Fantastyka

  • Konkursy rodem z Falkonu

    Na tegorocznym Falkonie i tym razem nie zabraknie dwóch konkursów, które na stałe wpisały się już w krajobraz tego lubelskiego konwentu. A skoro ów konwent coraz bliżej, warto powiedzieć o nich słów kilka.

    Larpy Najwyższych Lotów to konkurs, w którym oceniana jest nie tylko oryginalność scenariusza, ale również przygotowanie postaci i sposób prowadzenia rozgrywki. Tegoroczny motyw przewodni to: Najlepsze kasztany są na placu Pigalle! – czyli spiski, tajne stowarzyszenia i agenci wywiadu, a twórcy mają za zadanie stworzyć tajną siatkę powiązań, która w równym stopniu angażowałaby wszystkich uczestników.

    NERD z kolei oceni Wasz sposób prowadzenia sesji RPG. Tutaj punktowane będą takie aspekty, jak współpraca z innymi, gra aktorska, czy zrozumienie konwencji gry. Musicie się jednak szybko decydować, bowiem liczba uczestników jest ograniczona!

     



  • Poniedziałkowy Flash Konwentowy #1

    Poniedziałek to taki wspaniały dzień! Nowy tydzień, nowe możliwości, świeża energia...i nowe wydarzenia. Z tej okazji prezentujemy Wam nasz mały Poniedziałkowy Flash Konwentowy, czyli krótkie zestawienie tego, co w tym tygodniu piszczy w trawie. A co piszczy?

  • Recenzja książki: Anna Karnicka - „Paradoks marionetki. Sprawa Klary B.”

    paradoks marionetkiiAnna Karnicka - „Paradoks marionetki. Sprawa Klary B.”

    genius creations Autor: Anna Karnicka
    Wydawnictwo: Genius Creations
    Liczba stron: 268
    Cena okładkowa: 29,90

    Teatr lalek kojarzy się ogólnie z rodzajem sztuki, którego grupą docelową są przeważnie młodsi widzowie. Same marionetki, wraz z lalkarzami, wywarły jednak ogromny wpływ na kulturę i zapisały się w codziennym słownictwie ze względu bardzo metaforyczny wydźwięk tego zjawiska. Marionetką jest więc ktoś, kto łatwo poddaje się manipulacji, często nie zdając sobie z tego sprawy, kukiełką losu jest osoba, która nie ma wiele wpływu na własne życie, a poruszający nimi człowiek – wyrachowanym manipulatorem, używającym innych ludzi do własnych, zazwyczaj mrocznych celów. Wpływ ten zauważa się także w literaturze, chociaż w niej zjawisko to zyskało zdecydowanie mroczniejszą wymowę. Tak też zdaje się być w przypadku powieści „Paradoks marionetki. Sprawa Klary B.” Anny Karnickiej.

    Martin Lubovic chce zostać lalkarzem. To specyficzne pragnienie jak na syna pary doktorów, ale w życiu nic nie pasjonowało go bardziej niż marionetki, ich tworzenie, poruszanie nimi, przedstawienia... Kiedy dostaje informację, że Praska Szkoła Lalkarzy skłonna jest przyjąć go w szeregi swoich studentów, nie posiada się ze szczęścia, ale musi też spełnić jeden warunek: zdobyć swoją własną lalkę, i to nie byle jaką! Takie przyjemności niestety sporo kosztują, w poszukiwaniu pracy Martin trafia więc do pewnego sklepu ze starociami. Nie rozumie tylko, dlaczego jego wieloletnia przyjaciółka, Klara, jest tak bardzo przeciwna jego planom i dlaczego nagle zrywa z nim kontakt… Wiadomość o jej tragicznej śmierci będzie tylko początkiem dziwnych wydarzeń.

    Książka już od samego początku sugeruje, że marionetka, którą obiecano Martinowi jako wynagrodzenie za pracę, jest w jakiś sposób niezwykła. Scena wprowadzająca do historii jest bardzo enigmatyczna, a na rozwinięcie zawartych w niej informacji będziemy musieli poczekać trochę dłużej. Początkowo wręcz wydaje się, że dwie istoty obserwujące sklep i rozprawiające o dość dramatycznie (ale i niezbyt wyszukanie) brzmiącej przepowiedni nie są zbytnio powiązane z właściwą fabułą książki, a Daimon, marionetka, o której zapewne mowa, jedynie delikatnie daje znać o tym, że nie jest wyłącznie martwym przedmiotem. To dopiero początek, zawiązanie akcji, przyczynek do właściwych wydarzeń - w nim główny bohater dowiaduje się, na co właściwie się porwał oraz że rezygnacja z raz podjętej decyzji kompletnie nie wchodzi w grę. Wiele zostawiono do wyjaśnienia w kolejnych tomach, a zapowiada się, że będzie ich więcej niż jeden.

