• Książka „Ja, inkwizytor. Przeklęte przeznaczenie” już w księgarniach!

    „Życie warto poświęcać tylko dla Boga. Bo kiedy Bóg woła, to odpowiadam: jestem!, nie zważając czy wzywa mnie dla chwały, czy dla męczeństwa”.

    „Przeklęte przeznaczenie” to ostatni tom „ruskiej trylogii”. Inkwizytor, walcząc o wszystko, co mu drogie i bliskie, oraz o wypełnienie Bożego planu, musi posuwać się do najgorszych czynów i zaplatać coraz ciaśniejszy węzeł zdrad.

    „Ruska trylogia” jest dziełem niezależnym od pozostałych tomów cyklu inkwizytorskiego, opowiadającego o losach Mordimera Madderdina, i może być czytana bez znajomości głównej historii. Wydanie zostało wzbogacone o ilustracje Pawła Zaręby.

    Książka już dostępna.

    Przeklęte Przeznaczenie

  • Inkwizytor powraca – „Przeklęte przeznaczenie” pod patronatem Konwentów Południowych!


    przeklete przeznaczenieJak wiele granic można przekroczyć w imię wyższego dobra?

    W „Przeklętym przeznaczeniu” inkwizytor będzie zmuszony znaleźć odpowiedź na to pytanie. Życie, jakie udało mu się ułożyć, uczucie ukochanej kobiety, a nawet samo przeżycie staną pod znakiem zapytania. W wirze intryg, zagrożeń i wyzwań, by uratować wszystko, co dla niego ważne, bohater będzie musiał podejmować kroki, które poprowadzą go na ścieżkę bardzo odległą od chrześcijańskiego ideału. Bo Boży Plan, którego wszyscy są częścią, nie jest planem łatwym – i wymaga niekiedy dokonywania tego, od czego sam Stwórca najchętniej odwróciłby wzrok.

    Objęte naszym patronatem zakończenie „ruskiej trylogii”, w której wyjaśnią się wątki z „Przeklętych krain” i „Przeklętych kobiet”, trafi do księgarń już 17 lipca.

  • Amazon wyprodukuje serial na podstawie serii „Fallout”!

    Studio Amazon zamówiło adaptację serii gier „Fallout”. Za produkcję serialu odpowiedzialni będą Jonathan Nolan i Lisa Joy, reżyserzy „Westworld” we współpracy z Kilter Films. Producentem wykonawczym będzie natomiast Todd Howard. Zarówno Jonathan, jak i Lisa uważają się za fanów uniwersum i zapalonych graczy.

    Fallout jest jedną z najwspanialszych serii wszech czasów. Każdy rozdział tej niesamowitej historii kosztował nas niezliczoną liczbę godzin, które moglibyśmy spędzić z rodziną i przyjaciółmi. Jesteśmy więc niezwykle podekscytowani współpracą z Toddem Howardem i resztą genialnych wariatów z Bethesdy w celu powołania od życia tego ogromnego, burzliwego, mrocznego i zarazem zabawnego uniwersum wraz z Amazon Studios.

    Na razie nie znamy szczegółów dotyczących fabuły ani przybliżonej daty premiery, ale na Twitterze Bethesdy pojawił się teaser zapowiadający serial.

     

  • Recenzja książki: Jacek Piekara – „Ja, Inkwizytor. Przeklęte kobiety”

    Ja, inkwizytor - przeklęte kobiety

    Jacek Piekara - „Ja, Inkwizytor. Przeklęte Kobiety”

    Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: Fabryka Słów
    Liczba stron: 407
    Cena okładkowa: 43,90 zł

    Dzięki wysiłkom młodego wysłannika Inkwizycji, Mordimera Madderdina, oraz jego towarzyszki, wieszczki Nataszy, udało się pokonać zło nawiedzające knieje i bagniska otaczające Peczorę. O ile jednak nadnaturalne zagrożenie zostało powstrzymane, unicestwione i rozebrane na małe, przenośne kawałki, z których powstaną niechybnie ciekawe pamiątki tych szalonych kilku dni, o tyle niewielka domena księżnej Ludmiły nadal nie jest wolna od gróźb zupełnie zwyczajnych. Jak na przykład takich, kiedy nie jeden, a dwóch lokalnych władyków jednocześnie dochodzi do wniosku, że będzie rządzić Peczorą lepiej niż uzurpatorka, która skazała swojego męża na powolną, brutalną śmierć w klatce na zamkowej bramie… Oto kolejna część znaku rozpoznawczego Jacka Piekary, cyklu o Mordimerze Madderdinie: „Ja, Inkwizytor. Przeklęte kobiety”.

