Konwenty Południowe - Recenzja książki: Vladimir Wolff - „Minuta przed północą”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

minutaprzedpolnoca

Vladimir Wolff - „Minuta przed północą”

warbook Autor: Vladimir Wolff
Wydawnictwo: Warbook
Liczba stron: 320
Cena okładkowa: 36,90 zł

 Jednym z pisarzy, którzy mieli największy wpływ na współcześnie rozumianą fantastykę postapokaliptyczną (nie piję tu do ojców gatunku, jak Zelazny, Tevis czy Priest) jest dziennikarz i publicysta z Rosji, Dymitr Głuchowski. Wykreowana przez niego w „Metrze 2033” wizja podziemnego życia po wojnie okazała się istnym strzałem w dziesiątkę, zapoczątkowując nie tylko jeden z bardzo popularnych cyklów, ale wręcz całe uniwersum, w którym swoje powieści miały osadzać dziesiątki aspirujących twórców. Jak się jednak okazuje, „szkoła Głuchowskiego” to nie tylko zapaleńcy opowiadający swoje historie w świecie wykreowanym przez Rosjanina, ale też liczni naśladowcy. Swoich sił w tej konwencji postanowił spróbować również Vladimir Wolff, do tej pory autor powieści sensacyjnych i political fiction – jego nowa powieść, „Minuta przed północą”, to właśnie postapokalipsa.

Matthias Holt i Hans Gruber są stalkerami – w świecie po wojnie atomowej rozumianymi jako straceńcy, którzy wyruszają na spustoszoną powierzchnię, by pośród ruin szukać skarbów minionej epoki. Ich domem jest Berlin, a właściwie tunele podmiejskiego metra zamieszkiwane przez ledwie trzydzieści tysięcy osób, wiecznie cierpiących głód i niedostatek, toczących ze sobą małe ideologiczne wojenki w ciasnym podziemiu. Kiedy podczas rutynowej wyprawy pracodawca dwójki awanturników ginie, a w ich ręce dostaje się dziwny rysunek techniczny, dowiadują się o istnieniu – gdzieś na południu Niemiec – przedwojennych bunkrów przygotowanych właśnie z myślą o nadchodzącej wojnie. W założeniu miały być składem zapasów umożliwiających dużej grupie ludzi przetrwanie trudnych czasów, może nawet budowę nowego świata na ruinach starego. Zaciągnąwszy parę długów i wplątawszy się w kłopoty, przez które w metrze robi się dla nich zbyt gorąco, dwaj komandosi wyruszają na ryzykowną wyprawę, która ma przynieść im bogactwo albo śmierć. Nie spodziewają się jednak, że poszukiwany przez nich schron jest czymś zupełnie innym...

O „Metrze 2033” nie wspomniałem przypadkowo – chociaż nigdzie nie ma ani słowa wzmianki o tym, jakoby powieść Wolffa osadzona była w uniwersum Głuchowskiego, trudno oprzeć się wrażeniu, że wpływ „Metra” na tę powieść był olbrzymi. Tu i tam mamy do czynienia ze stacjami, z których każda stanowi osobne państwo i część ogromnej pajęczyny wzajemnych animozji. Anarchiści, neonaziści, komuniści, nawet jakiś kalifat... Po powierzchni hasają w najlepsze wykręcone mutanty i ludzie przypominający żywe trupy, zaś największymi bohaterami zatęchłego lochu są stalkerzy, którzy, niezrażeni niezbyt przyjazną florą i fauną, brną w ten radioaktywny śmietnik, aby wyrwać z jego trzewi coś, co uczyni życie łatwiejszym. Ma to swoje dobre i złe strony – jeśli ktoś „Metro” polubił, tutaj poczuje się jak w domu. Jeśli zaś nie...

Fabularnie jest względnie solidnie, ale bez rewelacji. Pojawia się kilka nieoczekiwanych zwrotów związanych z ukrytymi dążeniami bohaterów, dość oklepany wątek nadprzyrodzony z udziałem młodego towarzysza dwójki komandosów o wdzięcznym imieniu Nerd, zalatujący lekko paranormal horrorem w japońskim wydaniu, trochę transobscenicznych okropności oraz całkiem obrazowe opisy nagłej, paskudnej śmierci, jaka spotyka różnych członków wyprawy w poszukiwaniu przedwojennych skarbców. Raz czy dwa razy przyszło mi zazgrzytać zębami, kiedy szczęśliwe zbiegi okoliczności spychające bohaterów na właściwy tor albo ratujące ich z opresji wydawały mi się zbyt nieprawdopodobne – nawet mimo ich późniejszego wyjaśnienia do końca towarzyszyło mi poczucie złamanej imersji i świadomość, że to tylko książka.

Sytuacji nie poprawili jej bohaterowie. Chociaż przekomarzanki Holta i Grubera dają czasem powód do uśmiechu, ani jeden, ani drugi nie ma w sobie nic, co czyniłoby go postacią barwną, ciekawą – ot, typowi wymachujący bronią twardziele, jakich pełno w tego typu opowiastkach. Podobnie jest z całą masą bohaterów drugoplanowych – jednakowo szarych, brudnych, definiowanych jedynie przez swoją chęć przetrwania, która, jak to w postapo bywa, popycha ich do różnych okropności. Z żadnym z nich nie sposób sympatyzować, żaden też jakoś szczególnie nie zapada w pamięć.

Z moich narzekań moglibyście wywnioskować, że „Minuta przed północą” jest powieścią beznadziejną. Otóż nie jest – jasne, mogłaby być dużo lepsza pod kilkoma względami, ale skłamałbym mówiąc, że ani przez chwilę nie bawiłem się dobrze podczas lektury. Nową książkę Wolffa mogę szczerze polecić fanom Uniwersum Metro – tacy bez żadnego powodu odnajdą się w tej wizji powojennego świata i na pewno sprawi im ona sporo radości. Tym, którzy „Metra” nie strawili, pewnie lepiej będzie po prostu poczytać coś innego – nie znajdą tu niczego, co przekonałoby ich do zmiany zdania. Jeśli zaś cykl Głuchowskiego ani cię grzeje, ani ziębi, z „Minutą przed północą” prawdopodobnie będzie dokładnie tak samo.