Konwenty Południowe - Recenzja mangi „Enra z Piekła Rodem” Autor: Chie Shimada

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

enra z piekla rodem

Enra z Piekła Rodem

waneko

Autor: Chie Shimada
Wydawnictwo: Waneko
Ilość tomów: 4
Cena okładkowa: 21,99 zł

Im częściej czytam mangi z gatunku shōjo, tym więcej dostrzegam między nimi podobieństw. Z „Enrą z piekła rodem” jest jednak ten problem, że nie wytrzymuje porównania z dobrymi przedstawicielami gatunku w takim stopniu, w jakim bym sobie tego życzył.

Komachi Takamura to idealna uczennica, rygorystycznie przestrzegająca szkolnego regulaminu oraz wywiązująca się z obowiązków. Nic zatem dziwnego, że posiada w szkole niemały autorytet. Niestety, przez swoją nieposzlakowaną opinię zwraca na siebie uwagę Enry, syna Króla Piekieł, który postanawia sprowadzić ją do (tak, zgadliście!) piekła, gdyż wedle pewnego zwoju ma w przyszłości zostać wielką grzesznicą. Czy dosłownie zmienił jej życie w piekło? A może stało się zupełnie na odwrót?

Powiedzmy sobie szczerze, Komachi ma powody, by wątpić w swoją winę, ponieważ zawsze przestrzega zasad, a mimo to znajduje się w czołówce listy osób zagrożonych mękami piekielnymi. Dlatego próbuje udowodnić Enrze, że życie ludzi zależy tylko od nich samych, a los nie jest z góry przesądzony. Przykładów nie musi szukać daleko, gdyż do jej szkoły chodzi wielu potencjalnych zbrodniarzy, między innymi trucicieli i brzytwiarzy. Na szczęście dzięki rozmowie z podejrzanymi Komachi może nie tylko zapobiec przestępstwom, ale też dociec, czym kierują się niedoszli sprawcy. Niestety próby przedstawienia narastających u owych nieszczęśników przez lata problemów psychicznych są skazane na daleko idące uproszczenia i przerysowania. Takie postacie nie wzbudzają zainteresowania, a jedynie ocierają się o groteskę.

W takim razie może chociaż iskrzy w relacjach między bohaterką a prześladującym ją demonem? Cóż, Enra często zachowuje się bezczelnie wobec Komachi. Kąpie się u niej w łazience, przechadza się po jej domu bez spodni i niespodziewanie daje buziaki. Niestety, manga nie jest tak śmieszna, jak stara się być. Trudno jednak powiedzieć, dlaczego.

Główni bohaterowie powielają schematy dość często spotykane w mangach shōjo. Oto mamy ambitną i stawiającą prawo ponad wszystko dziewczynę oraz znajdującego się po przeciwnej stronie barykady, despotycznego, nieprzejmującego się regułami (przynajmniej tymi ziemskimi) chłopaka. Przeciwieństwa oczywiście się przyciągają i na tym będzie się prawdopodobnie opierać cały wątek romantyczny. Komachi na ogół znajduje się w jednej z dwóch faz: albo właśnie krzyczy, albo jest zdumiona. Wygląda to tak, że najpierw dziwi się kolejnym wymysłom Enry, potem krzyczy na niego, by zastanowił się, co robi, aby koniec końców ponownie się zdziwić, dlaczego jej krzyk nie przyniósł oczekiwanych rezultatów. Oczywiście Enra nie przybył do świata śmiertelników zupełnie sam czy wyłącznie po to, by zatruwać życie Komachi. Towarzyszy mu demoniczny sługa Fanfan, którego zadaniem jest doradzanie swemu panu i jednocześnie napędzanie wyobraźni pań odnośnie do relacji łączących oba demony. Zresztą Enra nie cieszy się monopolem na sprowadzanie grzeszników do piekła. Jego rodzeństwo otrzymało takie samo zadanie, które wykonują nie tylko po to, by zadowolić tatusia, lecz w celu zajęcia jego miejsca. Nieczyste zagrywki będą zatem na porządku dziennym. Póki co jednak trudno ocenić, na ile ożywią mangę.

Pod kątem wizualnym „Enra z piekła rodem” nie wyróżnia się na tle konkurencji ani w złą, ani też w szczególnie dobrą stronę. Bohaterowie wyglądają sympatycznie, a tła są standardowe. Zaskakiwać może tylko niewielka ilość ozdobników, którymi autorki mang shōjo często upiększają strony, by uniknąć pozostawiania wolnej przestrzeni. Za to nie brakuje deformacji wyglądu postaci w sytuacjach, które miały być śmieszne. Otóż, jak zauważyłem wcześniej, nie zawsze tak je odbierałem, a nadużywanie tego zabiegu artystycznego doprowadziło do osłabienia jego oddziaływania na widza.

Wbrew pozorom nie uważam „Enry z piekła rodem” za złą mangę i nie będę krytykował Waneko za opublikowanie jej u nas. Może to się wydawać dziwne, ale polscy wydawcy mają trochę większy szacunek do japońskiej popkultury niż sami Japończycy i na ogół najgorsze tytuły omijają nasz rynek szerokim łukiem. Ta seria jest po prostu skierowana do określonego typu czytelnika, który zna i lubi oferowane przez nią atrakcje. Raczej nie zainteresuje osób spoza tego kręgu.