Konwenty Południowe - Relacja z konwentu: Nyskon 2019 - Konwent dla każdego?

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Coraz więcej konwentów plenerowych pojawia się w ciągu ostatnich lat. Wydarzenia w zamkach, centrach kultury, parkach czy... fortach. I nie chodzi tu o imprezy LARP-owe, bo w ich przypadku to norma. Mowa o klasycznych konwentach z programem, atrakcjami stałymi i noclegiem. Ostatnio pisałem o Wrocławskich Dniach Fantastyki, które kupiły mnie rodzinnym klimatem festynu, a dziś na tapet weźmiemy Nyskon, który odbył się w starym forcie, blisko kilometr od czegoś, co można nazwać cywilizacją. Czy konwent w takim miejscu może się udać? Gdzie właściwie był nocleg? I skąd tutaj wziąć prąd lub prysznice? wejscie na teren Fortu

Kiedy droga na konwent jest LARP-em

Na miejsce wydarzenia nie dało się dotrzeć komunikacją miejską. Mogliśmy się nią oczywiście wspomóc, ale na dobrą sprawę czasowo niewiele to zmieniało, a finalnie i tak musieliśmy się przedzierać z bagażami przez leśne ostępy, pola i nienazwane dróżki.

Wyobraźcie to sobie:
Droga początkowo prowadzi przez całkiem niebrzydkie miasteczko – Nysę. Jest tu raczej spokojnie, samochodów jeździ niewiele, a miejscowi przyglądają nam się z mieszaniną ciekawości i niepewności. Docieramy do terenów osiedlowych i nasz GPS w telefonie wskazuje, że mamy wejść w pobliski las. Jednak przejście zagradza stromy wał ziemi porośnięty drzewami, więc idziemy jeszcze kilkanaście metrów, by odkryć tunel, który przez niego prowadzi. Wtedy zaczynamy rozumieć – to pierwsze umocnienia. droga na konwent Nyskon Beton i cegły przezierające spomiędzy drzew i osypującej się ziemi przypominają o militarnym zastosowaniu tego miejsca, na wiele lat przed tym, jak się urodziliśmy. Dalej szlak nie jest już tak oczywisty. Coś, co kiedyś było schodami, pomaga wspiąć się na szczyt umocnień. Dalej idziemy już wśród drzew, na szczęście droga jest wyraźna i raczej używana. Niespodziewanie linia drzew zostaje z tyłu, a przed nami rozciągają się pola i kilka świeżo wybudowanych domów. GPS prowadzi nas prosto na nie, nie biorąc pod uwagę, że istnieją, więc musimy obejść je dookoła. Idziemy nieasfaltową drogą. Przejeżdża samochód, wzbijając tumany pyłu, jest gorąco i sucho. Strzałka z napisem „Nyskon” każe nam skręcić, więc wiemy, że idziemy w dobrą stronę. Widać zaparkowane samochody i rozłożone namioty. Oto nasze miejsce docelowe! Zaraz obok jest fosa, mury i wejście do fortu.

rekonstruktorzyAkredytacja umiejscowiona została pod namiotowym zadaszeniem przed głównym (i chyba jedynym) wejściem na teren fortu. Obsługa radziła sobie raczej sprawnie i bez większych problemów. Dodatkowo byli to ludzie uprzejmi i pomocni. Sporo osób przyjechało samochodem, o czym świadczyła liczba zaparkowanych pojazdów. Nieopodal ulokowano także pole namiotowe, na które nie brakowało chętnych. W tym miejscu natrafialiśmy na pierwsze atrakcje, czyli mały obóz piechoty pruskiej nawiązujący do czasów i realiów okresu wojny siedmioletniej. Był to 32 Regiment von Treskow z Nysy. Ognisko, suto zastawiony strój, charakterystyczne kubraki i muszkiety. A to dopiero początek...