    Cóż więc pozostaje czynić w obliczu takiego zagrożenia? Mordimer czule żegna się z Nataszką (autor, jak zwykle, nie szczędzi nam szczegółów tego „czułego pożegnania”, w czasie którego dowiadujemy się, że Mordimer i Natasza już się więcej nie zobaczą – o tym później!) i razem z Ludmiłą oraz jej świtą wyrusza na wyprawę wojenną, by pokonać rebeliantów. Czynią to z łatwością na pierwszych stu stronach powieści. Później jednak okazuje się, że kiedy peczorscy wojacy byli zajęci pacyfikowaniem jednego powstania, drugi z buntowników wszedł i zajął Peczorę, gród spalił, ludzi wybił, a Nataszę zrzucił z murów. We wszystko wmieszani są jeszcze posłańcy od samego moskiewskiego księcia, przybywający do księżnej w niewiadomym celu. Towarzyszy im na dodatek pewna stara znajoma…

    Obserwujemy tutaj niewielki skok jakościowy w stosunku do poprzednich powieści – poczucie zagrożenia, którego wiecznie brakowało, oparte głównie o niejasną przesłankę o rzekomej śmierci Nataszy. Zanim jednak zdążymy się ucieszyć, że tocząca się gra zaczęła mieć jakąś stawkę, wszystko wraca do normy… W samą porę – jeszcze kilka stron i opowiadana historia mogłaby się stać angażująca. Podobnie jak wtedy, kiedy nasz inkwizytor wyrusza w samobójczą misję pozbycia się najeźdźcy, wykorzystując do tego podziemne przejście, które odkrył nie dalej jak jedną książkę temu. Koncept jest emocjonujący przez całe pięć stron, po których misja kończy się zupełnym fiaskiem, jednak zamiast zginąć, niedoszły asasyn zostaje bardzo uprzejmie ugoszczony i… wypuszczony z powrotem. To bez wątpienia wyraz tej słynnej słowiańskiej gościnności, nie natomiast braku pomysłu, jak skończyć rozpoczęty wątek.

    To jednak nie wszystko. Skoro Natasza przewidziała, że nie zobaczy się więcej z Mordimerem – a potem jednak się widzą, i na dodatek w pełnej krasie, więcej niż raz – czy to oznacza, że jej jasnowidzenie to jedna wielka bujda? Czy poprzednie wizje, jakie miała, też były podobnie obciążone? Fabuła powieści tętni od podobnych nielogiczności. Zaczynają się od samego pomysłu wyprawy wojennej, na którą Ludmiła zabiera wszystkie siły zbrojne, jakimi dysponuje, choć już na samym początku jest powiedziane, że spodziewa się ataku z obu stron – a kończą na pojawieniu się „starej znajomej”, której obecność na Rusi nie ma absolutnie żadnego uzasadnienia, a która ostatecznie zostaje wykorzystana jako wihajster do popchania fabuły naprzód. Co następuje po tym, jak dwie powieści temu sporo wysiłku włożono w wykreowanie jej jako potężnej, znaczącej postaci w tym uniwersum.

    Sam Mordimer też chyba zapomniał, o co mu w tym wszystkim chodzi. Jego plan zmienia się w toku powieści co najmniej cztery razy, raz zakładając, że przeznaczona mu wiedźma jest „tylko narzędziem do osiągnięcia celu”, innym razem zaś deklarując niesłabnącą miłość do niej i planując nawet porzucenie swojej służby Officjum, aby razem z nią spędzić resztę życia. Naprawdę? Czy to nadal ta sama postać?