    Konstrukcja postaci w „Paradoksie…” jest całkiem przyzwoita. Co prawda chociaż jak na dziewiętnaście (i więcej) lat są oni zadziwiająco wręcz niewinni w zachowaniu i sposobie wyrażania się, to już charaktery większości postaci podobały mi się bardzo. Martin jest osobą, która, pomimo lekkiego zagubienia i niepewności raczej wie, czego chce, w trakcie opowieści wyraźnie widać też, że dokonał idealnego wyboru zawodu. Canelle, moja ulubienica, wielbicielka kryminałów z kulinarnymi tytułami, kryje w sobie większy potencjał, niż mogłoby się to wydawać, a jej umiejętności i charakter wyjątkowo do mnie przemawiają. Wszyscy w trakcie wydarzeń w widoczny i interesujący sposób rozwijają się, poważnieją, dorośleją, nie ma wśród nich osoby, która odstawałaby poziomem i irytowała irracjonalnym zachowaniem – to z jednej strony dobrze. Z drugiej zaś może być odbieranie jako zbyt prostolinijne i monotonne, na szczęście mamy jeszcze postacie drugoplanowe i epizodyczne. Tych jest całkiem sporo: od innych uczniów wspomnianej szkoły, przez pracowników magicznych miejsc, aż po istoty w stylu ożywionej lalki czy Widmokota. Każda z nich nakreślona została oszczędnie, ale obrazowo, wspaniale współgrając z nastrojem chwili. I tylko biednej Klary szkoda… bardzo zwracała uwagę specyficznym sposobem wypowiadania się, a jej postępowanie, chociaż z początku bardzo skryte, szybko okazało się być celowe i w pełni uzasadnione.

    Lekki styl pisania Karnickiej sprawia, że „Paradoks marionetki” czyta się szybko. Pewien dysonans odczułam jedynie między stosowanym językiem a tematyką: prosto i subtelnie autorka mówi o rzeczach, które bywają mroczne i tragiczne, przez co książka trochę wytraca mroczny klimat na rzecz baśniowości. W efekcie trudno jest określić grupę docelową dla tej pozycji: najbliżej byłoby temu chyba do bardziej subtelnego new adult, gładko połączonego z urban fantasy. Nie znaczy to jednak, że brak w niej nastroju! Opisy Pragi, jej zakamarków, magicznych przejść na „drugą stronę”, teatralne nawiązania i wszechobecne spiski to coś, co intryguje i działa na wyobraźnię.

    Czy warto przeczytać książkę Anny Karnickiej? Pewnie. Jest tak lekka i wciągająca, że nie zajmie wiele czasu. Zdecydowanie pozostawia po sobie chęć sięgnięcia po kolejny tom, jako że Praska Szkoła Lalkarzy brzmi nawet bardziej ciekawie niż Hogwart – na to przyjdzie nam jednak trochę poczekać. Polecam do jesiennego czytania: wieczorową porą sprawdza się znakomicie. 

  • Fantasmagoria nadciąga!

    Rezerwujcie sobie czas w lutym, bowiem nadchodzi kolejna, już VIII edycja Fantasmagoria Gniezno! Tym razem konwent odbędzie się w dniach 17-19 lutego, zatem po raz pierwszy będzie trwał nie dwa, ale aż trzy dni. Mało tego, ruszył...nabór na punkty programu. Pomysły na atrakcje zgłaszać możecie do 31 grudnia, za pośrednictwem specjalnego formularza, dostępnego w linku poniżej.

    Formularz zgłoszeniowy

  • Atrakcyjna Ruda Mithrilu

    Choć do konwentu Druga Ruda Mithrilu: W kopalniach Morii zostało jeszcze trochę czasu, już teraz możecie stać się jego częścią i zgłaszać swoje propozycje do programu. Zgłoszenia będą przyjmowane do 30 listopada, a każdy uczestnik może liczyć choćby na możliwość bezpłatnego wejścia na wydarzenie oraz korzystania z pozostałych atrakcji, jak również na inne zniżki. Jeżeli zatem chcielibyście wesprzeć organizatorów i współtworzyć Drugą Rudę, odsyłamy do linku poniżej.

    Więcej informacji

     



  • Zostań częścią Elgaconu!

    Elgacon  -  12 edycja Płockich Dni Fantastyki już za miesiąc, w dniach 12-13 listopada. Tym razem konwent będzie odbywał się w klimatach magii i historii, więc jeżeli są to tematy, w których czujecie się jak przysłowiowa ryba w wodzie, macie możliwość pokazać to szerszej publiczności. Elgacon przedłużył bowiem możliwość zgłaszania punktów programu do 23 października. Jest to jednak termin ostateczny.

    Formularz zgłoszeniowy



  • Recenzja książki: Andriej Diakow - „Za horyzont”

    Recenzja książki Za horyzont Andriej DiakowAndriej Diakow - „Za horyzont”

    insignis Autor: Andriej Diakow
    Wydawnictwo: Insignis
    Liczba stron: 480
    Cena okładkowa: 34,99 zł

    Kiedy zabierałem się do czytania trylogii Adrieja Diakowa, uderzyła mnie niejaka naiwność w kreowaniu postaci, ich zachowaniu i sposobie rozwoju bohaterów. Teraz, kiedy mam za sobą trzecią i ostatnią część o tytule „Za horyzont”, mogę z czystym sercem powiedzieć, że autor rozwinął swój talent i z książki na książkę jest coraz lepiej. Nie wyprzedzając jednak faktów, zapraszam do przeczytania recenzji kończącej cykl Diakowa.

