Konwenty Południowe - Recenzja książki: Laini Taylor - „Marzyciel”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

marzyciel

Laini Taylor - „Marzyciel”

sqnWydawnictwo: SQN
Liczba stron: 512
Cena okładkowa: 36,90

W marzeniach każdy z nas może być kim tylko zapragnie. Silniejszym, zdolniejszym, piękniejszym człowiekiem, przeżywającym przygody i wychodzącym z nich obronną ręką tylko po to, by sięgnąć nią zaraz po niezmierzone skarby i tytuł bohatera… Dzięki marzeniom zwykła, szara codzienność staje się odrobinę bardziej znośna. Wszyscy znamy też opowieści o spełnieniu najodważniejszych snów, czekającym może nie za pierwszym rogiem, ale drugim czy trzecim… i o tym, że pogoń za marzeniami nigdy nie powinna tak naprawdę ustawać. Istnieje jednak jeszcze jedno powiedzenie, a mówi ono, byśmy uważali, o co prosimy – bo możemy to dostać. Wiele jest też osnutych na tej kanwie powieści, mówiących o zbyt pochopnie wyrażanych życzeniach. Jak jest z „Marzycielem” Laini Taylor, książką, z którą miałam przyjemność spędzić kilka ostatnich dni?

Lazlo Strange jest nikim. Widać to nawet w jego imieniu – wybranym losowo przez mnicha, przekonanego, że słabe i wygłodzone dziecko, które przyjechało na wozie pełnym innych sierot, nie pożyje wystarczająco długo, by się na nie skarżyć. Chłopak okazał się jednak silniejszy niż na to wyglądał – dorastastając w klasztorze i dając się poznać jako ktoś zupełnie oderwany od rzeczywistości. Zakopany w książkach, legendach o Szlochu, tajemniczym mieście, którego prawdziwa nazwa zaginęła w pamięci ludzkości, uciekający z zajęć po to, by poudawać jednego z tamtejszych wojowników, honorowych i nieustraszonych… Pierwszym zbiegiem okoliczności, który nada właściwy bieg jego życiu, będzie zepsuta ryba, za sprawą której Strange Marzyciel nie zostanie mnichem, a bibliotekarzem. Drugim – chwila, w której przypadkiem natknie się na młodego alchemika, Thyona Nero, okrutnie bitego przez ojca, i postanowi wspomóc go swą wiedzą. Trzecim – przybycie do Zosmy delegacji z tego samego Szlochu, o którym tyle marzył, a który uważano za bajkę dla dzieci.

Bardzo podoba mi się sposób, w jaki autorka nakreśliła postać Strange’a. Chłopaka poznajemy bardzo dobrze niemal od samego początku, dzięki czemu jego życie w klasztorze, chociaż opisywane jako bardzo skromne i monotonne, wcale się takie nie wydaje. Anegdoty z jego dzieciństwa, czasu dojrzewania, rozmów o życiu wewnątrz i na zewnątrz klasztoru, które to życie wcale Lazla nie interesuje, wreszcie piętno „marzyciela”, nadane mu wcale nie jako uznanie dla jego wyobraźni, dają obraz słodko-gorzki, ale bardzo urokliwy. Postawienie obok niego zupełnego przeciwieństwa, Thyona Nero, „złotego chłopca”, pięknego, bogatego, odnoszącego sukcesy w dziedzinie alchemii, mającego to wszystko, co mogłoby być udziałem Lazla, gdyby tylko urodził się gdzie indziej, potęguje wrażenie istnienia dwóch światów – realnego i wyśnionego. Jest coś okrutnego w tym, że to właśnie ten ubogi stanie się warunkiem powodzenia i sławy drugiego… I wcale nie sprawi to, że w jakiś sposób staną się oni sobie bliscy.

W opozycji do twardej rzeczywistości biblioteki i klasztoru mamy Szloch – miasto ze snów. Ekspedycja pod wodzą legendarnego Zabójcy Bogów, do której dołączą obaj wyżej wspomniani, jeden jako wybraniec, a jednak oszust, drugi za sprawą desperackiej prośby, rusza jednak nie po to, by odkrywać, ale by ratować. Tajemnic jest wiele, jeszcze więcej domysłów, będzie też ich dalej przybywać. Bogowie Szlochu umarli, ale czy byli dobrymi opiekunami, czy raczej ciemiężycielami ludu, któremu jarzmo narzucili za pomocą okrutnej magii? Jedno jest pewne – ich śmierć nie oznaczała końca nieszczęść trapiących miasto. Tu mamy kolejny cudowny kontrast – pomiędzy legendami i zbudowanymi na ich kanwie oczekiwaniami przybyszów a rzeczywistością, o której niewielu odważa się opowiedzieć. Magia Mesarthimów zaś jest może mało skonkretyzowana, nieusystematyzowana i kompletnie losowa w tym, jak się manifestuje, ale wiąże się z nią tak wiele częściowo nierealnych, a częściowo bliskich nawet naukowemu ujęciu problemów, że dowiadywanie się kolejnych szczegółów i towarzyszenie bohaterom, którzy próbują przełożyć je na znaną sobie rzeczywistość, jest czystą przyjemnością.

Czy „Marzyciel” ma jakieś wady? Jedną. Jest nią przestój, który powodują w akcji sceny erotyczne. Nie jest ich wiele, są bardziej sugerowane, niż opowiadanie dosłownie, ale ich opisy są zdecydowanie za bardzo rozwlekłe, sprawiają wręcz wrażenie powtarzanych wielokrotnie zwrotów, zwłaszcza tych o zachwycie i cudowności. Do zbudowania romantycznej otoczki i nakreślenia wydarzeń spokojnie wystarczyłaby ćwierć użytej tam objętości, uniknęłoby się też owej wtórności, która szybko wywołuje znudzenie. Jak zazwyczaj lubię podobne wątki w przypadku bohaterów, z którymi sympatyzuję, tak tu miałam chęć po prostu pomijać całe fragmenty, by wreszcie przejść do rzeczy. A że dzieje się dużo, to i te przestoje trochę potrafią działać na nerwy.

„Marzyciel” ma ogromny potencjał na powieść piękną, głęboką, a nade wszystko – dobrze napisaną, który to potencjał zresztą częściowo już zrealizował. Nadal jednak pozostało wiele do wyjaśnienia, zasugerowano istnienie pewnych tajemnic, pozostawiono część kwestii po prostu niewypowiedzianymi – oczekiwanie na kolejny tom będzie wiązało się więc ze sporą dozą niecierpliwości. „Marzyciela” zaś polecam z całego serca – to jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku.