Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Tytuł książki

Jacek Piekara - „Ja, Inkwizytor. Przeklęte krainy”

Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 442
Cena okładkowa: 39,90 zł

Po pięciu latach nieobecności na rynku wydawniczym Mordimer Madderdin wreszcie doczekał się kolejnej odsłony swoich przygód. Jasne, widywaliśmy go w dotychczasowych pozycjach z Cyklu Inkwizytorskiego, ale raczej jako bohatera drugoplanowego (czy nawet epizodycznego). Fanów śledzących flagową serię Jacka Piekary z pewnością ucieszyłaby ta wiadomość – ja do sprawy podszedłem dość ostrożnie. Czy słusznie? Panie i panowie, Jacek Piekara i „Ja, Inkwizytor. Przeklęte krainy”.

Gdy ostatnim razem spotkaliśmy Mordimera, jego towarzysze broni w drodze powrotnej do Cesarstwa… zostawili go w Peczorze. Kiedy uratował tamtejszą księżną, Ludmiłę, przed zamachem (co, jak pamiętamy, było zręczną manipulacją ze strony Barnaby Bibera), a także kiedy nieznana moc w widowiskowy sposób pozbawiła życia nadwornego czarownika księżnej wraz z jego podopieczną (udziału Bibera w powyższym nie udowodniono), ruska arystokratka zażyczyła sobie, aby młody Madderdin został w Peczorze jako jej osobisty ochroniarz. Wbrew woli oraz swojemu rozsądkowi, Mordimer przystał na jej prośbę, rozumiejąc dobrze, że minie sporo czasu, zanim znowu postawi stopę na ziemiach Cesarstwa.

W Peczorze czeka go cała masa niespodzianek. Księżna Ludmiła zagwarantuje mu bowiem schronienie, utrzymanie, pracę, a nawet… narzeczoną. Bardzo szybko okazuje się, że to on ma zastąpić wołcha – a wizyta u miejscowej wiedźmy owocuje tym, że inkwizytor wraca na dwór w towarzystwie młodej Nataszy. To zaaranżowane „małżeństwo” ma nie tylko zapewnić Ludmile zastępstwo dla sczezłego nagle kapłana – doświadczane przez dziewczynę wizje stanowić bowiem będą ważną wskazówkę, która ostatecznie pomoże pokonać pradawne zło zamieszkujące knieje. Wizje jednak nie pojawiają się same – trzeba je wywołać. I tutaj przyda się niezłomny Mordimer, który w imię służby dobry podejmie się największych poświęceń. Jakich to poświęceń? Ano…

…nie wiadomo, dlatego że cały pobyt Mordimera w Peczorze ogranicza się do umizgów z Nataszką (która może widzieć przyszłość wyłącznie wtedy, kiedy ktoś ją, powiedzmy, miłuje), znoszenia kaprysów narzekającej na brak towarzystwa księżnej Ludmiły, a także sporadycznych wypraw poza mury twierdzy – w celach, które staną się jasne dopiero dużo później. Niby wiemy, że księżna przez cały czas obawia się jakiegoś straszliwego zagrożenia. Jego związek z wyprawą po zwichrowanego tropiciela, jaką podejmuje bohater, albo z malowanym „ze snu” magicznym obrazem nie jest jednak – przynajmniej w moim odczuciu – wyeksponowany dostatecznie mocno, przez co czytelnikowi trudno się pozbyć wrażenia, że w Peczorze zwyczajnie nic się nie dzieje. To ogromne wyzwanie, by, pisząc prequel, sprawić, aby czytelnik obawiał się o losy bohatera, co do którego wiemy, że i tak dożyje kolejnych części. Myślę, że sporo pomogłoby tutaj, gdyby wyraźniej zaprezentowano, że wielkie zło mieszkające w lesie rzeczywiście sprawia jakieś kłopoty – zamiast po prostu siedzieć w zaroślach i czekać, aż odważny inkwizytor i jego słodka panienka rozwiążą zagadkę i przyjdą je zatłuc. Tymczasem nawet z finalnej sekwencji starcia z potworem Mordimer wychodzi bez większego szwanku – a gwoździem do trumny jest następująca nad zwłokami bestii kłótnia, kto ma przywłaszczyć sobie którą część potwora (bo wiecie, magiczne właściwości skóry z demoniego zadka to nie taka mała sprawa). Takie scenki może i przechodzą na sesjach RPG spod znaku „kłesty i łupy” – jednak pojawienie się ich w tekście, który z założenia nie miał być parodią, to po prostu jakiś obłędny absurd.

