajCONik był zawsze dobrym miejscem, by wypróbować mniej znane systemy, jednak kilka tytułów pojawia się tam regularnie. Tradycyjnie nie mogło zabraknąć takich systemów jak „Zew Cthulhu” czy „Wilkołak Apokalipsa” oraz piątej edycji „Vampire: The Masquarade”. Zauważalne jest także, że choć motywem przewodnim LajCONika był cyberpunk (w zeszłym roku strach), to bardzo niewiele sesji osadzono w tych lub zbliżonych realiach. Nie zabrakło natomiast nowości, jak „Tales from the Loop” czy „Kids on Bikes” bazujących na serialu „Stranger Things”. Mistrzyni Gry Agnieszka przygotowała sesję w drugim z nich, osadzając akcję w sierocińcu na Śląsku w latach 70. XX wieku. „Kids on Bikes” to prosty system, a karta postaci mieści się na jednej stronie formatu A4 z jedenastoma statystkami opisującymi zdolności bohaterów. Mechanika opiera się na rzutach kośćmi sześciościennymi, zasady interakcji społecznych czy walki nie są rozbudowane, a sam podręcznik liczy zaledwie osiemdziesiąt stron. Elementem dodającym dynamiki jest tzw. token służący do „odpalenia” umiejętności bohatera po tym, jak nie wyszedł rzut kością. Z prostoty systemu wynika też problem, bo „Kids on Bikes” nie daje możliwości przedstawienia rozbudowanych scen walk oraz nie nadaje się do prowadzenia kampanii.

Ważnym elementem przyspieszającym grę i pozwalającym na poznanie się bohaterów było losowanie i odpowiadanie na pytania dotyczące postaci innych graczy, ich pozytywnych i negatywnych cech oraz kluczowych wydarzeń z ich pobytu w domu dziecka. Postacie, jak to zazwyczaj bywa na konwentach, były stworzone przed sesją na potrzeby scenariusza, ale dzięki tym pytaniom już na starcie wiedzieliśmy, jak kształtowały się relacje między nimi w przeszłości. Oceniam to jako świetny pomysł, gdyż od razu weszliśmy w nasze role. Warto też dodać, że ten sposób tworzenia bohaterów można łatwo zaadoptować do innych systemów.

Scenariusz, choć nie wydawał się prosty, rozegraliśmy zaskakująco sprawnie. Stało się tak dlatego, że przygoda jest zbudowana na zasadzie lokacji i przedmiotów – jest kilka lokacji, o których dowiadują się gracze, ale nie muszą ich zwiedzić, aby pozyskać wszystkie istotne informacje. Dzięki temu ani razu nie „zacięliśmy się” na dłużej, choć zdarzały się spory o to, gdzie iść i co robić. Rozbieżności te nie były jednak na tyle duże, by sparaliżować działanie grupy. Mistrzyni Gry potrafiła wytworzyć tak sugestywną atmosferę, że sami nastawialiśmy się na podejmowanie szybkich decyzji i współpracę. Z perspektywy późniejszej sesji widzę, że gdy bohaterowie mają podobne doświadczenia i cele, łatwiej zgrać ich działania. W innej sesji rozegranej podczas tegorocznej edycji LajCONika tego mi właśnie zabrakło –współpracy.

„Blades in the Dark” – podobny do „Shadowrun”, tylko zupełnie inny

Jednym z najpopularniejszych systemów ogrywanym w ubiegłym roku był „Blades in the Dark”, którego polska edycja pod tytułem „Ostrza w Mroku” powstała dzięki finansowaniu społecznościowemu na stronie wspieram.to. Ponieważ polskie wydanie ma się planowo ukazać we wrześniu bieżącego roku, zagraliśmy w wersję anglojęzyczną, z wszystkimi materiałami i pomocami do gry w tym języku.

Wiele dobrego słyszałem o tym systemie, ale rzeczywistość przeszła moje najśmielsze oczekiwania, a sesję z Mistrzem Gry kryjącym się pod nickiem Kosmit uważam za najbardziej udaną z rozegranych przeze mnie podczas tegorocznego LajCONika.

Przygody w „Blades in the Dark” mają miejsce w mieście Doskvol, w świecie, gdzie słońce zgasło wieki temu, a umarli, jeśli się ich nie pogrzebie, nawiedzają świat żywych jako duchy. System osadzony w tych realiach opiera się na tzw. Apocalypse World, który preferuje wspólne tworzenie postaci przez graczy, ograniczając jednocześnie wpływ Mistrza Gry na fabułę.

