Recenzje mang
„Chainsaw Man (tomy 8-11)”

Autor: Tatsuki Fujimoto
Gatunek: akcja, komedia, dramat, horror
Wydawnictwo: Waneko
Liczba tomów: 21
Cena okładkowa: 24,99 zł
Recenzja została napisana po przeczytaniu 11 tomów
Ci, którzy przeczytali moje wcześniejsze recenzje „Chainsaw Man”, wiedzą, że byłem wobec niego entuzjastycznie nastawiony. Niestety, tomy od 8 do 11 obniżyły dość znacznie moje oczekiwania. Zamiast bezrefleksyjnej radości, odnalazłem tutaj nadmierny pośpiech i, paradoksalnie, stagnację.
Na początku przybliżmy nieco zakończenie rozpoczętej w 7 tomie – historii o „zlocie” łowców demonów, których celem było zabicie Denjiego, nosiciela demona Piły Mechanicznej, dzięki której zamieniał się w tytułowego Chainsaw Mana. Tak jak historia „pełnego zawirowań” konfliktu pomiędzy Chainsaw Manem i Reze, także i ten „arc” zamyka się w dwóch tomach. Nie będę zbytnio zdradzać fabuły, bo raz, że nie wolno, a dwa, że nie można zdradzić czegoś, co istnieje raczej teoretycznie. Jest szybko, jest krwawo, czasami śmiesznie i to nie dlatego, że autor popełnił gafę. Muszę jednak dodać, że „Chainsaw Mana” nie czytałem… lepiej powiedzieć, że nie przeglądałem, dla fabuły. Owszem, doszło do kilku ostrych, niczym nożyki maszynki Gillette, zwrotów akcji, ale w gruncie rzeczy można je podsumować następująco: „pojawił się nowy, potężniejszy niż dotychczas demon, dlatego musimy zjednoczyć siły, porzucić dzielące nas animozje...” oraz „nowy, potężniejszy niż dotychczas demon został pokonany, więc już nie musimy się jednoczyć przeciwko niemu i możemy się znowu zacząć zabijać”. Ogólnie jednak ta część historii jest słabsza niż poprzednia, gdyż brakuje tutaj chemii pomiędzy postaciami. Trudno się w nie wczuć, gdyż nowi bohaterowie są wprowadzeni hurtem i od razu przeznaczeni na rozkurz. Szkoda, bo miałem wrażenie, że „Chainsaw Man” idzie w dobrym kierunku.
Przejdźmy do omówienia tomów od 9 do 11. Jestem przekonany, że zawarta w nich historia była zaplanowana na większą ilość stron, gdyż tempo, w jakim rozgrywają się wypadki, jest po prostu szalone i pełne „skrótów myślowych”. Wynikłe z tego problemy są tak znaczące, że zacznę od omówienia najbardziej ogólnego.
Jest nim przedstawienie demonów, ich mocy i hierarchii. Po 11 tomach nadal nie wiem, które z nich są teoretycznie słabsze, a które silniejsze i jaką pełnią funkcję w piekle. W wielu mitologiach kwestie te są bardzo dokładnie opisane. Tutaj wszystko zostało potraktowane bardzo po macoszemu. Odnoszę wrażenie, że „skalowanie” mocy przeciwników tytułowego bohatera oraz jego samego jest bardzo losowe. Demon Piły Mechanicznej jest silny, ale demon Ciemności albo demon Piekła chyba jednak powinny być chyba jednak silniejsze… Dlaczego? Bo mają fajnie brzmiące nazwy? Czym jest wobec nich np. magus demona Broni Palnej? Główny bohater mógłby go zabić chyba przez przypadek, prawda? Nic z tych rzeczy. Chainsaw Man ma zawsze tyle mocy, ile powinien mieć, by walka była dramatyczna. Nie ma tutaj żadnej logicznej progresji. Jeśli bohaterowie nie mogą zabić demona brutalną siłą, posługują się wymyślonym na poczekaniu sposobem, często banalnie prostym lub wziętym z przysłowiowego sufitu. Jest tak dlatego, że autor nie zadał sobie trudu, żeby wyjaśnić bardziej szczegółowo jakimi zasadami rządzą się demony, czy mają jakieś wspólne słabości i mocne punkty, by później z tego wyprowadzać wyjątki od reguły. Tutaj wszystko wydaje się wyjątkiem. Skąd bohaterowie biorą wiedzę jak pokonać te wyjątki? Czy zostają pokonani, przegrupowują się, dzielą się doświadczeniami i opracowują plan? Ależ skąd. Owszem, mogą zostać pokonani, ale swoimi spostrzeżeniami nie podzielą się ani ze sobą, ani nawet z czytelnikiem. Dlatego fabuła ostatnich trzech tomów wygląda, jakby była pisana na kolanie. Nie żartuję, ja pod koniec naprawdę nie miałem pojęcia, czemu stało się to, co zaszło i dlaczego. Chyba najlepszym przykładem tego podejścia, dosłownie absolutnym „hitem” było stwierdzenie, że pewnego demona osłabia to, że ma fanów i jest popularny. Dlaczego właśnie ten sposób? Dlaczego właśnie tego demona? Czy dotyczy to także innych demonów? Nie wiem. Przypuszczam, że autor mangi też tego może nie wiedzieć albo wie, ale nie raczył się tą wiedzą z czytelnikiem podzielić.