    Na rozwój wydarzeń nie musimy długo czekać. Już po pierwszych stronach akcja rusza z kopyta, kiedy komandosi Imperium Wegan uderzają na dom stalkera Tarana i jego przybranego syna – Gleba. Tyle że zostali oni zawczasu ostrzeżeni, a w schronie nie znajdowali się sami. Towarzyszyła im młoda Aurora – przygarnięta do małej „rodzinki”, przyjaciel Dym (zwany też Giennadijem) – wielki, zielony mutant o niezwykłej sile i gabarytach, były mechanik grabarzy metra – Migałycz, były przywódca gangu Bezbożników – Bezbożnik, oraz były wódz plemienia Ogryzków – Indianin. Do swojej dyspozycji mają przerobioną i potężną mobilną wyrzutnię rakiet ochrzczoną mianem „Maleństwa”. Po tym, jak udaje im się wydostać z potrzasku, dowiadują się od Tarana, który dowodzi grupą, że w petersburskim metrze wybuchła wojna wywołana przez Wegan. Niestety, obie strony konfliktu chcą mieć stalkera po swojej stronie.

    Szybko jednak okazuje się, że to nie wydarzenia w Piterze odgrywają główną rolę. Kompania wyrusza na daleki wschód, do Władywostoku, w poszukiwaniu legendarnego projektu Alfejos, który ma mieć moc wyzwolenia terenów od promieniowania. Niestety dane na ten temat są szczątkowe i wszystko trąci zwykłą legendą. To jednak nie przeszkadza grupie wyruszyć do oddalonego o tysiące kilometrów celu…

    Porzucamy ciasne tunele na rzecz całkowicie otwartego świata, który został barwnie i całkiem szczegółowo opisany przez autora. Malownicze tereny, zniszczone miasta, pokryte śniegiem i lodem połacie lądu… Temu wszystkiemu towarzyszy klimat ciągnącej się podróży, który wbrew pozorom nie nudzi, a jedynie wzmacnia klimat powieści. Z każdym kilometrem bohaterowie, oraz wraz z nimi czytelnik, tracą nadzieję na odbudowanie dawnej chwały ludzkości. Nawet kiedy już spotykają grupy, które jakoś przetrwały w tym nieprzyjaznym środowisku, to rzadko są one nastawione przyjaźnie do kogokolwiek. Nie ma tutaj typowych odcieni szarości ani dylematu moralnego, co właściwie jest dobre, a co nie. Autor podaje nam gotowe informacje, które nie pozostawiają zbyt wielu złudzeń. Świat jest zły. Tak samo jak zamieszkujący go ludzie. Czy to przez wojnę i ciężkie warunki przeżycia, czy też ludzie byli już tacy wcześniej, ale zasłaniali się maską cywilizacji. Faktem jest, że dla własnego przeżycia człowiek zdolny jest do najokrutniejszych czynów. I takim właśnie jest świat książki „Za horyzont”.

    W tej całej beznadziei wciąż tli się pochodnia nadziei niesiona głównie przez młodego Gleba. Jest to na tyle silny płomień, że potrafił on rozpalić tą samą nadzieję we wszystkich uczestnikach ekspedycji. Taran przeszedł wewnętrzną transformację – z człowieka twardego, bez marzeń i nadziei, bezwzględnego i bez oznak jakichkolwiek uczuć, w troskliwego ojca; człowieka, który dzięki odrobince wiary w przywrócenie świata ludzkości potrafi rzucić wszystko i wraz z przyjaciółmi ruszyć w szaloną podróż przez pół kontynentu.

    Opowieść jest spójna, ciekawa, pełna akcji, ale także wyważona, czego brakowało choćby w „W mrok”. Jest to też powieść o wiele doroślejsza i jakby bardziej przemyślana. Jest tu miejsce na smutek po bezpowrotnej stracie, radość odkrycia, żal i wściekłość, a nawet żądza zemsty. Wszystkie elementy wzajemnie się dopełniały i tworzyły przyjemną dla oka powieść, która po skończeniu zostawia pewną pustkę i żal, że to już koniec. Warto było przebrnąć przez dwa poprzednie tomy dla takiego zakończenia trylogii.

  • Recenzja książki: Anna Lange - „Clovis LaFay. Magiczne Akta Scotland Yardu"

    clovisAnna Lange - „Clovis LaFay. Magiczne Akta Scotland Yardu"

    sqn Autor: Anna Lange
    Wydawnictwo: SQN
    Liczba stron: 448
    Cena okładkowa: 36,90

    Wraz z coraz większą popularnością prozy steampunkowej wzrasta w czytelnikach zamiłowanie do wiktoriańskiej estetyki. Przebrzmiewają w niej nie tylko echa gotyckich powieści grozy, ale i elegancji znanej z „Opowieści wigilijnej” czy dowolnej z powieści Juliusza Verne’a. Jakby tego było mało, przyprawione są kryminalną nutką niezwykłości, jaką oferował nam Doyle, pisząc o przygodach Sherlocka Holmesa. Właśnie przez nich zamglony Londyn niezmiennie kojarzy nam się z tajemnicami, a jeśli dodamy do tego odrobinę magii, otrzymamy coś naprawdę intrygującego.

