Konwenty Południowe - Recenzja mangi „Plunderer” Autor: Suu Minazuki

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

plunderer

Plunderer

waneko

Autor: Suu Minazuki
Wydawnictwo: Waneko
Ilość tomów: 12
Cena okładkowa: 21,99 zł

Lubię, kiedy świat, w którym rozgrywa się akcja mangi, jest logiczny i przemyślany. W tym przedstawionym w komiksie „Plunderer” wciąż znajduję nieścisłości. Na szczęście autor daje nam wiele powodów, by aż tak się w tę kwestię nie zagłębiać, co rusz czymś nas zaskakując.

Manga opowiada historię Hiny, dziewczyny, której matka została wciągnięta w otchłań. Zanim jednak dokonała ziemskiego żywota, postawiła przed córką zadanie odnalezienia legendarnego Czerwonego Barona, bohatera zakończonej kilkaset lat wcześniej wojny, i przekazania mu pewnego potężnego artefaktu.

Uniwersum mangi miało być w założeniu wzorowane na Europie z przełomu XIX i XX wieku, ale podobieństwa są niewielkie. W każdym razie nie większe niż w dziełach innych mangaków tworzących swoje światy z tego rodzaju elementów. Podstawę organizacji społeczeństwa stanowią liczby. Każdy człowiek posiada swój numer. Ludzie o wyższych numerach mogą wydawać polecenia tym o niższych. Wskazana osoba ma prawo odmówić, jeśli tylko jest w stanie zaryzykować obniżeniem swojego numeru. Wówczas dochodzi do gwiezdnego pojedynku. Walkę można toczyć do momentu, w którym wartość numeru osiągnie zero. Wtedy człowiek znika w otchłani, od czego jednak pojawiają się odstępstwa. Jeśli chodzi o przyczyny, dla których numer rośnie bądź spada, są zróżnicowane. Niektórym wzrasta, bo są wierni swoim postanowieniom, innym spada, gdyż nie realizują marzeń. Nie ma instancji odwoławczych ani praw regulujących działanie systemu i uwzględniających na przykład słabsze osoby. Jedynym gwarantem bezpieczeństwa są wojskowi, zazwyczaj posiadający wyższe niż cywile numery, którzy pełnią też funkcję policji. Mam duże wątpliwości, czy tego rodzaju świat mógłby faktycznie działać tak sprawnie, jak przedstawiono to w komiksie.

Autor nie skupia się tylko na przedstawieniu realiów, ale też próbuje zainteresować odbiorcę kolejnymi zwrotami akcji, przy okazji zniechęcając go do zastanawiania się nad spójnością całości. Przede wszystkim zaś regularnie, niczym maszynista dokładający węgla do pieca parowozu, dorzuca dużo niewybrednego humoru. Działa to głównie dzięki kreacjom bohaterów.

Uwaga czytelnika szybko zostaje przekierowana z Hiny na Rihito Bacha, prawdziwego Czerwonego Barona, choć ten woli, by nazywać go bardziej pompatycznie, czyli Krwawym Baronem Blitzkiegiem. W żyłach mężczyzny płynie gorąca krew, która tryska mu z nosa niczym woda z gwałtownie odkręconego kranu, kiedy spojrzy kobiecie pod spódnicę. Poza podglądaniem bielizny jego celem jest dawanie kosza dziewczynom oraz, jeśli nadarzy się okazja, walka ze złem. Postać Hiny zamyka się w schemacie bohaterki o olbrzymim sercu (przy stosownych rozmiarach biustu), średniej wielkości rozumku i jeszcze mniejszych możliwościach. W dodatku, choć wędruje w poszukiwaniu Czerwonego Barona już od kilku lat, wydaje się kompletnie nieświadoma zasad, którymi rządzi się rzeczywistość. Niemal identyczną rolę odgrywa sierżant Lyne, jednak jest trochę lepiej poinformowana. Daleko jej natomiast do bycia tak zdeterminowaną, jak podążający śladem Rihito porucznik Jail Murdoch, człowiek lojalny tylko wobec siebie, w dodatku ofiara nerwicy natręctw – biedakowi chyba ręka przyrosła do okularów od ciągłych prób przytrzymania ich palcami na nosie. Postaciom nie można odmówić humoru, dystansu do siebie oraz totalnie absurdalnego, a przez to zabawnego sposobu widzenia świata.

W kwestii rysunku tytuł nie wykracza poza schematy mangi shōnen, czyli nierealnie urocze dziewczyny, na twarzach których zastygł wyraz bezbrzeżnej głupoty, nieśmiałości, względnie furii, oraz męskich aż do przesady bohaterów, przynajmniej tych z głównej obsady. Szczególnie kobiety kuszą czytelnika swoimi krągłościami, wklęsłościami oraz wypukłościami, które można dostrzec tym łatwiej, że noszą za ciasne ubrania. Pojedynki są dynamiczne i cieszą oko. Mimo gradu spadających na przeciwników ciosów nie leją się hektolitry krwi. Niezależnie od tego, jak bardzo kreska i pewne wizualne rozwiązania (projekty mundurów czy specjalnych ataków bohaterów) są wtórne, „Plunderer” to sprawnie narysowany komiks.

Choć konstrukcja świata w przedstawionym tytule budzi zastrzeżenia, to podczas lektury miałem sporo nieprzyzwoitej radości, co przywodzi mi na myśl jedno z uzupełnień praw Murphy’ego: jeśli coś jest głupie, ale działa, to nie jest głupie.