Przejdźmy do postaci, tym razem nie z perspektywy ich mocy, ale znaczenia dla fabuły. Tutaj zaznaczyła się bardziej stagnacja w ich rozwoju. Wyjątkowo zacznę od postaci drugoplanowych. Power i Aki Hayakawa, członkowie 4 eksperymentalnego oddziału demonobójczego, są praktycznie bezużyteczni. Dzieje się tak dlatego, że w mandze opartej na walce, praktycznie nie walczą. Posiadają oni co prawda jeszcze jedną, nieoczywistą funkcję – stanowią emocjonalne wsparcie dla Denjiego – ale odnoszę wrażenie, że nie została ona podkreślona zbyt dobrze przez autora. Aki to po prostu smutny człowiek, oczekujący swojej zguby, z którym autor nie wie co zrobić po drodze do celu. Z Power praktycznie aż do 11 tomu jest podobnie. Ogólnie uważam maguskę demona Krwi za balast dla historii, bez której nic by ona nie straciła. Jest to obecnie bardziej komiczny przerywnik niż pełnowartościowa postać. Pomiędzy wspomnianymi bohaterami a Denjim nie czuję przysłowiowej chemii, a przecież powinny być to osoby bliskie głównemu bohaterowi. Tej bliskości nie da się pokazać tylko poprzez wspólne kąpiele, spożywanie posiłków i czasami wyjście na akcję. Z protagonistą nie jest wiele lepiej.
Przemieniający się w demona znanego jako Chainsaw Man, Denji, przestał być tak zabawną postacią jak wcześniej. Właściwie bywa irytujący. Z uporem maniaka przykładowo otwiera drzwi, których ma nie otwierać, bo wie, jakie tego będą konsekwencje… po czym przeżywa katusze, że stało się coś przykrego. Swoją drogą, motyw ten, użyty dwa a metaforycznie nawet i trzy razy, w recenzowanych tomikach, nabrał nieco komicznego charakteru. Denji w ogóle się nie zmienia, chociaż co rusz jest krzywdzony przez kogoś, komu zaufał. Odnoszę wrażenie, że mógłby stać trochę bardziej asertywny i samodzielny. Tymczasem nie przechodzi on zauważalnej przemiany i, w moim odczuciu, nieomal zatrzymał się w rozwoju tak jak Power czy Aki. W tym momencie wyróżnia go najbardziej to, że jest bohaterem mangi.
„Chainsaw Man” już wcześniej uważałem za bardzo dobrze narysowaną mangę i recenzowane tomy mnie pod tym względem nie rozczarowały. Jest dynamicznie, jest detalicznie i jest, co tu dużo pisać, po prostu świetnie. Autor potrafi czytelnie przedstawić przebieg starć i nawet na tych kadrach, które są całe wypełnione walczącymi, nie ma wątpliwości, gdzie zaczyna się jeden przeciwnik, a kończy drugi. Dzięki tej przejrzystości obserwowałem zmagania z przyjemnością, gdyż, pomimo detali, nie męczyły one oczu. Jak zawsze największą uwagę przyciągają demony na czele z tytułowym bohaterem. Nie jestem rysownikiem i nie wiem, jak autor osiąga efekt maszynerii z tyłu głowy Chainsaw Mana, ale podoba mi się ostateczny obraz. Na tym tle budynki czy szeroko rozumiane otoczenie wygląda bardzo standardowo i trudno je skojarzyć z tą konkretną mangą.
Co mi się natomiast nie podoba, to pewna sztampowość w wykonaniu niektórych demonów, przede wszystkim kobiecych. Nie wiem, jak to jest (chociaż wiem doskonale dlaczego…), ale kobiety-demony często przystępują do walki gołe, a te męskie posiadają mniej lub bardziej szykowną odzież wyjściową. Jeśli coś mi się nie podoba, to sposób rysowania twarzy, w szczególności oczu. Te elementy są mało charakterystyczne. Przez to, oraz podobny ubiór, często postacie po prostu zlewają mi się w jedną masę co sprawia, że nie mogę sobie przypomnieć, na kogo patrzę. Sytuację pogarsza też to, że chyba wszyscy członkowie oddziałów demonobójczych noszą garnitury. Z demonami oczywiście jest dużo lepiej. Podsumowując, pod względem oprawy graficznej jest nadal bardzo dobrze. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że wiele z większych, tych na 1,5 lub na 2 strony, rysunków można by umieścić na ścianie i świetnie by ją ozdobiły. Wystarczyłoby tylko zwiększyć rozmiar i rozdzielczość.
Podsumowując, recenzowane tomy mnie rozczarowały. Najbardziej chyba ucierpiała fabuła, której bieg tak przyspieszył, że poważnie się zastanawiam czy nie doszły tutaj do głosu czynniki od autora niezależne. Owszem, „Chainsaw Man” zawsze opierał się na epickich pojedynkach i szybkiej, nie zawsze przemyślanej akcji, ale tym razem mangaka przeszedł samego siebie. Na rozwój postaci ewidentnie zabrakło pomysłu i odebrałem śmierć kilku z nich z ulgą, bo i tak ich rola w opowieści dawno się wyczerpała. Oczywiście, nie ma żadnej gwarancji, że bohaterowie ci nie powrócą… Nadal broni się oprawa graficzna i to największa zaleta recenzowanych pozycji.