    XIX-wieczna Anglia. Magia staje się tak powszechna wśród ludzi z niższych klas, że wzbudza to niepokój elit. Coraz częstsze są nadprzyrodzone wykroczenia, których nie sposób wyjaśnić. Pojawiają się też zagwozdki moralne, bo czy można skazać za morderstwo kogoś, kto został opętany? Utworzenie Podwydziału Spraw Magicznych Londyńskiej Policji Metropolitarnej – funkcjonariuszy, którzy byliby w stanie uporać się ze wszelkimi magicznymi problemami - było tylko kwestią czasu. Jednak nowej jednostce brakuje nie tylko ludzi i funduszy, ale i poparcia społecznego. Żeby rozwiązać choć jeden z tych problemów, nadinspektor John Dobson werbuje do oddziału swojego dawnego podopiecznego i przyjaciela Clovisa LaFaya – członka jednej z bardziej wpływowych rodzin w Londynie. Przełożeni nigdy nie zrozumieliby, jak bardzo jest im potrzebny dobry nekromanta. Dobson w swej prostolinijności zapomina jednak, że ze starymi i potężnymi rodami się nie igra, a już na pewno nie przez wciąganie dżentelmena w sprawy plebsu, tym bardziej że niektórzy z nich bywają pamiętliwi aż do bólu.

    Anna Lange wprowadza nas w tak uwielbiany przez wszystkich brytofilów XIX-wieczny Londyn, gdzie dystyngowani dżentelmeni mieszają się z mętami z EastEndu (a czasem niewiele się od nich różnią), najlepszą przyszłością dla kobiety jest dobrze wyjść za mąż, a wszystkim rządzą konwenanse i pieniądze. Urozmaiciła ten świat jedynie (i aż) przez dodanie magii opartej na glyfach – tajemnych znakach pozwalających rzucać zaklęcia piromanckie, kinemanckie czy też niepokojące czary nekromanckie. Oczywiście panoszenie się mocy po wiktoriańskim Londynie wiąże się z pewnymi, niezwykle ciekawymi implikacjami, jak chociażby umagicznioną odmianą bilarda. Do tego mamy zabójcze trio niezwykle sympatycznych bohaterów: Johna i Alicję Dobson – rodzeństwo, które pójdzie za sobą w ogień niezależnie od konwenansów, oraz młodego Clovisa, wokół którego toczy się większość opisanych w książce wydarzeń.

    Sama fabuła nie opiera się na jednym wielkim śledztwie, lecz na kilku mniejszych, wprowadzających nas w świat magii i nowych obowiązków pana LaFay (wszelkie skojarzenia z Morganą z legend arturiańskich wydają mi się jak najbardziej na miejscu). Jest też on pośrednio przyczyną najbardziej trzymającej w napięciu akcji w książce i posiadaczem specyficznych poglądów na temat praw zmarłych i duchów. Cała intryga poprzetykana jest krótkimi retrospekcjami, pozwalającymi nam na lepsze poznanie bohaterów, a także motywacji ich działań. Fragmenty te same w sobie opisują dość nietuzinkowe przygody, od których ciężko się oderwać, nie mówiąc o reszcie fabuły.

    „Magiczne Akta Scotland Yardu” to powieść bardzo wciągająca, oplatająca czytelnika przygodą i specyficznym poczuciem humoru tak mocno, by nawet na chwilę nie pozwolić mu się nudzić. Może nie opisuje olbrzymiego, wielopoziomowego śledztwa, nad którego rozwikłaniem muszą trudzić się bohaterowie, czego można by się spodziewać po tytule, ale nadrabia innymi aspektami. Jest pełna rodzinnych tajemnic i nie mniej ciekawych gier pozorów, morderczych prób i konfliktów, dodających fabule pikanterii, do tego dorzucono kapkę „duchowych” rozważań o istocie życia i delikatny romans z mezaliansem w tle. Nic, tylko czytać!

    Muszę przyznać, że wybór lektury był świetny. Anna Lange bawi, wciąga, mota i już nie puszcza, a przy tym, tuż obok Gartha Nixa, przyczynia się do znacznego ocieplenia wizerunku nekromantów. Pozycja naprawdę warta przeczytania, by nie rzec obowiązkowa, dla wszystkich miłośników wiktoriańskiej estetyki.

  • Relacja z konwentu: Kapitularz 2016 - Piąty rok z rzędu

    Przyznam, że od dwóch edycji byłam bardzo negatywnie nastawiona do tego konwentu. Bywałam tam tylko z powodu mojej działalności w Tanzaku i robienia atrakcji w bloku mangowym na tymże wydarzeniu. Gdy usłyszałam, że ogłoszono już piątą edycję, skręciło mnie automatycznie. Jednak...

