Konwenty Południowe - Recenzja książki: Charlie Fletcher - „Nadzór"

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Nadzor

Charlie Fletcher - „Nadzór”

fabryka slowWydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 545
Cena okładkowa: 31,99

Charlie Fletcher karierę pisarską rozpoczął w 2006 roku książką dla dzieci „Stoneheart. Kamienne serce”. Zaraz po sukcesie trylogii „Stoneheart”, autor zaczął tworzyć kolejną serię, która miała trafić do starszych czytelników. Tak właśnie powstał „Nadzór”, będący głównym tematem poniższej recenzji.

Nadzór jest tajną organizacją, stojącą na straży granicy pomiędzy światem zwyczajnym a magicznym, trzymająca pieczę nad pokojem pomiędzy obiema płaszczyznami. Jej główną jednostką jest tak zwana „Ręka”, która składa się z pięciu osób – potomków istot magicznych. Organizacja jest jednak osłabiona i liczy zaledwie pięciu członków. Pewnego dnia pojawia się szansa, aby zasilić szeregi o nowych rekrutów. Do siedziby Nadzoru zostaje przywleczona w worku dziewczyna, którą Sara Falk – członkini „Ręki” –decyduje się wziąć pod swoje skrzydła. Szybko okazuje się, że nowoprzybyła Lucy jest częścią podstępu, mającego doprowadzić przeciwników organizacji do przedmiotu, strzeżonego w ich kwaterze. Rozpoczyna się rozpaczliwa walka o przetrwanie stowarzyszenia.

Pierwszą rzeczą, jaką zauważyłam, jest  bardzo dobrze wykreowany klimat wiktoriańskiego Londynu, panujący w powieści. Miasto zostało ukazane w sposób bardzo wyrazisty, co pozwala na lepszy odbiór sytuacji przedstawionej w książce. Czytelnik z łatwością może poczuć mrok spowijający ulice. Pozwala to doskonale odczuć zagrożenie, jakim otoczona jest organizacja, a którego naturę można poznać w dalszej części książki.

Są tu też jednak elementy drażniące. Jednym z nich jest ilość rozdziałów w książce. Na 400 stron przypadają 73 rozdziały. Każdy  z nich przedstawia inny wątek, co może powodować problem ze zrozumieniem fabuły. Nie pozwala to też śledzić z zainteresowaniem jednego wątku, ponieważ po paru stronach zostaje on zmieniony na rozgrywający się w zupełnie innym miejscu. Mamy akcję, dziejącą się wokół Lucy, śledzimy stan zdrowia Sary, obserwujemy knowania bliźniaków Templebane i ich synów, polowanie Hodga na istotę magiczną i Na-Barno, który próbuje ratować swoją karierę iluzjonisty w cyrku. Wprowadza to chaos i dezorientację podczas czytania. Są chwile, gdy trudno wyłapać, co jest rdzeniem powieści, na którym powinniśmy się skupić, w rezultacie gubi się on, przestaje zwracać uwagę. Fabuła przez to staje się niezrozumiała i traci na atrakcyjności.

Kolejny zarzutem, jaki mam wobec dzieła Fletchera, jest postać głównej bohaterki. Lucy ma braki w pamięci, ale nie oznacza to jednak, że ma być pozbawiona dużej części osobowości i charakteru. Jej dezorientacja jest zrozumiała, ale nawet jej reakcje w sytuacjach kryzysowych nie pokazują nam w pełni jej osoby. Zazwyczaj po zakończeniu czytania książki pozostają nam w głowie szczegóły dotyczące głównego bohatera i ciekawość, kim w rzeczywistości jest ta tajemnicza postać, o której pochodzeniu wiemy niewiele. Niestety Lucy wydała mi się w tej historii na tyle nieistotną oraz bezbarwną postacią, że nie udało mi się wiele z tego jej przedstawienia wychwycić i zapamiętać. O wiele ciekawszy wydał mi się Amos – niemy podopieczny braci Templebane, który pojawił się w zaledwie kilku rozdziałach, ale jego losy intrygują mnie bardziej, niż dziewczyny.

„Nadzór” Fletchera jest książką średnią, która może zadowolić niewymagającego czytelnika, ale trudno się nią zachwycić. Zaczyna się dość interesująco i, mimo wszystkich wad, ma kilka pozytywnych aspektów. Niestety nadmierne wyeksponowanie wątków pobocznych przytłumia potencjał historii (który zdecydowanie jest spory!), a „skakanie” po miejscach akcji może doprowadzić do szybkiego zniechęcenia i odłożenia książki. Muszę jednak przyznać, że pomimo paru zgrzytów, nie można nazwać tej powieści dziełem kiepskim. Gdybym kiedykolwiek cierpiała na nadmiar wolnego czasu, byłabym skłonna sięgnąć po kolejne części, jeśli się pojawią.