Konwenty Południowe - Recenzja książki: Aleksandra Ruda - „Sztylet rodowy”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Sztylet rodowy

Aleksandra Ruda - „Sztylet rodowy”

papierowy ksiezyc Autor: Aleksandra Ruda
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Liczba stron: 368
Cena okładkowa: 39,90

Kobieca fantastyka jest podgatunkiem specyficznym. Przez wielu traktowana pobłażliwie jako mniej wartościowa, ma swoich fanów – o dziwo, nie tylko wśród kobiet. Cechuje się lżejszą tematyką, mniej poważnym językiem i, obowiązkowo, obecnością wątku romantycznego, który prowadzony jest w sposób zazwyczaj dość jednakowy. Nie można jednak odmówić tym książkom swoistego uroku, który przesądza o ich popularności – jako lektura „na raz”, wzbudzająca emocje i pozostawiająca po sobie uczucie odświeżenia, sprawdza się w różnych grupach wiekowych, doceniana i przez tych, którzy zazwyczaj z fantastyką są na bakier. W moje ręce trafił ostatnio „Sztylet rodowy” Aleksandry Rudej, książka chwalona i polecana – trzeba było więc wypróbować ją na sobie, a że pozostaję wierną i oddaną fanką fantastyki kobiecej właśnie, tym chętniej się za to zabrałam.


Mila Kotowienko postanowiła zacząć żyć na własny rachunek. Co może jednak robić kobieta wychowana w rodzinie bogatego kupca i nie za bardzo przyuczona do jakiegokolwiek zawodu? Korzystać z nadarzających się okazji! Tocząca się aktualnie wojna takie okazje stwarzała, Mila udała się więc na przyspieszony kurs magii, by móc się na froncie do czegoś przydać. Pech jednak sprawił, że wojna skończyła się szybciej niż kurs. Ale to przecież nie koniec świata... Można jeszcze nająć się do służby w Głosach Królewskich – specyficznej organizacji zajmującej się grupowymi patrolami w przydzielonych im regionach. Tak też bohaterka trafia na spotkanie rekrutacyjnie, by rozpocząć wędrówkę po kraju w towarzystwie kapitana - arystokraty, jego wiernej strażniczki, zakochanego trolla, krasnoluda – maminsynka i elfa z depresją.


Mało która kompania w przygodach fantasy jest tak barwna i tak niezgrana, jak ta. Każdy z członków wyprawy wydaje się być wzięty z innej opowieści, a łączy ich jedno: nie chcą, ale muszą. Ile konfliktów z tego tytułu wyniknie, nietrudno się domyślić, cała książka bowiem jest zapisem mniejszych lub większych problemów, kłótni, bójek i prób dogadania się w drodze z punktu A do punktu B. Gdzieś w tle buduje się intryga, chociaż jej pierwsze objawy pojawiają się bardzo późno, niemal pod koniec powieści. Do tego momentu całość jest bardzo lekką, nieskażoną głębszymi myślami historyjką o szóstce towarzyszy, których los rzucił w jedno miejsce, a oni niekoniecznie są z tego powodu szczęśliwi.


Mila jest postacią, do której bardzo łatwo poczuć sympatię. Pomimo rzucanych tu i ówdzie sugestii co do jej pochodzenia (polegających głównie na zaczepkach drużyny i jej odpowiedziach), niewiele wiemy o jej przeszłości. Jest osobą wykształconą i obytą, ale też zaradną i zdecydowaną, świadomą tego, co ją w życiu czeka. Mieszka z nianią, kobietą starą i zarabiającą na życie pracą własnych rąk – ta staruszka jest też tak pocieszna, że aż szkoda, że nie dano nam jej tu więcej. Później autorka rzuca kilka wskazówek co do tożsamości bohaterki, sprawiając, że wiara w jej proste pochodzenie upada natychmiast, a na jej miejsce powstaje podejrzenie, że przyszłe wydarzenia będą jej mocno dotyczyć w bardziej bezpośredni sposób – nadal, niestety, z mocnym ziarnem niepewności. Czy da się lepiej zachęcić czytelnika do sięgnięcia po drugą część? Tym większa jest ciekawość, że budujący się powoli wątek romantyczny z Milą jako ośrodkiem skupiającej się uwagi nadal nie ma określonej „drugiej połówki” – zakochany w niej troll, toporny, ale wyjątkowo opiekuńczy (no po prostu nie sposób go nie lubić!), raz wydaje się być po prostu żartownisiem, a raz mieć zupełnie poważne matrymonialne zamiary; a Jaromir Wilk, kapitan, chociaż pozornie poza zasięgiem, też nie pozostaje obojętny, pomimo stale depczącej mu po piętach, wpatrzonej w niego jak w obrazek Tisy... Wątków do kontynuacji jest naprawdę dużo.


Niewiele wiemy też o samym uniwersum, w którym rozgrywać się mają przygody bohaterów. Królestwo, podzielone na mniejsze rejony, sąsiadujące z krajem rządzonym przez pomrokę, która po wojnie nadal lubi grasować po przygranicznych miejscowościach wydaje się zajmować bardzo małą przestrzeń. Są magowie, elfy, krasnoludy, a po drugiej stronie wilkołaki i uldoni, coś w stylu czarnoksiężników. Umiejętności magiczne posiada arystokracja, ale im dalej w pospólstwo, tym ich mniej. Zadziwił mnie fakt istnienia podziału na magów „profesjonalnych”, uniwersyteckich, i tych po kursach – przy czym, oczywiście, jedni patrzą na drugich z pogardą. Zupełnie jak u nas to bywa w niektórych zawodach. Ciekawym motywem są też nazwiska – im dłuższe, z tym biedniejszych sfer wywodzi się dana osoba: mamy arystokratę Wilka, jego... zarządcę? Czy też przedstawiciela wolnego zawodu... Wilkowienko, a potem będzie już Wilkowieńkowski, z którym żaden z poprzednich nie powinien rozmawiać pod groźbą ujmy na honorze. Tu też wykorzystano istniejący już system, po prostu odwróciwszy go o 180 stopni. To właściwie tyle, ale i tych informacji wystarczy, by zaciekawić i mieć nadzieję na dalszy rozwój świata w „Sztylecie”.


Czytanie utrudniają niestety braki natury technicznej. Książce zdecydowanie brakło korektora, ponieważ ilość literówek, przecinków w przypadkowych miejscach i ni stąd ni zowąd wstawionych w słowo wielkich liter jest niestety spora. Biorąc pod uwagę to, jak dopracowana jest strona wizualna powieści, poza ładną oprawą zawierająca takie rzeczy jak ozdobniki na każdej stronie czy powtórzoną ilustrację okładkową na jednej z ostatnich kart, trudno coś takiego zrozumieć – chętnie poświęciłabym część z tych „umilaczy” dla lepszego dopieszczenia samego tekstu, by nic nie rozpraszało w trakcie czytania.


„Sztylet rodowy” nie należy do książek o ambitnej, świetnie zarysowanej fabule i głębi. Jest za to powieścią wyjątkowo zabawną, lekką i pełną żartów może niezbyt wyrafinowanych, ale z całą pewnością trafiających w różne gusta. Trudno o lepszą pozycję na jeden wieczór, dla odświeżenia myśli i poprawy nastroju. Po „Sztylet zaręczynowy”, dalszą część historii, sięgnę jeszcze chętniej niż po pierwszą – i mam nadzieję, że wszystko skończy się szczęśliwie!