Konwenty Południowe - Recenzja gry: Bang! Pojedynek

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Bang! Pojedynek

bangpojedynek„Bang!” to istny fenomen wśród gier karcianych. Nagrodzony lawiną prestiżowych nagród, wzbogacony o liczne dodatki, zarówno oficjalne, jak i fanowskie, do dnia dzisiejszego pozostaje faworytem w konwentowych gamesroomach, na spotkaniach towarzyskich czy w rodzinnym gronie - chociaż od dnia premiery mija już piętnaście lat! Mimo wszystkich swoich zalet ma jednak jedną, zasadniczą wadę – by w ogóle zagrać, potrzeba co najmniej trzech osób, a prawdziwa zabawa zaczyna się od piątki wzwyż. A co, jeśli jest was tylko dwoje, a mimo to macie ochotę na odrobinę przemocy w klimacie spaghetti westernu? Właśnie z myślą o takich chwilach powstał „Bang! Pojedynek” – wariant znanej i uwielbianej saloonowej naparzanki przygotowany dla mniej licznych posse.

Jak można się domyślić, w grze dwuosobowej nie ma miejsca na zabawy w „zgadnij kto to” - do kosza poszła cała mechanika ukrytych tożsamości. Zamiast tego, Pojedynek proponuje trochę bardziej oczywistą sytuację: gang szubrawców przybywa do pogranicznego miasteczka, aby siać zamęt i napotyka drużynę szeryfa, zwartą i gotową, z bronią w ręku. Do dyspozycji każdego z dwóch graczy zostaje oddana grupa czterech postaci (do wylosowania z dwunastu dostępnych dla każdej ze stron) oraz talia czterdziestu kart (inna dla stróżów prawa, a inna dla bandytów), wśród których znajdziemy trzy typy: „Bang!” (w kilku różnych odsłonach), akcje oraz wyposażenie. W danej chwili każdy z graczy ma przed sobą dwie postaci – jedna stoi z przodu i bierze aktywny udział w naparzance, podczas gdy druga, w odwodzie, uzupełnia zapasy i przeładowuje – w każdej chwili mogą jednak zamienić się miejscami. Dla zasad gry oznacza to dwie rzeczy: aktywny bohater jest celem strzałów drużyny przeciwnej, ale może korzystać ze swojej zdolności specjalnej – zaś postać w odwodzie może być atakowana tylko w wyjątkowych przypadkach, a oprócz tego tylko ją można wyposażać w ekwipunek. To, kiedy zamienić ich miejscami, jest jedną z najważniejszych decyzji, jakie podejmujemy w czasie gry.

Modyfikacji (a właściwie uproszczeniu) uległa też zasada pokera, czyli określania, czy niektórym kartom udało się zadziałać, czy też nie. Teraz zamiast symboli znanych z klasycznych kart do gry mamy cztery znaczki – grzechotnika, dynamit, beczkę i podkowę, które odpowiadają kartom korzystającym z mechaniki pokera. Kiedy odkrywasz kartę i widzisz, że jest na niej symbol beczki, wiesz od razu, że udało ci się uniknąć trafienia. W przeciwnym razie - przygotuj się na łupnia. Fajne, przejrzyste i łatwe do wytłumaczenia, znacznie przyspieszają rozgrywkę.

Ciekawą innowacją jest to, że niemal całkowicie zrezygnowano z broni w postaci kart wyposażenia (których jedyną funkcją w pierwotnej grze było zapewnianie zasięgu do siedzących dalej graczy), zamiast tego łącząc je z kartami „Bang!” - teraz to te drugie reprezentują różne bronie i mają odrębne, ciekawe właściwości, najczęściej aktywujące się kiedy strzału uda się uniknąć. Na przykład, zagrywając Winchestera, można trafić bohatera przeciwnika, który akurat stoi z tyłu, zaś strzał z „Shotguna”, jeśli zostanie odparty „Pudłem”, pozwala zamienić dwie postaci miejscami. Kojarzy się to z dynamicznymi filmami akcji, gdzie bohaterowie, zamiast przeładowywać, wyrzucają „zużyte” bronie i sięgają po następne - i jest jedną z kilku drobnostek, które świetnie „robią” klimat gry.

Właśnie, klimat – ten jest niezły, głównie za sprawą kapitalnej szaty graficznej. W porównaniu z pierwotnym „Bang!”, tutaj ilustracje, utrzymane w ciut ciemniejszej kolorystyce i dużo bardziej szczegółowe, sprawiają wrażenie nieco dojrzalszych. Grę wydano bardzo ładnie – podobnie jak w oryginale karty wydrukowano na solidnym, grubym papierze, który wytrzyma wiele zaciekłych starć.

Wspomniałem o tym, że gracze dysponują osobnymi taliami. To prawda, ale wyłącznie na początku – zarówno odrzucone karty stróżów prawa, jak i bandytów trafiają na jeden stos, z którego, po wyczerpaniu zasobów któregoś z graczy, sporządza się wspólną talię akcji. To ciekawe rozwiązanie, które jednocześnie zapewnia balans rozgrywki, ale i różnorodność pomiędzy obiema stronami pola walki.

Różnorodność wprowadzają też bohaterowie dostępni dla obu stronnictw – spotkamy tutaj takie sławy dzikiego zachodu, jak Wyatt Earp, Pearl Hart bądź Sundance Kid (nazwiska, oczywiście, troszkę zmieniono - na prawach parodii), każdy obdarzony jakąś interesującą zdolnością, która sprawia, że gra się inaczej z nimi na stole. Da się dojrzeć, który bohater jest odpowiednikem którego u „tych drugich”, nie ma jednak wrażenia, że to ten sam gość, ale w koszulce innego koloru. W obrębie samej frakcji jednak bywa z tym różnie – złapałem się na tym, że jednych lubiłem bardziej, a drugich mniej. Działo się tak dlatego, że niektóre z posiadanych przez nich zdolności są zwyczajnie mało interesujące, najczęściej stanowiąc jakiś wariant dobierania dodatkowej karty. Najciekawsze postaci to te, które robią coś wyjątkowego – pozwalają podkradać karty przeciwnikowi, wpływać na wynik pokera, kontratakować albo wspierać ogniem z drugiego szeregu. Tych jest jednak trochę mniej niż „dobieraczy”.

Reszta to klasyczny „Bang!” - dobieramy karty, walimy ze wszystkich luf, pijemy piwo, przerzucamy się nożami i dynamitem, a wygrywa ten, kto zostanie ostatni na placu boju. Element losowy jest w „Pojedynku” bardzo istotny – losowe postaci i karty, a wrażenie ta jeszcze rośnie, gdy rozpoczyna się dobieranie ze wspólnego stosu – trudno więc mówić o jakimkolwiek planowaniu długotrwałej strategii. Zamiast niej ma znaczenie to, które zagranie będzie najlepsze w danym jednym momencie.

Gra jest szaleńcza, dynamiczna i nieprzewidywalna, choć miewa momenty przestoju – szczególnie w sytuacjach, w których na stole zostało już tylko dwóch żywych, a obu graczom kończą się karty na ręce. Grając w „Bang! Pojedynek” bawiłem się jednak całkiem nieźle i chociaż nie sądzę, by miał on kiedykolwiek dorównać wielkiemu pierwowzorowi, muszę przyznać, że bardzo ciekawie rozwinięto tutaj mechanikę oryginału, dodając do niej paru kapitalnych smaczków. I choćby dlatego warto dać mu szansę.