Rozgrywka w „Blades in the Dark” inspirowana jest po części znanym systemem „Shadowrun” i tak jak tam tzw. shadowrunnerzy, tak tutaj członkowie półświatka, w których wcielają się gracze, będą koncentrować się na planowaniu i przygotowaniach do akcji, której wykonanie zajmie im kilkanaście minut…nie wliczając retrospekcji.

Retrospekcje to istotny, chyba nawet kluczowy element rozgrywki. Przypominają one trochę punkty narracji z uniwersalnej mechaniki FATE. W „Blades in the Dark” nie określasz, który zestaw ekwipunku bierzesz ze sobą na misję. Otrzymujesz go ze wspólnej puli, gdy podczas misji zadeklarujesz jakieś działanie, które wymaga jego użycia. Ja np. grałem bezrobotnym rusznikarzem, który, aby zarobić na chleb, dołączył do gangu. Jednak o tym, czy w tej misji użyję pistoletów czy karabinu wyborowego rozstrzygnęło się dopiero wtedy, gdy zadeklarowałem, że zajmę pozycję na dachu, i strzeliłem do napastników, którzy próbowali wykończyć ten sam cel co my – naukowca, który miał plan, jak ponownie rozpalić zgaszone słońce. To była świetna sesja, w której oddałem kilka doskonałych i emocjonujących strzałów. Najciekawsze było jednak stwierdzenie Kosmita, który powiedział, że jego największym wkładem w fabułę było tylko wymyślenie owego naukowca i celu jego podróży. Całą resztą zajęliśmy się sami.

Miasto Doskvol i świat, w którym się ono znajduje, są bardzo klimatyczne. Kosmit uważa, że potrzebna byłaby tzw. sesja zero, by wprowadzić graczy w system i świat. O poziomie tej złożoności może świadczyć przykładowo to, że drużyna posiada kartę służącą tylko do rejestracji relacji z innymi siłami rządzącymi Doskvol. Koncentrując się bardziej na gangu jako całości, nie należy się również przyzwyczajać do jego poszczególnych członków. Z rozbudowaną częścią, która rozgrywa się pomiędzy kolejnymi zadaniami, „Blades in the Dark” jest świetnym systemem do prowadzenia nawet dłuższych kampanii.

Sesja „Blades In the Dark” przeprowadzona podczas LajCONika wyróżniała się z jeszcze z jednego powodu: nie była rozgrywana jedynie na Discord, ale też na stronie symulującej stół do gier fabularnych – Roll20. Jak napisałem wcześniej, Discord nadaje się prowizorycznie do gier fabularnych, pozwala bowiem komunikować się, rzucać wirtualnymi kośćmi oraz przesyłać obrazki i inne materiały. Roll20 umożliwia rzucanie kośćmi z uwzględnieniem stopniowania trudności w tabelkach poszczególnych systemów i mechaniki różnych gier fabularnych. Pozwala również wysyłać graczom i na bieżąco edytować karty postaci, inne pomoce, jak na przykład wyjęte z podręcznika fragmenty, oraz rysować wirtualnym flamastrem po mapie. Wszystkie te materiały można dowolnie chować i przywracać ich widok na pulpicie, dzięki czemu nie ma problemu z ich znalezieniem. Było to istotne, ponieważ nasze postacie tworzyliśmy razem z Mistrzem Gry, nie używaliśmy tych stworzonych wcześniej. Nie jest to jedyna strona internetowa zapewniająca podobne funkcje, ale bez oferowanych przez nią możliwości rozegranie sesji i wykonanie planu w drobnych szczegółach (także przy ustalaniu trasy przemieszczenia się po mieście przed i po akcji) byłoby znacznie bardziej skomplikowane.

Podsumowując, rewelacyjny system, klimatyczny świat, a i Kosmit podszedł do sprawy z pełnym zaangażowaniem, choć improwizował przez znakomitą większość czasu. Wszystko złożyło się na rewelacyjną sesję. Chętnie powrócę do Doskvol, jeśli tylko nadarzy się okazja.

