Konwenty Południowe - Recenzja książki: „Illidan" Williama Kinga

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

illidanWilliam King - „Illidan"

insignis Autor: William King
Wydawnictwo: Insignis
Liczba stron: 416
Cena okładkowa: 39,99 zł

Spośród wszystkich postaci ze świata Warcrafta, jedną z najbardziej rozpoznawalnych jest chyba właśnie łowca demonów Illidan Stormrage. Najczęściej jednak kojarzy się go z byciem trudnym przeciwnikiem, bossem jednej z wysokopoziomowych instancji w grze MMORPG World of Warcraft, źródłem niezłych przedmiotów i wyzwania na poziomie. Rzecz jest jednak nieco głębsza niż zdaje sobie z tego sprawę większość fanów gry - Illidan to bohater wallenrodyczny, niegdyś ambitny nocny elf zgłębiający mroczne sztuki i odważnie spoglądający w otchłań, by wydrzeć z niej sekret jej słabości. Kiedy przyłączył się do Płonącego Legionu, potęgi zwiastującej rychły koniec całego Wszechświata, to wyłącznie po to, by znaleźć sposób na zniszczenie go od środka. Jego pobratymcy nazwali go za to zdrajcą i wtrącili do niemożliwego do sforsowania więzienia na dziesięć milleniów, tylko po to, by znowu wezwać go, gdy Legion powrócił. Co jednak stało się z młodszym z braci Stormrage, gdy zagrożenie ze strony Eredara Archimonde'a zostało zażegnane? Tą właśnie tematyką zajmuje się William King w swojej najnowszej powieści, zatytułowanej po prostu "Illidan".

Wyłączywszy prolog, opowiadający o uwolnieniu Illidana przez Tyrande Whisperwind podczas inwazji Płonącego Legionu na Azeroth, o której opowiada trzecia odsłona serii gier strategicznych Warcraft, a także o szturmie na Czarną Świątynię, treści jednej z misji dodatku do tejże, powieść Williama Kinga podejmuje akcję od momentu, w którym pozostawiła ją gra. Po porażce w walce z Arthasem u stóp Tronu Mrozu, Illidan powrócił do Draenoru, chcąc zaleczyć rany i umocnić swoją pozycję - szybko stał się niepodzielnym panem na Rubieży. Wciąż jednak nie wolno mu spocząć na laurach – oto demoniczny książę Kil'Jaeden, któremu Illidan wymówił posłuszeństwo, przygotowuje się, by przyjść po duszę swojego niewiernego sługi. Jakby tego było mało, rada doradców, którą łowca demonów zgromadził pod sobą, choć z pozoru zabiega o jego względy, jest bandą spiskujących, dwulicowych pokrak, które wydają się tylko czekać na odpowiedni moment, by wbić nóż w plecy swojemu panu. To jednak jeszcze nie wszystko – jego śladami podąża stara znajoma, Maiev Shadowsong, strażniczka celi, w której Zdrajca spędził kiedyś dziesięć tysięcy lat, zdeterminowana, by zamknąć go w niej na nowo. Wszystkie te okoliczności bledną jednak w obliczu rozmachu przedsięwzięcia, do którego Illidan przygotowuje armię podobnych jemu łowców...

Jak widać już po tym niewielkim skrócie fabuły, w "Illidanie" dzieje się aż zbyt dużo, by akcja mogła przystanąć chociaż na chwilę. Rzeczywiście jest ona wartka, fabuła pędzi do przodu na złamanie karku, wciąż i wciąż wprowadzając nowe motywy. Budzi jednak spore zastrzeżenia – wiele z tych wątków sprawia wrażenie przedstawionych pospiesznie i pobieżnie. A szkoda – gdyby rozwinąć każdy z nich, powieść zyskałaby nie tylko na objętości, ale również na jakości. To jednak nie jest jedyna jej bolączka, największą okazuje się przykry nawyk Kinga do zdradzania najbardziej kluczowych zwrotów fabuły na dobre kilkanaście stron zanim się wydarzą. Czy to z obawy o to, by niezbyt kumaty czytelnik przypadkiem się nie zgubił? A może z troski o tych z odbiorców, którzy łatwo omdlewają w chwilach zaskoczenia? Jakkolwiek by nie było, taki samospoiler skutecznie psuje radość z poznawania przygotowanej przez autora historii. Jednocześnie zaserwowano nam tutaj jedno z najbardziej pozbawionych wyobraźni zakończeń, jakie były możliwe. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, powiem więc tylko, że daje się je streścić słowami "a wtedy gracze wpadli i zrobili questa". Abstrahując od tego, że kompletnie łamie to imersję, pozostawia jeszcze przykre wrażenie, że książka jest niczym ponad reklamę gry.

Bohaterów do swojej opowieści King wprowadza wielu – prócz Illidana, Kael'Thasa i Lady Vashj śledzimy losy Akamy, przywódcy Złamanych, stojących po stronie łowcy demonów, podążającej śladem swojego odwiecznego wroga strażniczki Maiev, a także Vandela, podróżnika z odległego Dranassusa chcącego przyłączyć się do krucjaty Stormrage'a, by pomścić swojego zabitego przez demony małego synka. O ile jednak osoba Vandela przedstawiona jest w sposób ciekawy i przekonujący, łącznie z bardzo obrazowym i dogłębnym opisem przemiany elfa w wynaturzenie na podobieństwo Zdrajcy, o tyle pozostałych bohaterów znacznie spłycono. W rzeczy samej, zarówno losy czy zachowanie Illidana i Maiev przypominają pisane przez nastoletnich zapaleńców fan fictions – jeśli się uśmiechają, to tylko jadowicie i z wyższością, jeśli się śmieją, to tylko złowieszczo, nie mają żadnych interesujących dylematów i niemal nigdy nie popełniają żadnych błędów, a każdym swoim gestem muszą bez przerwy okazywać, jacy są poważni, twardzi i zgorzkniali. W książce, której tytuł sugeruje, że to Illidanowi poświęcone zostanie najwięcej uwagi, tak płaskie i jednostronne jego ukazanie wydawać się może tylko zakrawającym na absurd lenistwem albo jakimś ponurym żartem.

Podsumowując – „Illidan" Williama Kinga sprawia wrażenie książki napisanej bez zaangażowania i w wielkim pośpiechu, pewnikiem po to, by zdążyć przed premierą "Legionu", kolejnego dodatku do World of Warcraft. To typowe rzemiosło, które nawet nie próbuje udawać, że jest czymś więcej niż płatną reklamą, a zawarte w książce posłowie jedynie potwierdza tę teorię. Jeśli mogę ją komukolwiek polecić, to chyba tylko najbardziej zagorzałym fanom uniwersum, bo ich nie zniechęci nawet to, co tutaj napisałem. Cała reszta niech weźmie sobie do serca moje zapewnienia, że na tak pozbawiony ikry gniot z całą pewnością – tu biorę głęboki wdech – NIE BYŁEM PRZYGOTOWANY.

Tagged Under