Konwenty Południowe - Recenzja komiksu „Giacomo Supernova #04: Dark age of love”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Giacomo 4

„Giacomo Supernova #04: Dark age of love”

Gindie

Autorzy: Jerzy Łanuszewski (scenariusz), Robert Jach (ilustracje)
Wydawnictwo: Gindie
Liczba stron: 32
Cena okładkowa: 5 zł

Źle się dzieje w kosmosie. Spisek zawiązany przez naczelne umysły wszechświata przejmuje władzę, wprowadzając swoje prawa ku rozpaczy obywateli. Wuj Giacomo, Umberto Techno, stanął na czele kontrspisku, by przeciwstawić się złoczyńcom bezczelnie monopolizującym rynek przekrętów i nadużyć. Niestety, z powodu zdrady jednego z towarzyszy, pełna przygód akcja zakończyła się w więzieniu. Umknąć udało się jedynie Giacomo. Tak przedstawiała się sytuacja w poprzednim zeszycie komiksu „Giacomo Supernova”. „Całuj wuja w dubeltówkę” było wstępem do dłuższej opowieści, którą kontynuuje „Dark age of love”.


Gdzie się podziewa nasz bohater? Znajduje go kosmiczna żandarmeria na planecie Salvadoria 50, rozpoznając go, pomimo przebrania, po charakterystycznym obuwiu. Wydawałoby się, że będzie krucho, nieuzbrojony Supernova próbuje się bronić, ale ma przeciwko sobie przeważające siły wroga. W ostatniej chwili sytuację ratują Lucza Libertyni - będący, jak się okazuje, jego wiernymi fanami. Ich pomoc nie jest jednak bezinteresowna – po wszystkim zabierają swojego nowego podopiecznego do siedziby ich wuja, który ma dla niego propozycję nie do odrzucenia…


Wuj o długim imieniu i grupka Lucza Libertnów wprowadzają do komiksu klimat meksykańskiej fiesty. Jest też misja – mają być krokiem na drodze do uratowania towarzyszy z więzienia, w rezultacie jednak stanowiąca raczej czynnik rozpraszający. Jest to bardzo klasyczny element: zrób coś dla mnie, a ja dam ci coś, co pomoże w twojej misji. Tu sprawa jest trochę bardziej enigmatyczna, jako że „wuj” oferuje Giacomo… grzyba. Nie zwyczajnego, oczywiście, ma on być bowiem wyjątkowo rzadki, święty i zsyła superprawdziwe wizje. Naciągane? Wątpliwe? Bez sensu? Jeszcze jak. Co powie na to bohater? Zgodzi się, a jakże. Żeby dostać małego halucynka trzeba w końcu tylko… zabić króla Salwadorii i jego dziedziców.


W czasie, kiedy Giacomo bawi się w rewolucje i odlatuje w narkotyczne wizje, jego towarzysze przeżywają ciężkie chwile w jednej z cel Alcastarzzz. Właściwie, trudno ocenić, kto ma gorzej – oni czy też strażnicy, dręczeni regularną wojną psychologiczną. Co jakiś czas pojawia się kadr, dający wgląd w ich aktualną sytuację. Umieszczone są one trochę niewygodnie, bo zawsze stanowią coś w rodzaju „przerwy na reklamy” – w momencie, kiedy coś się dzieje. Stopniowo ich powtarzalność zaczyna męczyć, ale końcówka wynagradza wszystko – jedna, jedyna scena, podsumowująca cały proces, stanowi Żart Numer Jeden w tej części. Nadal nie jest to jednak koniec, do rozwiązania problemu, a nawet i jakiegokolwiek pomysłu, co z nim zrobić i w jaki sposób, jest dalej niż bliżej. Szacuję więc, że przygoda ciągnąć się będzie przez jeszcze kilka zeszytów.


Wizualnie mamy kontynuację części trzeciej. Kreska jest prosta, ale charakterystyczna, rysunki bezpruderyjne i szczegółowe tam, gdzie trzeba, kutaśność trochę mniejsza, ale nadal zauważalna. „Dark age of love” ma za to najładniejszą jak dotąd ilustrację okładkową – tak wydelikacony Giacomo ma swój specyficzny, libertyński urok.


Dzieje się dużo, ale nadal pozostało wiele do opowiedzenia, przyjdzie nam więc czekać niecierpliwie na kolejną część. Jeśli ktoś jeszcze nie zapoznał się z tym tytułem, polecam zrobić to szybko, zwłaszcza jeśli jest się wielbicielem prostego, niewymagającego humoru.