Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

To mój pierwszy świąteczny konwent i nie wiem, jak go opisać. Zaraz się wszyscy dowiemy, czy te eventy mają rację bytu, czy są tylko zapchajdziurami w kalendarzu imprez.

Dojazd, szkoła i a...a....aaaaaapsik! Akredytacja

Do Krakowa udało mi się dojechać dzień wcześniej, przez co, na spokojnie, wyspana i świeża mogłam udać się na teren konwentu, jakim była szkoła z tegorocznego RyuConu. Wciąż zachwalam to miejsce ze względu na bliskość Leviatana, dwóch pizzerii i przystanków komunikacji miejskiej. Również pobliska fauna nie dawała się we znaki, a spokojna okolica jest bardzo ważna dla konwentowiczów.
Na miejscu zastałam już sporą kolejkę i choć akredytacja trwała od godziny, to z rozmów z uczestnikami wynikało, że kolejka wolno się przesuwała, a wiadomo, że na mrozie nikt stać nie chce za długo.
Czemu tak było? Nadano nie tych helperów, co trzeba i załapanie, o co chodzi przez niewyszkolonych ludzi troszkę im to zajęło. Na szczęście, chaos, jaki zastałam przy kolejce dla mediów, nie udzielił się pozostałym kolejkom.
Otrzymałam kolorową smycz, świąteczny identyfikator oraz standardową opaskę. Niestety, już tu ochrona miała problem. Nie chcąc blokować i tak wolno idącej kolejki, przesunęłam się w głąb szkoły, by na spokojni zainstalować opaskę. Pani z ochrony to wyłapała i kazała mi się wrócić i założyć opaskę. Nie wiedziałam, dokąd mam wrócić, stałam zaraz obok wejścia, tak, że spokojnie widziała, co robię.
Na szczęście, nie było dalszych problemów.

Wystawcy, gastro. Trzeba czegoś więcej?

Chyba nie, bo wystawcy byli różnorodni, acz w porównaniu z RyuConem było znacznie mniej artystycznych stanowisk. Nie zawiodły za to wydawnictwa, z całym swoim arsenałem mang mniej lub bardziej nowych. Jedzenie również było jak najbardziej na miejscu, bo i bubbletea, i sushi nadawały charakteru imprezie. A próbowaliście kiedyś sernika z zieloną herbata? Nie? Żałujcie! Teriyaki House, oprócz tego, ma w ofercie również ciasto z zieloną herbatą oraz, standardowo, teriyaki.
W razie potrzeby, w okolicy jest jeszcze Leviathan, gdyby kogoś nie kręciło japońskie jedzenie lub bufet konwentowy z zapiekankami, i jeśli chciał wydawać majątku.

Atrakcje atrakcyjne mniej lub bardziej

Pierwsze atrakcje mało co mnie przekonały, jednak, nie mając stałego punktu zaczepienia, postanowiłam odwiedzić na chociażby kilka minut parę paneli.
Pierwsze, na co trafiłam, to panel traktujący o sari, czyli tradycyjnym ubiorze indyjskim. Muszę przyznać, że stroje, choć proste, były bardzo efektywne i dziewczyny, które dały się w nie ubrać, wyglądały olśniewająco. Instytut Bliskiego Wschodu naprawdę się postarał.
Jedna dziewoja od nich, o pseudonimie Tatsumaki, poprowadziła również klimatyczny panel o świętach i festiwalach w Japonii. Zawsze byłam przekonana, że na takie panele już się nie chodzi...a ledwo co znalazłam miejsce, by przycupnąć tam na chwilę. I widać nikt nie żałował, bo co ciekawscy zadawali pytania, a całość zwieńczyła humorystyczna reklama KFC. Kto nie był, niech żałuje!
W przerwie między panelami dało się obejrzeć salę, przypominającą wystawę muzealną. Panowie, tworzący ciąg atrakcji o broni i życiu samurajów – Trzeci Najemny Oddział Piechoty Japońskiej – postarali się przenieść uczestników swoich paneli wystrojem sali w czasy, do których nie ma jak już wrócić, i choć na chwile dali odczuć posmak dawnego życia japońskiego. Widać nie każdy bohater nosi pelerynę.
Idąc dalej w tym kierunku, Japonia pokazała się też w bardzo prostym hobby, jakim jest origami. Otwarta dla każdego salka i pilnujący jej osobnicy chętnie służyli pomocą w podstawowych tworach papierowych.
Jak na każdym konwencie, pojawili się i goście, nawet cosplayowi, w dość znanym składzie: Kairi, Shappi oraz Zel. A jak są goście cosplayowi, to wypada zrobić panel na temat swojej profesji.
Shappi omawiała konkursy cosplayowe wszelkiej maści, jak się do nich przygotować, co mówić na rundach jury czy też co, oprócz potencjalnej wygranej, dają uczestnikowi takie występy. I chyba każdy mógł się z nią zgodzić, że taki konkurs ma nieść przede wszystkim frajdę i zawiązywać masę nowych, ciekawych znajomości.
Zaraz po niej pojawili się Kairi oraz Zel z bardzo przydatną prelekcją nie tylko dla cosplayerów. Dokładnie omówili, jak się przygotować do zdjęć czy to w plenerze, czy fotostudio. Zaczęli od tego, jak się ustawić, jak sprawić, by dynamika była widoczna na zdjęciu (ale nie zabiła fotografa czy cosplayera), przeszli przez ekspresję i ogólną mowę ciała do doboru pogody czy pozy. Sporo mówili na temat filmów, tzw. CMV. Jeśli ktoś nie wyniósł chociażby jednej pożytecznej informacji z tych paneli, to nie ma już dla niego ratunku.
Jednak nic mi tak nie sprawiło, że łezka zakręciła mi się w oku, jak... śluby konwentowe. Stara i fajna tradycja, gdzie każdy mógł wziąć udawany ślub w udawanej kapliczce z udawanym księdzem/swatką. Wystarczyło mieć tylko krawat i obrączki, ach! Należało też podjąć się godnej reprezentacji drugiej połówki. Jednak nikt nie narzekał, rozwodów nie było, a dzieci... to już inna historia.

Oczywiście, były też dostępne wszelkiego rodzaju gry muzyczne, z których wiele osób korzystało, nieraz spędzając w tym miejscu nawet cały konwent.
Warto też opisać fakt istnienia fotostudia, prowadzonego przez Ijidio. Dwie plansze dla ciemnych oraz jasnych strojów, do tego kolory teł i profesjonalna obsługa, a co za tym idzie – kolejki.
Jeśli jednak ktoś nie lubił fotostudia umiejscowionego w klasie, to mógł przejść się do zewnętrznego, gdzie dwie lampy oraz tło skutecznie rozładowywały kolejki do głównego centrum dowodzenia zdjęciami. Tam też każdy, kto miał aparat, nawet ten w telefonie, mógł zrobić sobie pamiątkowe fotki.

Nim przejdę do cosplayu, muszę odnotować pewną niedogodność. Otóż nikt nie pomyślał o szatniach dla tych, co są na jeden dzień chociażby. Jeśli nie miało się jakiegoś znajomego w sleepie lub wśród wystawców, to trzeba było chodzić z kurtką, w przypadku cosplayerów nawet z całym dobytkiem. Zimowy event jednak się z czymś wiąże, ale mam nadzieję, że za rok nastąpi poprawa. Tak jak przy układaniu ławek. Schodząc na dół, w części, gdzie byli medycy ktoś mądrze postawił ławkę dla wystawców niemal w samym przejściu. Mało wygodne, kiepsko pomyślane, ale za to bardzo bolesne i ciasne.

Cosplay nie do końca przez organizatorów chciany

Choć czuło się święta przez wszędobylskie ozdoby szkolne czy same cosplaye, robione z okazji Bożego Narodzenia, tak cosplay dał iście białe święta.
Na scenie panowała różnorodność, jeśli chodzi o scenki i, o dziwo, nie było ani jednej z popularnego teraz sportowego, ekhemn, anime „Yuri on Ice”. Było za to „Ao no Exorcist”, „Fate”, „Undertale” i „Noragami”. Niestety, nie widziałam żadnego stroju z bliska, by móc ocenić ilość pracy, włożonej w cosplay, ale ze sceny już nie było tak źle. Jednak moim zdaniem, jakość scenek była nieco słaba w porównaniu do RyuConu czy Gakkonu. Zastanawia mnie też, czemu w zapowiedziach grup nie przedstawiano ani serii, ani cosplayerów, odgrywających dane postaci. Było to bardzo niewygodne.
Nic jednak nie zapowiadało apokalipsy, jaka miała nastąpić przy Alvinie i Wiewiórkach.
Nim opowiem o białej gorączce, pozwolę sobie wtrącić parę rzeczy, które mnie zraziły w podejściu zarówno cosplayerów, jak i publiczności.
Wydawało mi się, że używanie prawdziwego noża na scenie jest na tyle oczywistym brakiem odpowiedzialności, ze nikt nie wpadnie na taki pomysł. Myliłam się.
To super, że ktoś chciał podzielić się cukierkiem i rzucić garścią w wygłodniałą publikę. Ale rzucanie, a nie podrzucanie to bardzo zły pomysł. Szczególnie, że osoba siedząca obok mnie oberwała w krtań.
Miło jest docenić występ cosplayowy, jednak odrzucanie tych cukierków na scenę jest nieodpowiedzialne i całkiem nie na miejscu. Takie rzeczy z kwiatami, miśkami czy czymkolwiek robi się PO występie, nie w TRAKCIE. O wypadek nietrudno.

Skoro mniejsze zło mamy za sobą, to czas na istny szwadron śmierci. Dla helperów. Dla widowni... dla wszystkich.
Otóż dość ciekawie się zapowiadająca grupka śpiewających wiewiór ustawiła na scenie parę rekwizytów. A to kominek, a to telewizor z Kevinem, ogólnie świąteczny szpej wszelkiej maści. Zwołano kilku innych cosplayerów do pomocy i scenka ogólnie miała bardzo miły klimat... dopóki nie rozdarto poduszek z naturalnym pierzem.
Scena, konsoleta, obsługa, cosplayerzy, widownia, aparaty, Bonio - wszyscy byli pokryci puchem, który naprawdę bardzo ciężko jest ściągnąć czy to z podłogi, czy to z ubrań. Konsekwencje są jakie są, każdy może się domyślić, czym skutkuje wszechobecność pierza. Nie tylko w przypadku sprzętu, ale i gardeł uczulonych osób. Jednak najbardziej zszokowani byli organizatorzy, którzy o niczym nie wiedzieli.
Wiele osób w tym momencie wyszło, z racji zdrowotnych, w dbałości o swój sprzęt czy po prostu dla wygody oglądalności, bowiem ten puch niósł się jeszcze na kilka kolejnych scenek.

Pierze było też powodem, dla którego między innymi ja nie mogłam przyjść drugiego dnia na konwent, a bardzo żałuję, bo miałam przynajmniej trzy panele upatrzone.
Miejmy jednak nadzieję, że to będzie nauczka dla wszystkich cosplayerów, którzy planują coś rozsypać na scenie: że zapytają się o pozwolenie.

Szklane statuetki rozdano zwycięskim strojom, a były nimi:
- I miejsce za Laviego z „D.Gray-Man”, szytego przez Iyę
-II miejsce za świąteczną wersję Alicji w wykonaniu Rai
-III miejsce za Czkawkę dla Yamur

Na szczęście, pierze nie dotarło do bardzo ważnego elementu afterparty, a mianowicie pierożków i barszczu, jaki FunCube zafundował uczestnikom. Wszystko zwieńczyło łamanie się waflem.

I, niestety, tyle by z tego było, gdyby nie pierze, nie byłoby problemu z dniem kolejnym. Mówi się trudno i wyciąga wnioski na przyszłość.

I jak jednak ocenić taką imprezę?

Ja daję ocenę 7/10, bo jednak czuło się te święta poprzez atrakcje, stroje i dekoracje, panele również dopisywały, choć wydawało się na pierwszy rzut oka, że to miałki plan z losowo przyjętymi dodatkami. Do tego też cały nastrój, jaki panował na korytarzach między uczestnikami oraz ogólnie dobra organizacja - nie czułam żadnych 'fakapów'. Polecam tym, którzy nie mają pracującego okresu świąt lub po prostu narzekają na brak zajęcia w tym czasie. Ja z pewnością zawitam w kolejnym roku na tej imprezie, jeśli tylko będzie to możliwe.