Kucykowy surrealizm

Początkowo „Equestria: Puść Wodze Fantazji” nie figurowała w spisie sesji na LajCONiku 2020, pojawiła się później i miał ją poprowadzić dobrze mi znany Miszcz Gry Robakov. Szczęśliwie miała odbywać się w moim czasie „wolnym”, więc od razu się na nią zapisałem.
System ten jest idealny do rozgrywania niepowiązanych fabularnie sesji,oferując szybką rozrywkę dzięki bazowaniu na uproszczonej mechanice „Savage Worlds”. Umiejętne przeprowadzenie akcji marketingowej przez polskiego wydawcę gry, czyli Black Monk, sprawiło, że system przyjął się w Polsce i zdobył wierne grono fanów. Świadczy o tym rozwijająca się linia wydawnicza obejmująca m.in. nowe scenariusze, bestiariusz itd. Nie przeszkadza temu nawet fakt, że jesienią ubiegłego roku zakończono emisję serialu, na którym bazuje gra fabularna, czyli „My Little Pony: Friendship is Magic”.

Przygoda, jak to zwykle bywa w „Equestrii: Puść Wodze Fantazji” u Miszcza Gry Robakova, była mocno surrealistyczna, czyli bardziej zakręcona niż pomysły Pinkie Pie. Warto w tym miejscu wspomnieć kucyka-widmo, ryjącego tunele w ziemi niczym kret, wielkiego nietoperza mówiącego zagadkami czy motyw z tresowaniem pszczół, aby uśpić niedźwiedzia (będącego zresztą w połowie pszczołą). Przyczynkiem do tych dziwów był egzystencjalny problem ze stopniowym zanikaniem, który musiały rozwiązać nasze postaci, elita kucykowych cukierników. Takich cudów doświadczycie tylko na sesji z Robakovem. Dość powiedzieć, że ustami mojej postaci podsumowałem to, co się działo wokół mnie: „Aby nie oszaleć, trzeba być jeszcze bardziej szalonym niż samo szaleństwo”. Była to udana sesja, jak wszystkie, które grałem z Robakovem. Dodajmy, że Miszcz Gry Robakov okazał się bardzo uprzejmy i podzielił się ze mną kilkoma uwagami na temat tegorocznego LajCONika. Jego zdaniem organizatorzy stanęli na wysokości zadania i udało się im stworzyć prawdziwie konwentową atmosferę, mimo że po domu biegały dzieciaki, a i obiad „domagał się”, by poświęcić mu odrobinę uwagi. Część problemów, jakich doświadczył, powtarza się zasadniczo co roku, np. spóźnianie się graczy. Nowymi niedogodnościami są niejasności, kiedy uczestnik zabawy kończy wypowiedź, czy wbicie się w rytm rozgrywki. Także Mistrz Gry musiał się oswoić z graniem z ludźmi, których nie widać.


„Vampire: The Masquarade” po krakowsku

Na następny dzień zaplanowałem sobie wzięcie udziału w sesji „Little Fears” – kolejnego systemu w klimatach serialu „Stranger Things”, lecz niestety została odwołana przez prowadzącego z powodów osobistych. Przypuszczam, że gdyby konwent odbywał się tam, gdzie został pierwotnie zaplanowany, czyli w Młodzieżowym Domu Kultury przy ulicy Grunwaldzkiej 5, to zacząłbym nerwowo szukać sesji do rozegrania, pytając o nie spotkanych po drodze ludzi lub patrząc na tablicę z zapisami. Jednak dzięki pomocy Agnieszki i organizatorów udało mi się błyskawicznie zapisać na sesję „Vampire: The Masquarade 5th Edition”, najbardziej chyba popularnej odsłony cenionego wśród polskich graczy Świata Mroku. Mistrz Gry, Not a Cylon, poszedł mi nawet na rękę i przyjął mnie jako szóstego gracza, choć miał już komplet.

Zaczęło się, jak mówił mistrz Chickock, trzęsieniem ziemi, to jest atakiem ludzkich najemników na schronienie wampirów (tzw. elizjum) w Krakowie, a potem napięcie już tylko… spadało. Zastanawiam się, jak to się stało, że po tym, jak uciekliśmy z miejsca masakry i znaleźliśmy porzucone wcześniej elizjum (na potrzeby naszej sesji był to znany w całej Polsce niedokończony jeszcze wówczas tzw. szkieletor znajdujący się w okolicach ronda Mogilskiego), nie podjęliśmy żadnych konkretnych kroków poza dyskutowaniem, jakie kroki należy podjąć, brataniem się i obrażeniem się na siebie (w grze, nie w rzeczywistości). Gdyby Mistrz Gry litościwie nie popchnął akcji do przodu i nie rozegrał z nami w tempie ekspresowym najważniejszych wątków, to pewnie sesja nie zostałaby zakończona w planowanym czasie. Przypuszczam, że zawinił brak wymiany informacjami, które gracze otrzymali od Mistrza Gry. Musieliśmy się zatem obejść smakiem i nie doświadczyliśmy w pełni historii, w której przygotowanie Not a Cylon włożył wiele serca i wysiłku.

