Konwenty Południowe - Recenzja książki: Graham McNeill - „Młotodzierżca”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

mlotodzierca

Graham McNeill - „Młotodzierżca”

copernicus corporationWydawnictwo: Copernicus Corporation
Liczba stron: 432
Cena okładkowa: 44,00 zł

Uniwersum Warhammera Fantasy cechuje się jedną zasadniczą cechą: dominującym w nim heroizmem. Postacie tworzone przez graczy w grze fabularnej „żyją” niemal tylko po to, by ścierać się z mrocznymi siłami, dla własnych korzyści bądź ogólnego dobra ratując świat. Powieści osadzone w tych realiach podzieliły się zaś na dwie grupy: jedne wiernie oddawały nastrój pierwowzoru, w innych dominował zaś mroczny fatalizm, zbliżając je gatunkowo bardziej do czegoś na kształt dark fantasy niż klasycznej magii i miecza. Do pierwszej z tych kategorii zdecydowanie należy cykl „Legenda Sigmara”, opowiadający historię jednej z najważniejszych postaci świata Warhammera Fantasy, wojownika czczonego później jako bóstwo.

Plemię Unberogenów, zamieszkujące w większości dzikie jeszcze ziemie, których granice zmieniają się wciąż pod wpływem starć pomiędzy miejscowymi władykami, nęka plaga najeźdźców – orków z południa. Bohaterów poznajemy podczas Nocy Krwi – uczty wydawanej na cześć młodych wojowników, po raz pierwszy wyruszających do walki. Sigmar, syn króla Bjorna, oraz jego przyjaciele: Pendrag, Wolfgart i Trinovantes wykorzystują pozostały im czas na rozważania o tym, czy zadanie przyniesie im chwałę, czy też śmierć. Dostrzegane wokół znaki, odczytywane jako zły omen przez Wolfgarta wróżą nie do końca pozytywne zakończenie bitwy pod Astofen, i rzeczywiście: jeden z nich nie powróci żywy, a zdarzenie to zapoczątkuje lawinę zdarzeń, w których i mroczna magia będzie miała swój udział.

Sigmar od początku wydaje się być naznaczony piętnem przyszłego herosa – i takie też założenie kontynuuje autor przez cały pierwszy tom trylogii. O ile więc nie znaczy to, że omijają go przykre zdarzenia i nieszczęścia, uderzające nawet w najbliższe mu osoby, o tyle nic, co się dzieje wokół niego, nie jest dziełem przypadku. Nie ma tu miejsca na tajemnice – w tle wydarzeń zostaje wyraźnie powiedziane, że ścieżka losu głównego bohatera została z góry wytyczona, a wszelkie próby, na jakie zostaje narażony, są tylko i wyłącznie po to, by mógł się stać odpowiednim władcą. Sigmar szybko bowiem podejmuje ideę zjednoczenia rozproszonych po krainie i zwaśnionych ze sobą plemion w jedno imperium i idei tej podporządkowuje całe swoje późniejsze życie.

Bardzo interesującym motywem było dla mnie przedstawienie niejako w tle tego fatum, które ciąży nad Sigmarem, w postaci wiedźmy z Brackenwalsch. Staruszka jest uosobieniem przeznaczenia, jej działanie trudno jednoznacznie ocenić, jako że podejmuje się czynów nikczemnych, a nawet skrajnie skrajnie złych (jak doprowadzenie młodego Gerreona do szaleństwa i pchnięcie go na ścieżkę zdrady, gdy on sam był gotów porzucić żal po stracie brata), jednak robi to w celu ukształtowania przyszłego władcy tak, by był on w stanie ponieść ciężar władzy. Ma on być przecież człowiekiem, który jednoczy narody i prowadzi je ku zwycięstwu…

A jednak autor nie ustrzegł się od błędów i w swojej chęci ukazania heroizmu młodego bohatera stanowczo przesadził. Sigmar jest więc może uparty i wytrwały, ale poza tymi cechami zupełnie brak mu charakteru. Pojawia się też problem „zbytniego się zagalopowania” w szczegółach dotyczących jego wspaniałości i osiągnięć – przykładowo: Sigmar zakłada szkółkę dla dzieci. Jaki ma to sens w świecie, w którym pismo zostaje wymyślone dopiero później (co wyraźnie zaznaczono w tekście, również na korzyść „postępu”), a wszystkich umiejętności potrzebnych do życia uczyły się one w trakcie terminowania u odpowiednich rzemieślników? Nie wiadomo, ale punkty za wspaniałość zostały przyznane.

Nie inaczej jest z innymi postaciami, które mają wyraźnie wyznaczoną linię postępowania, z której nie schodzą nawet o krok. Boli mnie najbardziej postać Ravenny, ukochanej Sigmara. Przedstawiona początkowo jako wybitna pod względem inteligencji i urody, ostatecznie jest klasycznym przykładem bezmyślnego uporu w rodzaju „ma być pokój – a o tych hordach orków za murami myśleć nie będę i już!”. Cóż, nie było mi dane irytować się jej postępowaniem zbyt długo. Do interesujących postaci można zaś zaliczyć dwie – wiedźmę i Gerreona-zdrajcę, a i to tylko dlatego, że odchodzą od głównego standardu na korzyść „ciemnej strony mocy” – zwłaszcza o tej pierwszej chętnie przeczytałabym coś więcej. Może nawet osobną opowieść..

McNeill w swojej twórczości wyraźnie inspirował się dziełami klasyków z gatunku heroicznego fantasy, jednak wydaje mi się, że zrobił to w sposób dość bezrefleksyjny. Dzieje Sigmara w jego wykonaniu są bowiem dość nudne, nawet pomimo tego, że przecież wiele się tam dzieje. Na zdecydowany plus zaliczyć trzeba jednak kreację czarnych charakterów, opisy starć, z których co prawda patos aż kipi, jednak ujęty został w bardzo konkretne ramy wydarzeń, a także dość szybki upływ czasu, pozwalający zapoznać się w trakcie jednej części powieści z dość dużym okresem życia bohatera. Książkę polecam fanom uniwersum, którym tak specyficzny klimat powinien przypaść do gustu.