    Najgorsze jest to, że chyba nie tylko pomysły musiały się na pewnym etapie skończyć, ale również nowe słowa, których można by użyć. Aby nadać moim słowom wagi, niniejszym uroczyście obiecuję wam, drodzy czytelnicy: jeżeli przy okazji lektury kolejnej pozycji z tego cyklu natknę się choć raz na „zapasy spoconych ciał” albo wzmiankę o „zarzucaniu nóg na ramiona w czasie miłosnych uniesień”, przestanę czytać w tamtym momencie i napiszę swoją recenzję na podstawie tekstu, który przeczytam do tamtego momentu. Zakładam przy tym, że nie ominie mnie wiele, jeżeli utrzyma się ta tendencja do powtarzania w kółko tego samego.

    Mógłbym w tym momencie moją recenzję zakończyć – i byłoby to zakończenie tak samo eleganckie, jak finał „Przeklętych kobiet”, urwany, pozbawiony konkluzji, sprawiający wrażenie, jakby dłuższy tekst został po prostu przecięty na dwoje. Autor także musiał zdawać sobie z tego sprawę, bo zaraz potem możemy przeczytać fragment kolejnej planowanej powieści, który natychmiast daje odpowiedzi na kilka z pytań, na które nie odpowiedział epilog. Dziwny to zabieg. Skoro i tak został napisany, czy nie miałoby więcej sensu uczynienie tego fragmentu częścią czytanej właśnie książki?

    Pora na apel. Fabryko Słów! Proszę, wypuśćcie Jacka Piekarę z piwnicy, w której go przetrzymujecie i zmuszacie do produkowania kolejnych prequeli Cyklu Inkwizytorskiego. To pisarz, który wielu z nas swoimi książkami zapewnił masę dobrej zabawy przez mnóstwo dni, kiedy je czytaliśmy. Pozwólcie mu napisać coś innego. Mówię poważnie – z takiego okładania martwego konia może wyniknąć co najwyżej czyjeś wypalenie zawodowe, nie natomiast coś, co warto czytać, nawet z braku lepszych zajęć.

  • Elektroniczny sabat czarownic - Sabat Fiction-Fest Online pod patronatem!

    Sabat Fiction-Fest miał odbyć się 21-23 sierpnia w Kielcach. Mimo że do fizycznego spotkania na terenie kieleckich targów nie dojdzie, nie oznacza to jednak całkowitego odwołania imprezy.

    22-23 sierpnia na serwerach Twitch oraz Discordodbędzie się Sabat Fiction-Fest Online. Wszyscy chętni będą mieli okazję uczestniczyć w konkursach, prelekcjach, turniejach, sesjach RPG, a także konkursie cosplay.

    Konwent będzie trwać nieprzerwanie od godz. 10:00 22 sierpnia, do godz. 20:00 23 sierpnia.

    Większość atrakcji będzie odbywać się na trzech kanałach tematycznych na Twitchu:

    • Kanał 1 poświęcony zostanie prelekcjom nt. anime, mangi, literatury, filmu, komiksu i szeroko pojętej fantastyki
    • Kanał 2 będzie miejscem przeznaczonym na rozmowy z gośćmi, koncerty oraz konkurs cosplay
    • Kanał 3 w całości skupi się na esporcie, głównie rozgrywkach w Leauge of Legends i CS:GO.

    Discord z kolei będzie głównym miejscem do rozmów między uczestnikami oraz do prowadzenia sesji RPG.

    Sabat Fiction Fest Online

  • Nowa książka J.R.R. Tolkiena o Śródziemiu!

    Portal dla fanów Tolkiena „Tolkien’s Collectors Guide” podał informację o planowanym wydaniu nowej książki o naturze Śródziemia – „The Nature of Middle-earth”. Harper Collins i Houghton Mifflin planują opublikować ją w 2021 r. Wzmianki na ten temat po raz pierwszy pojawiły się w katalogu na Targach Książki we Frankfurcie w 2019 roku. Edycją publikacji zajmuje się Carl F. Hostetter, który otrzymał kserokopie materiałów od Christophera Tolkiena przed jego śmiercią.

    „The Nature of Middle-earth” ma zawierać wcześniej niepublikowane pisma J. R. R. Tolkiena o Śródziemiu z lat 1959-1973, między innymi dość szczegółowe teksty o ziemiach, florze i faunie Númenor oraz życiu Númenóreanów. Przybliży też poglądy samego autora na temat Śródziemia i opowie o naturze świata w aspektach przyrodniczo-historycznych i metafizycznych.