  • SpaceCon odwołany

    Jakiś czas temu informowaliśmy Was o kłopotach gliwickiego SpaceCon. Wszyscy, włącznie z organizatorami, mieli nadzieję, że uda się jeszcze uratować wydarzenie, jednak niestety mamy dla Was złą wiadomość. Z powodu niezbyt sprzyjającej aury, jak również innych problemów, tegoroczna edycja konwentu nie odbędzie się. Czekamy zatem na przyszły rok.



  • Uratuj ludzkość z Bebokiem!

    Bebok - to postać z wierzeń słowiańskich, zazwyczaj zamieszkująca okolice ludzkich zabudowań, która karała niegrzeczne dzieci niewykonujące poleceń rodziców. Bebok to także dwudniowy konwent, skupiający się na grach planszowych i fabularnych, odbywający się w dniach 22-23 października w Bytomiu. To już siódma edycja tego wydarzenia, gdzie tym razem będziecie mieli okazję wziąć udział w zabawie typu “escape room”. Jeżeli ratowanie resztek ludzkości ze zniszczonej planety to Wasz chleb powszedni, koniecznie zajrzyjcie pod link poniżej. 

    Bebok Escape Room

  • Znamy pełen program tegorocznego Falkonu

    W dniach 4-6 listopada w stolicy województwa lubelskiego już po raz XVII odbędzie się Festiwal Fantastyki Falkon, który wczoraj opublikował pełen program.

    Tegoroczna edycja obfitować będzie w ponad 600 atrakcji, takich jak prelekcje, pokazy, warsztaty, konkursy, LARPy i RPG...uff, długo by wymieniać, dlatego zachęcamy do zapoznania się z tabelą programową, którą możecie zobaczyć pod poniższym linkiem.

    Tabela programowa

    Przypominamy jednak, iż jest to pierwsza wersja planu i może ona jeszcze ulec zmianie.



  • Recenzja książki: Andriej Diakow - „W mrok”

    w mrokAdriej Diakow - „W mrok”

    insignis Autor: Andriej Diakow
    Wydawnictwo: Insignis
    Liczba stron: 432
    Cena okładkowa: 34,99 zł

    „W mrok” to bezpośrednia kontynuacja wydarzeń z powieści „Do światła”. Po tym, jak Taran wraz z przybranym synem, Glebem, zostali uratowani przez mieszkańców kompletnie nieskażonej promieniowaniem wyspy Moszczny, mieszkańcy petersburskiego metra zyskali nadzieję na nowe, lepsze życie. Zgodnie z umową, część z nich już przeniosła się do nowego domu lub do pracy na mobilnej platformie wiertniczej. Sielanka nie trwa jednak długo, a przerywa ją... Nie, nie powiem Wam, mimo że to pierwsze trzydzieści stron. Musicie przeczytać sami. Niemniej, kierowani rządzą zemsty wyspiarze przybywają do Pitera i zajmują jedną z niezamieszkanych stacji metra, by następnie postawić ultimatum całej społeczności: albo odnaleziony i wydany zostanie sprawca tragedii, albo system wentylacyjny zostanie skażony.

    Oczywiście, zadanie odnalezienia winnego przypada nikomu innemu, jak Taranowi, który, jako niezależny, znany najemnik o dobrej reputacji wydaje się być najlepszym kandydatem. Niestety, jego osobista tragedia sprawia, że misja zostaje odstawiona na dalszy plan. Gleb, pod nieobecność przybranego ojca, znika.

    Powieść prowadzona jest dwuwątkowo, przeskakując między tą dwójką, wzajemnie próbującą się odnaleźć, jednocześnie przybliżając się do odkrycia pilnie strzeżonych sekretów metra. A tych jest niemało. Wydawać by się mogło, że przewrotny los ma swoje własne plany i prowadzi dwójkę bohaterów w taki sposób, by historia toczyła się zaplanowanym z góry torem. Nic nie jest takie, jakie się wydaje, a najbardziej nieprawdopodobne legendy okazują się mieć w sobie o wiele więcej niż ziarno prawdy.

    Autor położył spory nacisk na rozwój relacji syn-ojciec i pokazał twardego i nieustraszonego najemnika w zupełnie innym świetle: jako rodzica, martwiącego się o swoje dziecko. Było to dla mnie trudne w odbiorze i zupełnie nie potrafiłem wczuć się w jego nowe oblicze. Brzmiało mi to jak fałszywa nuta w piosence, która co jakiś czas przebija przez dźwięki muzyki i burzy cały utwór. Problemem były też sytuacje, gdy, przykładowo, Taran, zgodnie ze swym mianem, przemierzał tunele i powierzchnię przebijając się przez rzesze przeciwników, cudem unikając gradu kul, szponów, zębów i odłamków, kładąc trupem istną armię wrogów. Jednocześnie odniósł w potyczkach tyle ciężkich ran, że nie powinien być w stanie się poruszać, że o poważniejszej walce nie wspomnę, ale jakoś nie przeszkadzało mu to gołymi rękami (z karabinem jako swego rodzaju dźwignią), skręcić kark wielkiemu i umięśnionemu mutantowi. Nie lubię niezniszczalnych bohaterów, a tu mamy z takim do czynienia.