Brama do innego świata – plac w forcie

brama konwentu NyskonPo pokonaniu dwóch zakrętów trafialiśmy na środek obiektu, gdzie zorganizowano większość atrakcji. Już na pierwszy rzut oka odnosiło się niesamowite wrażenie wejścia do innego świata. Całość spotęgowana była przez budowę fortu, okolonego wysokimi umocnieniami, z których widać było wszystko poniżej. Stoiska sprzedażowe napotkaliśmy jako pierwsze. Towar oferowany przez wystawców był bardzo różnorodny. Od napojów energetycznych i innych zagranicznych płynnych przysmaków, przez książki, komiksy czy kości do gry w RPG, aż po... smartwatche i ręcznie wykonane drewniane misy.

Wokół placu postawiono kilka budyneczków i straganów. Wczesnośredniowieczne oręż i opancerzenie, których mogliśmy dotknąć, które mogliśmy ubrać, a nawet po części wypróbować – a przy okazji posłuchać historii i wykładów; skóry i wyroby skórzane zdobyte i wykonane przez wprawnych myśliwego i kaletnika czy najprawdziwsza kuźnia, w której wykuwano oręż na bieżąco. Na środku placu znajdowała się także szubienica, ale nie została ona użyta ;-). Kawałek dalej rozstawiono spory namiot z towarem dla fanów mangi i anime, biblioteczką mangową oraz pomniejszą gastronomią (głównie tostami i kawą). plac fortu podczas konwentu Nyskon Obecni byli w nim także profesjonalni składacze papierowych rzeczy – Dorigami. Skoro poruszyłem już temat jedzenia – poza wymienionymi, oferowano też zimne napoje i piwo, serwowane w czymś, co można by nazwać prowizorycznym barem, oraz japońskie potrawy podawane w foodtrucku przy akompaniamencie dźwięcznego języka Kraju Kwitnącej Wiśni. Nie mogło także zabraknąć całkiem profesjonalnej sceny, o której nieco niżej.

atrakcjeNa umocnieniach, w małych alkowach czy innych wnękach, odbywały się prelekcje i warsztaty, ale niestety nie cieszyły się dużym zainteresowaniem, poza kilkoma wyjątkami. Co nie oznacza niczego złego, bo miejsca było tam na tyle mało, że jakiekolwiek większe atrakcje mogłyby się skończyć klaustrofobią. Także UltraStar oraz kilka stoisk gościnnych umiejscowiono właśnie tutaj. Byli tu na przykład eksperci od japońskiego oręża oraz popkultury.

W samym forcie znajdowały się jeszcze podziemia, w których odnalazłem strefę stalkerów i innych postapokaliptycznych czy survivalistycznych maniaków opowiadających historie z gier terenowych i LARP-ów. Przyznaję, że było to bardzo klimatyczne miejsce.

Wokół pierwszych umocnień znajdowała się jedna linia murów, a między nimi – korytarz prowadzący do gamesroomu z grami planszowymi i karcianymi, w którym odbyło się sporo turniejów i rozdawano zupki instant od firmy Oyakata. Można było także zejść do fosy, gdzie umożliwiono strzelanie z bezpiecznych łuków do tarcz.

Multifandomowy konwent

multifandomWiele imprez szczyci się mianem multifandomowych, zapraszając fanów zarówno fantastyki, jak i popkultury japońskiej, czy graczy. Jednak często są to imprezy ściśle profilowane w jednym kierunku i jeden nurt przebija się ponad inne. Na Nyskonie było zupełnie inaczej. Nie potrafiłbym określić dominującej grupy odbiorców, bo tutaj było wszystko i dla każdego. W każdym punkcie widać było grupki konkretnych zainteresowanych, które nierzadko się ze sobą mieszały. Mieliśmy więc przedstawicieli mangi, z wyżej opisanymi atrakcjami, fantastów, dla których także nie brakowało wrażeń, fanów gier bez prądu, maniaków postapokaliptycznego świata, rekonstruktorów, futra (ludzi przebranych za zwierzęta) oraz rodziny z dziećmi. To wywierało naprawdę spore i pozytywne wrażenie. Nie jestem pewien, jak organizatorom udało się tego dokonać, ale wielki plus dla nich.