    Czytelników i fanów Tolkiena zachęcamy do przyjrzenia się tej publikacji, zwłaszcza jeśli spodobały Wam się „Niedokończone opowieści”.

    Numenor - mapa

  • Recenzja książki: Robert Jordan - „Wojownik Altaii"

    Tytuł książki

    Robert Jordan - „Wojownik Altaii”

    Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: Zysk i S-ka
    Liczba stron: 364
    Cena okładkowa: 49,90

    Robert Jordan kojarzony jest głównie, jeśli nie wyłącznie, ze swym monumentalnym dziełem literatury fantasy, cyklem „Koło Czasu”. Co bardziej obeznani w temacie skojarzą też jego nazwisko z serią o Conanie, w tworzeniu której ten autor brał czynny udział, który można przeliczyć na siedem powieści. Jednak to nie wszystko – a o tym, że Jordan ma na koncie trochę więcej książek, nie wie niestety nawet polska Wikipedia. Wspaniałą okazję do odświeżenia nie tylko „Koła Czasu” (które notabene doczekało się także nowego wydania, wreszcie w twardej oprawie), ale i innych pozycji autora, dają plany platformy Amazon Prime związane z serialem na motywach cyklu – a wydawnictwo Zysk i S-ka uznało to za świetną okazję, by po raz pierwszy dać polskiemu czytelnikowi możliwość przeczytania pierwszej książki Jordana, czyli „Wojownika Altaii”.

    Kiedy Wulfgar, przywódca jednego z barbarzyńskich plemion z Rozłogów, wraz z bratem przybywa do Lanty, nie spodziewa się, że zastanie go zupełnie inne niż zwykle powitanie. W plemieniu mówi się o znakach, omenach, które mają zwiastować jeśli nie katastrofę, to co najmniej niekorzystne zmiany. Wulfgar ma nadzieję uzyskać w mieście rządzonym przez dwie królowe jakąś pomoc – zastaje jednak tylko niechęć i drwiny. Coś wzbudza jego niepokój – i słusznie, jak się okazuje, bo Lanta również została ostrzeżona przez zmianą... I to właśnie w plemniach Altaii widzi dla siebie zagrożenie. Poza nawarstwiającymi się szeregami wrogów Wulfgar znajdzie jednak też zupełnie nieoczekiwanego sojusznika.

    „Wojownik Altaii” czytelnikowi, który nie zapoznał się jeszcze z „Kołem Czasu”, wyda się zapewne powieścią awanturniczo-przygodową pokroju Conana Barbarzyńcy – i czytelnik taki będzie mieć rację, bo ogólna konstrukcja powieści, charakterystyka głównego bohatera i ogólny klimat bardzo przywodzą na myśl dzieje Cymeryjczyka. Mam jednak wrażenie, że Wulfgar jest o wiele bardziej „cywilizowany” – jeśli można tu użyć takiego słowa – od Conana. Potrafi on bowiem wyjść myślami naprzód, planować, rozważać możliwe konsekwencje wydarzeń, ale nie dla siebie, a dla całego plemienia. Jednak jak każdy człowiek mocno przywiązany do tradycji boi się zmian – chociaż rozumie konieczność ich zaistnienia.

    Z drugiej jednak strony, ta książka jest skarbnicą motywów, które potem pojawią się w „Kole Czasu”. Trudno mi było się nie uśmiechnąć, kiedy choćby w Siostrach Mądrości widziałam późniejsze Aes Sedai, razem z ich pewnością siebie i silnymi charakterami. Nie znaczy to jednak, że „Wojownik…” to takie małe „Koło Czasu” – nie, absolutnie nie. Fabułą i klimatem nadal bliżej mu do „Conana” niż do magnum opus Jordana, choć i magię, i miecze (no… gdzieniegdzie) oczywiście się tu znajdzie. Jordan mógł już wtedy wiedzieć, w jakim kierunku rozwinie się jego dalsza pisarska kariera – przedmowa autorstwa Harriet P. McDougal, jego żony i redaktorki, zdaje się to też sugerować.

