Konwenty Południowe - Recenzja książki: Marta Kładź-Kocot - „Noc kota, dzień sowy. Zamek Cieni”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

nockota

Marta Kładź-Kocot - „Noc kota, dzień sowy. Zamek Cieni”

genius creationsWydawnictwo: Genius Creations
Liczba stron: 338
Cena okładkowa: 34,99 zł

Są takie tytuły, które na zawsze pozostają w pamięci czytelnika. Można tu mówić o klasyce, tej uznanej i tej ścisłej, ale obie te grupy wcale nie muszą się pokrywać. Dla przeciętnego odbiorcy rozpoczynającego swoją przygodę z fantastyką w młodych latach większe znaczenie i wartość sentymentalną będą miały najczęściej te pierwsze książki, przy których poznawał odmienne światy, rasy, magię i przeżywał przygody niemal jako jeden z bohaterów. U mnie zaczęło się od klasyki po części dziecięcej, a po części fantasy – tytułów takich, jak „Niekończąca się opowieść”, „Fantaghiro” czy… „Zaklęta w sokoła”. Później oczywiście przyszedł czas na Harry’ego Pottera, „Władcę Pierścieni” i wiele innych, więc o tych dziecięcych fascynacjach trochę się zapomniało… aż przypomniał mi o nich jeden tytuł współczesny. Mowa o „Nocy kota, dniu sowy” Marty Kładź-Kocot, która w swojej debiutanckiej powieści postanowiła wykorzystać motyw znany z właśnie z „Zaklętej” – trochę go odświeżając.

Virbio Allenmargh, przybywając do Castelburgu, zupełnie nie był przygotowany do roli konspiratora. Podający się za kupca, jąkający się i wyraźnie przerażony młodzieniec od razu budził podejrzenia, ale jednak udało mu się trafić tam, gdzie wiodło go zadanie – do domostwa mistrza Jardala, maga-banity. Zamiast czarodzieja zastał tam jednak jego towarzyszkę, przedstawiającą się jako Mear de Witten. Oferta, jaką ma do złożenia magowi za pośrednictwem rudowłosej jest trudna do przełknięcia – za przysługę pewne dość tajemnicze grono osób oferuje mu bowiem przebaczenie win i zdjęcie rzuconej na oboje klątwy. Jakie uczynki wygnały w tak odległe od siedziby Kapituły tę niezwykłą parę i co będzie musiał zrobić Jardal? I czy na pewno będzie chciał wejść w tak nietypowy układ?

Wszystko, czym dysponuje Virbio, a wraz z nim i czytelnik, to plotki – dotyczące domniemanych postępków maga, które skazały go na wygnanie, a także zagadkowej obecności przy nim rudowłosej czarodziejki. Dopiero po chwili dowiemy się więcej na temat praw rządzących wykreowanym przez Martę Kładź-Kocot światem, a głownie – jego magiczną częścią. Dość powiedzieć, że zakazany owoc nie tylko kusi najbardziej, ale jest też powszechnie spożywany przy utrzymanym statusie tajemnicy poliszynela. Oczywiście do czasu… Akcja książki obfituje w retrospekcje, które pozwolą czytelnikowi zbudować sobie pewien obraz bohaterów i ich motywacji. Czy da to możliwość zrozumienia ich i poczucia sympatii – to już inna sprawa.

Trzeba przyznać, że konstrukcje postaci są w „Nocy kota…” bardzo solidne, złożone i konsekwentnie prowadzone. Szczodrze nakreślona przeszłość (tu zwłaszcza Mear) nie pozwala tu bowiem na zbudowanie sobie obrazu bohatera idealnego, pozbawionego wad, wędrującego do określonego celu, którym jest zwycięstwo nad przeciwnościami. Nie, ich przeszłość jest trudna. Bohaterowie Marty Kładź-Kocot byli niegdyś dziećmi, niekoniecznie mile widzianymi, nie zawsze rozpieszczanymi, nie dorastającymi w idealnych warunkach, o czym nie zapomnieli – a co dało im pewien rodzaj siły. Dla równowagi – posiadają także z okrutną konsekwencją wysnute z tak skonstruowanego obrazu słabości. Tym lepiej!

Mieszane mam uczucia odnośnie zastosowania zabiegu znanego właśnie ze starej baśni o Zaklętej w sokoła. Autorka wykorzystała podobne przeciwieństwa, zmieniając parę bohaterów w tytułowe zwierzęta, dając im też krótki czas przejścia, w którym mogą się porozumieć. Tym trudniejsze będzie podjęcie misji mającej na celu uwolnienie od klątwy. W tym względzie fabuła jest też dość przewidywalna. Na szczęście wkraczają wątki poboczne, jak pojawiające się od czasu do czasu Prządki Losu, wygłaszające kilka enigmatycznych zdań, wyjaśniających niewiele, ale skutecznie podsycających napięcie, oraz samego przedmiotu zadania – władcy krainy, tyleż tajemniczego, co wydającego się… nie do końca człowiekiem. Te dwa elementy przesądziły o mojej chęci zapoznania się z dalszymi losami Mear i Jardala.

„Noc kota, dzień sowy” jest też lekturą, która wymaga odrobiny cierpliwości na początku. Zanim bowiem ujawni wskazówki co do natury wydarzeń rozgrywających się w niej, minie trochę czasu. Miałam też momentami wrażenie przeładowania informacjami – nagromadzenie wątków pobocznych zdawało się zbyt duże (zwłaszcza sceny rozgrywające się w Kapitule miały tę cechę), a ich powiązanie ze sobą – niejasne. Część z nich trzeba było tez do wyjaśnienia odłożyć na później. Nie można jednak odmówić autorce warsztatowej precyzji, z jaką konstruuje fabułę i sylwetki bohaterów – jednocześnie nie narażając powieści na „suchość”, którą czasem daje się odczuć w takich razach. Dla mnie stanowi to ogromny potencjał na solidną historię o wielopoziomowej intrydze – zdecydowanie więc zostanę przy niej aż do końca.