    Postać Gleba jest rozpisana bardzo dobrze, realistycznie, i pomimo przygód i pewnej dawki szczęścia, które kilka razy wyciągnęło bohatera z paszczy śmierci, nie odnosi się wrażenia niezniszczalności. Wręcz przeciwnie. Zaciskając bezwiednie dłonie na kartkach, śledziłem losy młodego stalkera i czułem napięcie w sytuacjach zagrożenia. Podobała mi się również konsekwencja w nieco naiwnym, a jednocześnie prawym charakterze dwunastolatka, jego ciągła walka ze złem tego świata i swoista niewinność, którą, mimo ciężkich przeżyć, Gleb wciąż posiada.

    Sama akcja nie daje nam wiele momentów wytchnienia. Jak wcześniej wspomniałem, nawet ciężko ranny Taran nie spędza nawet chwili na odpoczynku i kroczy śladem syna niczym... Taran. Książka przez nadmiar akcji zaczyna w pewnym momencie nużyć. Autor nie daje czytelnikowi odpocząć i kiedy tylko w jednym miejscu kończy się szaleńcza ucieczka, walka czy inna ważna akcja, Diakow przerzuca nas do kolejnego, gdzie po krótkiej chwili także dzieje się coś wymagającego od czytelnika pełnej uwagi. Ma to też swoje plusy, gdyż książkę czyta się szybko i ciężko się od niej oderwać, ale prędzej czy później zaczyna to męczyć.

    Druga część trylogii jest napisana nieco doroślej, choć dalej kłuje w oczy naiwnością, która przypadnie do gustu tylko czytelnikom lubującym się w lekkiej literaturze. Fabularnie otrzymujemy spójną, acz chaotyczną opowieść, która nie zostawia nam wiele pola do domysłów. Większość wątków zostaje domknięta i z powodzeniem „W mrok” mogłaby kończyć historię Tarana i Gleba. Ale nie kończy, więc już wkrótce pojawi się recenzja trzeciego tomu, o tytule „Za horyzont”.

  • Recenzja książki: Andriej Diakow - „Do światła”

    Recenzja książki Adnrieja Diakowa Do światłaAndriej Diakow - „Do światła”

    insignis Autor: Andriej Diakow
    Wydawnictwo: Insignis
    Liczba stron: 328
    Cena okładkowa: 34,99 zł

    Andriej Diakow zrobił w Rosji furorę swoją powieścią „Do światła”. Wyniki sprzedażowe oraz ilość artykułów poświęconych książce mówi sama za siebie. Ale czy jest to sława w pełni zasłużona? Sprawdźmy.

    Na wstępie dostajemy znany z podstawowej trylogii klaustrofobiczny klimat stacji metra, wszechobecne są bieda, brud i głód, ale, mimo tych niedogodności, ludzie jakoś się trzymają. Przetrwali. W Petersburgskim metrze mamy kilka frakcji, z których część oczywiście prowadzi ze sobą boje i utrzymuje wrogie stosunki, ale występują też neutralne stacje kupieckie, Technolożka dbająca o światło i inne „wygody” w podziemnych tunelach oraz kilka stacji niezależnych. Podobieństwo przedstawionego świata do oryginalnej serii jest uderzające. Nie jest to jednak wada, a raczej zaleta, gdyż każdy fan uniwersum z łatwością odnajdzie się w świecie z napisanej przez Diakowa powieści.

    „Do światła” zaczyna się niepozornie. Na małej, niezależnej stacji krańcowej - Moskiewskiej, żyje chłopak o imieniu Gleb. Jego cały majątek stanowi ubranie, które ma na grzbiecie i srebrna zapalniczka Zippo z tłoczonym wizerunkiem dwugłowego orła, stanowiąca jedyną pamiątkę po tragicznie zmarłych rodzicach. Jak każdy mieszkaniec placówki, Gleb ciężko pracuje, żeby dostać posiłek. Jego życie zmienia się, kiedy na stację przybywa najemnik Taran, który dostrzega w chłopcu coś wyjątkowego i kupuje go za kilka kilogramów świńskiego mięsa. Po bardzo szybkim i morderczy szkoleniu Gleb zostaje towarzyszem Taran w jego przygodach...

    Brzmi to trochę naiwnie, prawda? I takie też jest. Chłopak praktycznie w biegu jest uczony jak obchodzić się z bronią, walczyć, wytrzymywać wielogodzinne biegi z obciążeniem i tym podobne. W bardzo krótkim czasie dokonuje się rzecz praktycznie niemożliwa: Gleb zyskuje nawyki i umiejętności, które każdy normalny człowiek nabywałby latami. Ale przecież powieść nie byłaby tak ciekawa, gdybyśmy musieli czekać, aż bohater będzie gotowy do przygody.