    „Wojownikowi Altaii” daleko do złożoności powieści z cyklu „Koło Czasu”, jego fabuła jest prosta, miejscami wręcz prostolinijna – ale to dobrze. Dzięki temu książkę czyta się lekko, szybko, bez konieczności pilnowania szczegółów wydarzeń, by nie znaleźć się na rozdrożu z wrażeniem, że coś się przegapiło, jak może się to zdarzyć niektórym już choćby przy „Oku Świata”. Ta książka jest po prostu bardzo przystępna, a że zachowuje też pewne cechy szczególne stylu Jordana, to tym bardziej mogę ją polecić. Trzeba się tylko przygotować na trochę faktycznego „barbarzyństwa” w trakcie wydarzeń – cóż, tytuł i konwencja zobowiązują!

  • Nie żyje Ian Holm – aktor, który zagrał Bilbo Bagginsa w filmie „Władca Pierścieni”

    Sir Ian Holm Cuthbert urodził się 12 września 1931 roku w Goodmayes. W 1953 roku ukończył Royal Academy of Dramatic Art. Swoją aktorską przygodę rozpoczął w jednym z największych brytyjskich zespołów teatralnych – Royal Shakespeare Company, zagrał w serialu „ITV Play of the week”. W 1967 r. Ian Holm dostał nagrodę Tony za rolę Lenny'ego w sztuce „Homecoming”, a także zdobył tytuł najlepszego aktora – Nagrodę im. Laurence'a Oliviera za rolę główną w sztuce „Król Lear”. W 1979 roku zagrał w filmie „Obcy - ósmy pasażer Nostromo”. Wystąpił też między innymi w takich filmach jak „Aviator”, „Szaleństwo Króla Jerzego”, „Piąty element” i „Pan życia i śmierci”. Sir Ian Holm otrzymał nominację do Oscara jako najlepszy aktor drugoplanowy i nagrodę BAFTA za rolę w „Rydwanach ognia”, został również nominowany do Nagrody Akademii Filmowej. Tytuł szlachecki Ian Holm otrzymał w 1998 r.

    Fani fantastyki mogą jednak najbardziej kojarzyć aktora z roli Bilbo Bagginsa w filmach z serii „Władca Pierścieni”, która przyniosła mu międzynarodową sławę. Ian Holm pojawił się również w ekranizacjach powieści o Hobbicie.

    Aktor wygrał walkę z nowotworem prostaty, jednak walczył też z chorobą Parkinsona. Ian Holm zmarł 19 czerwca 2020 roku w londyńskim szpitalu, w otoczeniu rodziny i przyjaciół. Miał 88 lat. O jego śmierci poinformował agent aktora w wywiadzie dla „The Guardian”.

  • Znamy nominacje do Nagrody Zajdla za rok 2019!

    Wczoraj poznaliśmy listę tytułów nominowanych do Nagrody Literackiej Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla. Jak co roku rywalizacja odbędzie się w dwóch kategoriach: powieść i opowiadanie.

  • Drużyna pierścienia z powrotem w komplecie!

    „Powrót królów” – tak zatytułowany został live, który odbędzie się 31 maja na kanale komika i aktora Josha Gada. Josh od jakiegoś czasu zaprasza aktorów i prowadzi z nimi spotkania online, podczas których rozmawiają o produkcjach, które przyniosły im największą sławę. Na kanale znajdziecie rozmowę z obsadą „Powrotu do przyszłości”, „Splash” i „The Goonies”. Tym razem padło na „Władcę Pierścieni”. Zaproszeni zostali m.in. Elijah Wood, Sean Astin, Orlando Bloom, Viggo Mortensen, John Rhys-Davies, Ian McKellen oraz reżyser Peter Jackson. 2 dni temu na kanale pojawił się kilkuminutowy przedsmak rozmowy, który znajdziecie poniżej.

  • Recenzja książki: Herbert George Wells – „Niewidzialny człowiek”

    Tytuł książki

    Herbert George Wells - „Niewidzialny człowiek”

    Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: SQN
    Liczba stron: 198
    Cena okładkowa: 35,00 zł

    Bycie niewidzialnym może się wydawać czymś niesamowicie użytecznym. Unikanie niechcianych sytuacji towarzyskich to z całą pewnością możliwość, która ucieszyłaby każdego, kto od ludzi raczej stroni – jak niżej podpisany. