Konwenty Południowe - Recenzja gry: Sherlook

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Sherlook

sherlook

trefl joker line

Wydawca: Trefl Joker Line
Autor: Silvano Sorrentino
Rodzaj: Łamigłówka
Poziom skomplikowania rozgrywki: Niski
Losowość: Nieistotna
Gra składa się z:
- 40 „pozornie identycznych” plansz;
- 10 tabliczek z numerkami;
- 30 żetonów punktacji;
- Instrukcji.

Znacie grę w „znajdź różnice”? Tak, dokładnie tę, którą najczęściej można spotkać w kolorowankach tudzież czasopismach dla najmłodszych. Z jakiegoś powodu utarło się, że ćwiczenie spotrzegawczości przystoi tylko najmłodszym, a jeśli ktoś bawi się w takie rzeczy w wieku dorosłym, ryzykuje niezły obciach (przykładem choćby modne na Facebooku gry w ukryte obiekty). Cóż, jeśli też tak uważacie, dzisiaj mam zamiar wyprowadzić was z błędu... A z pomocą przychodzi mi Trefl Joker Line z jedną z ich najnowszych pozycji. Oto „Sherlook” – gra w „znajdź różnice”, jakiej jeszcze nie było.

Założenie zabawy jest całkiem proste – mamy do dyspozycji czterdzieści planszetek, z pozoru prezentujących sobą taką samą ilustrację, fotografię z miejsca zbrodni: kredowy obrys ofiary wraz z całą masą rozrzuconych tu i ówdzie bibelotów. Oczywiście, żadne dwie nie są takie same, każda z nich różni się od wzorca pewną liczbą szczegółów wahającą się od jednego do pięciu. Układając dwie takie plansze obok siebie, otrzymujemy więc losową liczbę szczegółów do znalezienia. Ponieważ gramy w większej grupie graczy, dochodzi tu ciekawy element rywalizacji – staramy się jak najszybciej znaleźć wszystkie szczegóły i wytypować ich liczbę, biorąc do ręki tabliczkę z odpowiednią liczbą. Tabliczki są wspólne dla wszystkich graczy, więc kto pierwszy, ten lepszy. Kiedy wszyscy zadecydują, odwracamy karty na czarno-białą stronę, gdzie bardzo dobitnie zaznaczono wszystko, co zostało przeoczone. Osoba, która wytypowała właściwą liczbę, dostaje aż trzy punkty, zaś dwie osoby, które najbardziej zbliżyły się do wyniku, odpowiednio jeden lub dwa. Gra się przez dziesięć rund, a kto po dziesięciu rozdaniach uzbiera najlepszy wynik, zostaje zwycięzcą.

Zadanie byłoby może jeszcze całkiem proste, gdyby nie specjalne żetony, które dobieramy na początku każdego rozdania. Ich rolą jest namieszać w takim z pozoru lekkim, łatwym i przyjemnym układzie... Poprzez wskazywanie, w jakiej orientacji do siebie mają się znajdować dwa porównywalne zdjęcia. Denaci leżą do siebie plecami? Może po skosie? A może planszetki będzie trzeba ułożyć w kształt litery T? Znajdowanie różnic potrafi przyprawić o ból głowy, kiedy oprócz wyszukiwania brakujących szczegółów musisz jeszcze na każdym kroku pilnować orientacji w terenie.

Nie mogę wyjść z podziwu, jak dokładnie obmyślona jest ta gra. Cztedzieści fotek daje liczbę kombinacji tak ogromną, że nieprędko traficie na konfigurację dwóch takich samych plansz. A nawet jeśli tak się stanie, daję słowo, nawet tego nie zauważycie, bo jedna będzie obrócona wobec drugiej pod jakimś dziwnym kątem i więcej uwagi poświęcicie pilnowaniu, by zdezorientowany mózg nie wylał się uszami niż zastanawianiu się, czy już tego gdzieś nie widzieliście. Zasady punktacji są przejrzyste i na tyle rozsądne, że nawet gracz będący istnym asem szukania różnic (np. ośmioletnia dziewczynka stająca w szranki z grupą starszego rodzeństwa i kolegów) nie jest w stanie uzyskać olbrzymiej przewagi – dzięki czemu gra nie staje się frustrująca po kilku niekorzystnych turach.

Napis na pudełku głosi, że to gra od ośmiu lat wzwyż. Nie dajcie się zwieść – „Sherlook” to istna ścieżka zdrowia dla umysłu, tytuł tak mózgożerny, że partia przed snem wystarczy, by pójść spać jak niemowlę, a jednocześnie znakomity trening zdolności poznawczych i spostrzegawczości. Polecam – praktycznie każdemu. Uprzedzam jednak, że po dwudziestu minutach do pół godziny (bo tyle trwa jedna partia) prawie na pewno zapragniecie pójść zagrać w jakiś lżejszy, mniej angażujący tytuł.

Na przykład Twilight Imperium.