    To oczywiście nie jest cała akcja książki, ani nawet nie połowa, gdyż głównym zadaniem Tarana szybko zostaje zbadanie tajemniczego światła sygnałowego, które daje się zauważyć w pobliskim Kronsztadzie. Nie rusza on w pojedynkę, a wraz z grupą najemników Aliansu (jedna z frakcji metra w Piterze - jak popularnie nazywa się Petersburg) oraz kapłanem kultu Exodusu. Jak przebiegnie ta niezwykle ciężka wyprawa przez napromieniowane i pełne zmutowanych potworów ruiny? To już musicie sprawdzić sami.

    Tempo nadane przez autora jest niewiarygodne. Podczas czytania odnosi się wrażenie, że przez większą część książki jej bohaterowie nieprzerwanie biegają z miejsca na miejsce, wystrzeliwując całe kilogramy ołowiu w atakujące ich mutanty. Rzadkie chwile odpoczynku, podczas którego akcja choć na chwilę zwalnia, poprzetykane są niezbyt ciekawymi rozmowami, skupiającymi się głównie na minionych wydarzeniach i rozważaniami nad celem podróży. Choć należy dodać dla sprawiedliwości, że nie jest to jakoś specjalnie nużące: miejscami opowieści bohaterów wzbogacają lub uzupełniają ogólną historię. Dzięki nim też możemy nieco lepiej poznać resztę drużyny, gdyż książka mocno skupia się na samym Glebie, jego spojrzeniu i rozumieniu otaczającego go świata.

    „Do światła”, to dosyć zgrabnie nakreślona historia z nieco naiwnym i lekkim podejściem do tematu. Można by rzec, że wręcz dziecinnym. Na pewno przypadnie do gustu młodszym czytelnikom i jest to dobry wstęp do świata Uniwersum Metro 2033. Na szczęście to dopiero pierwsza część trylogii, więc jeszcze wiele przed nami.

  • Regulamin konkursu: „2+2=FALKON”

    REGULAMIN KONKURSU

     § 1

    POSTANOWIENIA OGÓLNE

  • Recenzja książki: Denis Szabałow - „Prawo do życia”

    Recenzja książki Denis Szabałow Prawo do życiaDenis Szabałow - „Prawo do życia”

    insignis Autor: Denis Szabałow
    Wydawnictwo: Insignis
    Liczba stron: 480
    Cena okładkowa: 39,99 zł

    „Pozamiatane” - to pierwsze słowo jakie przychodzi mi do głowy po przeczytaniu „Prawa do życia” Denisa Szabałowa. Kotłuje się we mnie mnóstwo przemyśleń, pytań i emocji, jednak jedna rzecz przeważa nad resztą. Chcę trzeciej części trylogii „Prawo do...”. Teraz, kiedy już z góry wiecie, że moje zdanie o książce jest bardzo dobre, zapraszam do reszty tekstu, w którym - pobieżnie i nie zdradzając szczegółów - opowiem Wam, co mnie tak zachwyciło.

    Odradzam czytanie tej książki bez znajomości pierwszego tomu trylogii. To niestety (lub stety) jest bezpośrednia kontynuacja i niemożliwym jest zrozumienie wielu wątków, zachowań czy postaci, bez przeczytania prequela. Wydawałoby się to oczywiste, jednak po tym, jak Dymitry Glukhovsky napisał główną powieść w formie pozwalającej sięgnąć po dowolny tom trylogii jako pierwszy bez dużego uszczerbku fabularnego, ta informacja jest całkiem istotna. Fabuła opiera się na podróży wojowników ze schronu pod dworcem oraz niedalekiej bazy wojskowej (które to miejsca i żyjące w nich społeczności opisane są dokładniej w „Prawie do użycia siły”) wraz z dobrze wyekwipowanym oddziałem Bractwa. Cel jest jasny, choć wcale niełatwy do osiągnięcia, a w dodatku oddalony o 1200 kilometrów: kombinat miasta Berezowska i jego legendarna Rosrezerwa, zawierająca niemal wszystko co potrzebne jest do przetrwania w świecie zniszczonym atomowym ogniem i to w ilości zapewniającej życie w dostatku dla niewielkiej społeczności. Niestety skarby te są bronione przez uzbrojonych po zęby i dobrze wyszkolonych mieszkańców kombinatu i tamtejszego schronu.

    To jednak nie wszystko, gdyż nasi bohaterowie mają zaledwie miesiąc na dotarcie do celu i zdobycie go, zanim zrobią to konkurenci. Przeszkadzać w podróży będą lokalki (mniejsze i większe tereny dotknięte zbyt wysokim promieniowaniem, by przez nie przejechać), nieprzejezdne drogi lub ich brak, bandyci, zmutowane stworzenia, wrogie społeczności czy anomalie, od których może zakręcić się czytelnikowi w głowie. To wszystko poprzetykane jest zręcznie wplecionymi rozmyślaniami nad słusznością misji, wątpliwościami na temat prawdziwych intencji bractwa wobec dworcowych i wojskowych czy opowieściami o przygodach, jakie przeżyli towarzysze podróży.