Pomimo tego sesja była bardzo klimatyczna, gdyż wszystkie wydarzenia rozgrywały się w dobrze znanych większości z nas realiach miasta, a gracze wcielali się w role z dużym zaangażowaniem. Doszło też do pewnych zabawnych wyników przy rzutach kośćmi, a to dzięki nowej mechanice, tzw. kościach głodu (które tworzą osobną pulę w kościach wykorzystywanych przy testach), zastępującej znane z poprzednich edycji punkty głodu.

W „Vampire: The Masquarade 5th Edition” wykorzystuje się dużą liczbę kości dziesięciościennych. W tym wypadku z kości, które wykorzystamy w teście, tworzymy dwie pule – jedną z nich jest pula tzw. kości głodu. Ta pula, gdzie jest więcej sukcesów, decyduje, czy zwyciężyła nasza wola czy bezrozumny głód krwi. Ciekawostką, która zdarzyła mi się podczas sesji, są tzw. Messy Critical – krytyczne sukcesy, w których coś poszło źle. Dochodzi do nich, gdy otrzymujemy przynajmniej dwie dziesiątki i jedna z nich jest na kości głodu. Mnie udało się rozwalić ścianę, którą chciałem zniszczyć, a potem, czego już nie chciałem, pobić prawie na śmierć (jeśli to możliwe w przypadku wampira) jednego z moich podopiecznych. Mistrz Gry wspominał zaś sytuację, gdy uzyskał Messy Critical podczas wyboru stroju na spotkanie u księcia wampirów, w związku z czym efektem ubocznym było to, że nie mógł opędzić się od swoich wielbicieli. To fajna mechanika, która wprowadza do gry sporo zamieszania.

Nie tylko grami fabularnymi LajCONik stoi, czyli inne atrakcje

LajCONik 2020 był drugą próbą wprowadzenia prelekcji do programu konwentu. Wedle uzyskanych przeze mnie informacji podczas pierwszego podejścia nie wypadły one na tyle dobrze, by włączono je na stałe do kolejnych edycji. Większość poruszała tematykę prowadzenia sesji gier fabularnych, ale była też np. prezentacja systemu „Warhammer Age of Sigmar” (który zastąpił popularny w Polsce „Warhammer Fantasy Battle”) czy prelekcja na temat samodzielnego wydawania książek. Najciekawsza była moim zdaniem ostatnia, dotycząca rozważań na temat idealnego gracza, w której uczestnicy dzielili się swoimi przemyśleniami oraz poruszyli kontrowersyjny temat gwałtu na postaci podczas sesji RPG. Poza sesjami RPG oraz prelekcjami na LajCONiku 2020 nie mogło zabraknąć wystawców, było ich nawet więcej niż w poprzednich latach (w ubiegłym roku trzech), choć tym razem swój towar prezentowali nie na stoiskach, ale za pomocą zdjęć umieszczonych na dyskach Google. Mieli też swoje „pokoje” do komunikowania się z potencjalnymi klientami.

Dzięki temu, że miejsca było, ile dusza zapragnie, potencjalni kupujący mogli przebierać w kościach do RPG, woreczkach na kości, tackach do rzucania, monetach (używanych tak jak kości, tj. do testów), ozdobach ze skóry z kośćmi do gry jako częścią składową.Interesująco wyglądały notesy od Notebooks For Geeks (okładki zawierały m.in. motywy z serialu „Doctor Who” czy albumów zespołu Pink Floyd). O różnice między obecną i poprzednią edycją LajCONika zapytałem prowadzącą „stoisko” CK Rękodzieło, Siostrę Rabina (jej brat zyskał ksywkę „Rabin” na innym konwencie), dla której był to drugi LajCONik, choć pierwszy konwent online. Najbardziej zauważalną różnicą w zachowaniu klientów było ich nastawienie do kupowania. Podczas konwentu online w strefę targowiska wchodzili tylko ci, którzy byli zainteresowani kupnem, ale nawet ci na ogół nie nabywali asortymentu mniejszych rozmiarów (np. pojedynczych kości), gdyż do ceny należało doliczyć koszty wysyłki. Pozytywnym, choć dyskusyjnym efektem było też to, że sprzedający nie uświadczyli sytuacji, gdy klienci mówili jeden przez drugiego, co rodziło pewien chaos przy stoisku w tzw. realu. Tym razem jednak porządek niestety okupiono małą liczbą klientów.

Zmienił się także asortyment, gdyż prezentowano mniej akcesoriów ściśle powiązanych z grami fabularnymi, a więcej związanych z szeroko rozumianą fantastyką. Tym samym oferta upodobniła się do tego z innych konwentów, także pod względem występowania droższych akcesoriów. Takimi przedmiotami były na przykład maski przypominające te używane przez lekarzy w czasach epidemii dżumy (tzw. czarnej śmierci). Ich pojawienie się w czasach pandemii koronawirusa mogło nie być przypadkiem. Ajednak, Siostra Rabina widywała już podobne maski np. na konwencie LARP-ów terenowych Orkon w 2013 r. Motywy epidemiczne pojawiały się też na Orkonie w postaci gry terenowej pt. „Ballada o Czarnej Śmierci” w 2019 r. Wątki te żyją widać własnym życiem i nie potrzebowały ogólnoświatowej pandemii, by stworzyć dla siebie niszę.

Powyższe informacje mogłem zdobyć także dzięki temu, że nabyłem na stoisku CK Rękodzieło bardzo potrzebny mi woreczek na kości. Komunikacja na linii sprzedający–kupujący przebiegała bez żadnych problemów, a akcesorium odpowiadało zdjęciu zamieszczonemu na dysku Google. Nie było też trudności ani opóźnień z dostarczeniem zakupionego towaru.

„Cthulhu właśnie się budzi”, czyli zakończenie

Gdy LajCONik 2020 dobiegł końca, tak jak co roku zorganizowano podsumowanie. Wynikało z niego, że liczba odwiedzających mimo modyfikacji formy nie zmieniła się i ponownie zostało wysłanych ponad 200 zgłoszeń od uczestników i Mistrzów Gry, tych ostatnich było aż 20. Zorganizowano też ponad 20 godzin prelekcji, paneli i innych atrakcji.

Punktem kulminacyjnym, a na pewno najbardziej emocjonalnym momentem był ten, kiedy wyszło na jaw to, co nigdy nie powinno być ujawnione: że Dredu, organizator stojący za kolektywem Oni i On i Gry obchodził tego dnia urodziny – wszyscy zaśpiewaliśmy mu „Sto lat”. Pod takim natłokiem danych nawet serwer zaczął mieć problemy i nastąpiło gwałtowne pogorszenie prędkości przesyłania, a głosy samych śpiewaków zostały tak zniekształcone lub tak się wymieszały, że przypominały zawodzenie jakichś kultystów mrocznych bóstw. Jedna z graczek skomentowała to słowami: „Cthulhu właśnie się budzi”. Jak wspomniałem w relacji napisanej rok temu, Cthulhu, naziści i kucyki pasują do wszystkiego. Nie wycofuję się z tych słów, choć nazistów byłbym jednak gotów zastąpić…kolorem czarnym, skądinąd przez tych ostatnich bardzo lubianym.

Czy LajCONik był dobrze zorganizowany? Niewątpliwie tak, choć Discord jest nieintuicyjny w obsłudze przy większej liczbie pokoi i atrakcji do wyboru. Nie uświadczyłem jednak problemów, które uniemożliwiłby grę czy korzystanie z innych atrakcji. Nie wystąpiło też kilka irytujących sytuacji. W poprzednim roku pierwszego dnia tylko cudem dostałem się na sesję z powodu błyskawicznie wyczerpującej się puli miejsc, a drugiego dnia trudno było o minimalną liczbę graczy przewidzianą przez Mistrza Gry.

W tym roku sam natomiast miałem pewne problemy z zagłębieniem się w klimat sesji, moją uwagę odwracała przemożna chęć zobaczenia czegoś w Internecie. I to pragnienie czasami wygrywało. Atmosfera jest kwestią dyskusyjną, ale ta panująca na sesjach online nie odbiegała znacząco od tej, której doświadczyłem w sesji na żywo. Wszystko w istocie zależy nie od formy, lecz od zaangażowania Mistrza Gry i samych graczy.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że organizatorzy i prowadzący atrakcje bardzo chętnie odpowiadali na moje pytania o przygotowania i przebieg LajCONika 2020. Bez nich ten tekst byłby znacznie uboższy. Dlatego także w przyszłym roku obowiązkowo LajCONik znajdzie się na mojej liście konwentów, które odwiedzę. Nieważne, czy odbywać się będzie online, czy w świecie realnym.