Konwenty Południowe - Recenzja książki: Susan Dennard - „Wiatrodziej”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

wiatrodziejSusan Dennard - „Wiatrodziej”

sqnWydawnictwo: SQN
Liczba stron: 400
Cena okładkowa: 36,90 zł

Uwaga! Poniższa recenzja może zdradzać wątki fabularne z poprzedniej części cyklu „Czaroziemie”. Recenzję pierwszego tomu powieści Susan Dennard można znaleźć tutaj.
 
Drogi Czytelniku, zanim przejdę do właściwego tematu tego tekstu, czyli zdradzę Ci, czy warto sięgnąć po „Wiatrodzieja” Susan Dennard, muszę Ci się do czegoś przyznać: cierpię na pewnego rodzaju fobię. Boję się kolejnych tomów powieści. Zdecydowanie wolę opowieści zamknięte w jednej książce, które nie zmuszają mnie do ponownego zagłębiania się w konkretny powieściowy świat. Martwię się, czy zostaną zaspokojone moje oczekiwania, bo te w niektórych przypadkach bywają zbyt wysokie. Tym razem z pewnymi obawami sięgnęłam po kontynuację „Prawdodziejki”. Czy były one uzasadnione?
„Wiatrodzieja” wypatrywała cała rzesza fanów Susan Dennard. Pisarka ponownie zafundowała swoim bohaterom mnóstwo niezwykłych przygód, brawurowych ucieczek, pogoni, porwań i wybuchów, a nam zaserwowała książkę interesującą, poziomem zbliżoną do pierwszej części cyklu. Trzeba też znów Dennard przyznać, że od pierwszych stron nie cacka się z czytelnikiem i wrzuca go w sam środek akcji, a ten – oszołomiony tym, co otrzymał – musi w locie łapać wszelkie informacje.

Dwa tygodnie po wydarzeniach, które miały miejsce w „Prawdodziejce”, na Janie dochodzi do wybuchu. Wszystko wskazuje na to, że był to skrupulatnie zaplanowany zamach na życie Merika. Potwornie poparzony i poraniony książę cudem uchodzi z życiem, dla świata jednak umarł. Pozwala wszystkim sądzić, że napad był udany. Dzięki temu może bez skrępowania wieść życie człowieka cienia i spróbować odkryć zagadkę swojej „śmierci”, o zabójstwo posądzając własną siostrę, Vivię. Wkracza tym samym na mroczną i niebezpieczną ścieżkę zemsty, z której ciężko będzie mu zawrócić. Jednak chęć odkrycia prawdy i jej zrozumienia będą silniejsze niż strach, a to, czego się dowie, całkowicie odmieni jego sposób patrzenia na świat.
 
Podobny wybuch jak na okręcie księcia ma miejsce także na statku cesarzowej Vanessy. Niestety, jej załoga nie ma tyle szczęścia, co ludzie Merika – prawie wszyscy giną w płomieniach morskiego ognia, którego woda nie jest w stanie ugasić. Dzięki magii Vanessa i Safi ratują życie, jednak wciąż nie są bezpieczne – w ślad za nimi podąża grupa piekielnych bardów, których zadaniem jest spacyfikowanie cesarzowej i dostarczenie domny Safiyi przed oblicze cesarza Henrica.
 
Sytuacja Iseult oddzielonej od swojej więziosiostry również nie jest zbyt ciekawa. Uciekła z pola walki w Lejnie, jednak rozszczepieńcy wysłani przez Lalkarkę podążali za nią krok w krok aż na Ziemie Niczyje. Tam niespodziewanie więziodziejka znalazła sojusznika, dzięki któremu będzie w stanie poznać istotę swojej magii.
 
Susan Dennard nie poprzestaje jednak na ukazywaniu losów tylko tej trójki głównych bohaterów znanych już z poprzedniej części. Przybliża nam także dwie inne postacie, które do tej pory mogliśmy uznawać za poboczne. Sporo miejsca poświęca krwiodziejowi, Aeduanowi, oraz siostrze księcia Merika, Vivii. Dzięki temu możemy spoglądać na wydarzenia z perspektywy już nie trzech, ale pięciu osób, w dodatku również tych, które do tej pory uznawaliśmy za przeciwników – poznajemy pobudki działaj Vivii, dowiadujemy się sporo o przeszłości Aeduana.
Każda z tych postaci snuje własną historię, ma swoje przygody. Wywołuje to wrażenie pewnego „poszatkowania” fabuły, jednak nie przeszkadza specjalnie w odbiorze całości. Plusem takiego rozwiązania jest możliwość poznawania bohaterów dokładnie, kawałek po kawałku.
 
Całość akcji powieści rozgrywa się w ciągu siedemnastu dni. W tym czasie losy wszystkich postaci ulegają gwałtownej zmianie. Dostajemy tym samym opowieść mroczniejszą od poprzedniczki: Merik stracił przyjaciela, jego kraj jest na granicy wojny, poddani głodują, na Safi polują bezwzględni piekielni bardowie, za Iseult podąża nie tylko Lalkarka, ale też krwiodziej. Na dokładkę władcy okolicznych państw pragną śmierci Vanessy oraz mocy prawdodziejki, która zapewni im zwycięstwo w zbliżającej się nieubłaganie wojnie. To wszystko składa się na dość ciekawą opowieść, jednak zawiedzie się ten, kto oczekiwał wyjaśnienia kwestii intrygujących już od czasu „Prawdodziejki”. Próżno szukać tu odpowiedzi na pytanie, czym właściwie są Cahr Aweni czy Prastudnie, na jakiej zasadzie działa magia tego świata, o co właściwie toczy się w Czaroziemiach wojna. Mam wrażenie, że Dennard ciągnie czytelnika za rękę, ponagla i przekonuje, że to, co nas wcześniej intrygowało i chcielibyśmy poznać bliżej, jest zupełnie nieistotne. Ważna jest akcja! Gdy spojrzy się na to w ten sposób, „Prawdodziejka” przestaje być prologiem do czegoś większego (a takie wrażenie odniosłam przy lekturze). Pisarka wprowadza nowe elementy bez wyjaśniania starych zagadek – ważniejsze jest to, co dzieje się wokół bohaterów, niż świat, w którym wszystko się rozgrywa.
 
Jednemu jednak nie można zaprzeczyć: Susan Dennard posiada umiejętność kreowania ciekawych bohaterów. Wszyscy wydają się być postaciami z krwi i kości, mają konkretnie określone charaktery, a motywy ich postępowania są zrozumiałe i uzasadnione. Na pochwałę zasługuje również język – jest plastyczny i obrazowy, utrzymuje jednocześnie poziom z pierwszej części powieści.
 
Jeśli chodzi o wydanie „Wiatrodzieja”, to wydawnictwo SQN jak zwykle stanęło na wysokości zadania, oddając czytelnikowi do rąk książkę z piękną okładką, która idealnie koresponduje z opowieścią w niej zawartą.
 
Czy zatem moje obawy odnośnie do sięgnięcia po kontynuację „Prawdodziejki” były uzasadnione? Częściowo na pewno. Przede wszystkim miałam nadzieję, że autorka przybliży nam swój powieściowy świat, rozwieje chociaż niektóre wątpliwości, wyjaśni niezrozumiałe kwestie. Niestety, nie doczekałam się. Dostałam za to galopującą akcję, która momentami przyprawiała o zawrót głowy, oraz ciekawych bohaterów.
 
Czy warto sięgnąć po „Wiatrodzieja”? Jeżeli przypadła Wam do gustu „Prawdodziejka”, to nie będziecie zawiedzeni. Poznacie dalsze losy ulubionych postaci i dowiecie się o nich kilku interesujących rzeczy, będziecie mogli też popłynąć z wartkim nurtem akcji wprost w otwarte zakończenie i oczekiwać kontynuacji powieści.