Wspominałem już o Nataszy. Nie mam niczego przeciwko temu, aby w zdominowanej przez męskie postaci serii pojawiła się jakaś silna postać kobieca – zróżnicowanie po prostu czyni świat przedstawiony nieco bardziej prawdopodobnym – autor jednak zabiera się za dzieło jej kreowania w tak samo koślawy sposób, jak wcześniej miało to miejsce z Katariną. Wychowana przez wiedźmę młoda dziewczyna ma być podobno kapryśna i marudna, wszyscy kwękają o tym, jak to strasznie się jej boją i jaką niesamowitą mocą dysponuje – w praktyce jednak jej rola w opowieści sprowadza się do bycia, ekhm, celebrowaną przez Mordimera tudzież wysyłania go na kolejne dziwaczne wyprawy w niejasnym celu. Fakt, że ktoś, kto spędził większość życia w chatce na bagnach okazuje się wyśmienicie znać łacinę (bo „mateczka ją nauczyła” – gdyby nie to, może mielibyśmy ciekawy motyw, kiedy dwie skazane na siebie osoby próbują się porozumieć mimo bariery językowej. Mało brakowało!) oraz kapitalnie rozumieć się w zawiłościach dworskich intryg (to musiała być naprawdę duża chatka na bagnach…) wcale nie poprawia jej sytuacji. Dostajemy zatem kolejną bitą jak ze sztancy kobiecą personę, którą autor bardzo stara się zaprezentować jako potężną i ważną dla fabuły – w praktyce jednak jest tylko narzędziem służącym do pchania historii naprzód, w dodatku pozbawionym kompletnie jakiegokolwiek pozoru prawdopodobieństwa. Jej „figlarne” i „lubieżne” usposobienie natomiast czyni ją niemal nie do odróżnienia od pozostałych heroin z serii.

Przynajmniej Mordimer jest taki jak wcześniej. Narzeka, marudzi, domniemywa, czasem dowcipnie, czasem sarkastycznie. Pierwszoosobowa narracja prowadzona jest właśnie z perspektywy inkwizytora-gaduły, a pisząc jego kwestie, Jacek Piekara daje wyraz swojemu zamiłowania do gawędy. Ten miejscami dowcipny, barwny styl opowiadania jest elementem, dzięki któremu, mimo wszystkich wad, „Przeklęte krainy” czyta się w miarę sympatycznie.

„Przeklęte krainy” nieco mnie znudziły. Mimo fajnej narracji i ciekawego świata przedstawionego (dzika Ruś i jej dziwaczne wierzenia, po części chrześcijańskie, po części pogańskie, to kapitalny motyw – szkoda, że rozwinięty tak słabo!), historia jednak trochę kuleje. Brakuje jej dynamizmu, brakuje napięcia, poczucia narastającego zagrożenia i kurczącego się czasu. Sługa Świętego Officjum wiedzie w Peczorze żywot zdecydowanie zbyt beztroski niż bym się tego spodziewał, a jego przygody wydają się przez to pozbawione zarówno ikry, jak i głębszego sensu. Fanom pewnie i tak nie będzie to przeszkadzało – pozostałych zachęciłbym jednak do sięgnięcia po wcześniejsze powieści, najlepiej z samego początku serii.