Atrakcje dodatkowe

kozyO określonych godzinach odbywały się różne atrakcje umilające gościom obecność na konwencie. Oprócz tych oczywistych, jak konkurs cosplay czy planszówki, zorganizowano także rozgrywki w „Juggera”, pokazy kendo, naukę obsługi nunchaku; można było postrzelać z łuku, czy... pogłaskać kozę. Okej, może ta ostatnia atrakcja nie była do końca planowana, ale po terenie krążyły sobie spokojnie trzy kozy. Tego nie widziałem jeszcze na żadnym konwencie.

Sam konkurs cosplay trwał raczej krótko i odniosłem wrażenie, że część uczestników była rekrutowana na szybko wśród konwentowiczów, ale mimo to organizacja poszła bardzo sprawnie. Nie ma w tym nic dziwnego, jeśli weźmiemy pod uwagę, że zajmowała się nią Zofia „Zula” Skowrońska – ekspert w organizacji tego typu konkursów.

koncert zespołu Chudoba słowiańskiego folku podczas konwentu NyskonPo konkursie odbył się jeszcze całkiem ładnie brzmiący koncert zespołu Chudoba, grającego słowiański folk. W międzyczasie nieopodal na placu rozłożono arenę i grano w „Juggera”.

Sanitariat, prąd i noclegi

Jak się wyspać w forcie? Odpowiedzią jest: spać długo. A tak poważnie, mieliśmy do wyboru trzy opcje. Obsługa i inne osoby „pracujące” spały na terenie fortu w różnych jego miejscach, poczynając od namiotów, przez pomieszczenia podziemne, na noclegu pod chmurką kończąc. Uczestnicy mogli wybrać między namiotami a noclegiem w szkole, która jednak była oddalona o niemały kawałek drogi.

No dobrze, więc mamy nocleg, a co z załatwieniem podstawowych potrzeb? Uspokajamy, na terenie obiektu były zarówno toalety, jak i prysznice. Niestety, dotarły do mnie informacje, że na terenie szkoły noclegowej nie było możliwości umycia się... Sam nie byłem w stanie tego sprawdzić, więc pozostawiam tę kwestię organizatorom. Co zaś z prądem? Był i działał. Co prawda zdarzyło się kilka małych awarii, ale nawet najbardziej oddalone atrakcje, jak choćby planszówki, miały pełne oświetlenie. Tutaj bardzo duży plus dla organizacji za logistykę i ogarnięcie tematu, bo wszędzie pociągnięto bardzo długie przedłużacze i skombinowano nawet akumulatorowe reflektorki. Brawo!

Posłowie

Tym, co zaskakuje w tej imprezie, jest jej cena. Okrągłe 0 zł za trzy dni wrażeń pod gołym niebem. Jakim więc cudem organizację było stać na to wszystko? Odpowiedź jest prosta: współfinansowanie ze środków ministerstwa, gminy, powiatu i marszałka województwa. I tutaj znów ciężko wyjść z podziwu do organizacji, która była w stanie wynegocjować takie warunki, by stworzyć naprawdę dobrą imprezę kulturalną z takimi atrakcjami i tak działającym zapleczem.

Dodatkowo traktowanie obsługi i współpracowników na najwyższym poziomie. Organizator odbierał samochodem osoby wprost z dworca, w pakiecie były też posiłki (i to jakie, trafiły się nawet pierogi!), a mój bagaż został odniesiony przez obsługę. Gdyby każdy organizator podchodził w ten sposób do osób i podmiotów, z którymi współpracuje, nasza (oraz wielu innych) praca byłaby znacznie przyjemniejsza! statuetki

Oczywiście impreza nie odbyła się całkowicie bezproblemowo. Nie pomogła burza z gradem, która uderzyła w nocy z soboty na niedzielę, ale i tutaj organizacja spisywała na medal, zbierając szybko ekipę i zabezpieczając przed uszkodzeniem wszystko co się dało, budząc osoby w namiotach, składając zadaszenia i chowając wrażliwe przedmioty do podziemnej części kompleksu.

Liczba uczestników też była dosyć niska, co oczywiście nie jest do końca winą organizatorów, niemniej impreza sporo by zyskała, gdyby udało się uzyskać większe zainteresowanie. Ze swojej strony serdecznie polecam, bo naprawdę można wypocząć, a event zdecydowanie jest warty nawet urlopu.