    Ten zabieg sprawił, że postacie zyskały unikalny charakter i nie stanowiły jedynie pustawego tła dla głównego bohatera, którym niewątpliwie jest tu Daniła. Widać było wyraźne różnice między zachowaniami, językiem czy właśnie osobowościami poszczególnych ludzi, w tym też tych spotykanych po drodze. Powieść była pełniejsza i jakby bardziej realistyczna. Ciężko tu o wyraźny podział na dobrych i złych, nawet zachowania i reakcje Daniły pozostawiają czasem moralnego kaca.

    Ponownie Denis Szabałow postawił mocno na militarną stronę książki, ubarwiając tekst masą nazw różnorodnego sprzętu wojskowego i taktyk bojowych wraz ze szczegółowym opisami. Ucieszy to na pewno fanów militariów, natomiast utrudni nieco odbiór tekstu przez laików. Niemniej jednak jest jeszcze jeden, rzucający się mocno w oczy aspekt: zjawiska paranormalne i próba naukowego wytłumaczenia ich. Osobiście uwielbiam tego typu wątki w fantastyce, szczególnie, kiedy w grę wchodzi zabawa czasem, a tej tutaj nie brakuje. Wraz z kolejnymi stronami, wszystko połączyło się zgrabnie w spójną całość i zostawiło mnie z poczuciem pełnej satysfakcji z domkniętych wątków i wyjaśnionych tajemnic. Szczególnie, że tych ostatnich jest całkiem niemało i nierzadko są to rewelacje wywołujące autentyczny i niekontrolowane opadnięcie szczęki. Materiałów do spojlerów jest tu tyle, że nie powstydził by się ich nawet sam J. R. R. Martin.

    Książkę czytało się lekko, szybko i była na tyle wciągająca, że przegapiłem zachód słońca i zgubiłem gdzieś kilka godzin życiorysu. Przypominam jednak, że wątki militarne i niemała ilość wstawek rodem z science fiction nie każdemu przypadną do gustu. Nie mogę doczekać się zwieńczenia trylogii, choć jednocześnie obawiam się go. Przy takiej ilości zakończonych wątków i odkryciu właściwie wszystkich kart, gdzie pozostaje już tylko jeden cel: eliminacja, ciężko będzie napisać książkę dorównującą „Prawu do życia”. Nie uprzedzając faktów i nie chcąc zdradzać zbyt wiele, powiem, że z pewnością poświęcę choćby i cały dzień na nowe „Prawo do...”, jak tylko się ukaże.

  • Imladris szuka pomocników

    Nie od dziś wiadomo, że organizacja konwentu to nie tylko ładne plakaty, stoiska i ciekawe prelekcje. Za każdym takim wydarzeniem stoi naprawdę duża liczba ludzi, dbających o bezpieczeństwo uczestników i czuwająca, by wszystko działało jak trzeba. Tym razem takich osób poszukują organizatorzy tegorocznego konwentu Imladris, który będzie miał miejsce w Krakowie w dniach 7-9 października.

     Do obowiązków pomocników należeć będzie przede wszystkim wykonywanie poleceń szefa obsługi, a na co możemy liczyć w zamian?

    • Darmowe wejście na konwent
    • Zapewniony nocleg
    • Ciepłe posiłki podczas konwentu
    • Szkolenie przed konwentem
    • Upominki w postaci np. koszulki konwentowej
    • Zaświadczenie o pełnieniu roli wolontariusza



  • Zgłoś program lub poprowadź spotkanie z gościem Falkonu!

    Już tylko do niedzieli można zgłaszać propozycje programowe na FALKON. Jest o co walczyć, gdyż na tak prestiżowej imprezie wcale niełatwo jest się przebić przez tłumy zgłaszających. Mamy jednak nadzieję, że to Was nie zniechęci.

    Ponadto, trwa zbiórka chętnych do poprowadzenia paneli dyskusyjnych z gośćmi festiwalu. Jest to jedyna w swoim rodzaju okazja, żeby usiąść tuż obok swojego idola i poczuć się niczym Kuba Wojewódzki w swoim programie ;-). W tym celu należy napisać na adres e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.


  • Igrzyska na dziewiątym Świdkonie!

    Na Świdkonie nie brakuje konkursów. Nie od parady obecna, dziewiąta już edycja wydarzenia nazywa się "Świdkon 9: Igrzyska". W planie są między innymi rozgrywki w Magic: The Gathering, Gwint, Neuroshima Hex czy FIFA 2016. To oczywiście nie wszystkie tytuły. Poniżej zamieszczamy pełną listę:

  • Sabat Fiction-Fest ponownie pod patronatem!

    Nigdy nie jest za późno, żeby napisać o dobrym konwencie. Najlepszym przykładem jest Sabat Fiction-Fest, który odbędzie się już w ten weekend (23-25 września) i jest pod naszym patronatem medialnym. Jest to już trzecia edycja Kieleckiego konwentu, o tematyce bynajmniej nie związanej z wiedźmami czy innymi czarownicami (choć kto wie...). Zapraszamy i mamy nadzieję Was tam zobaczyć. My będziemy na pewno!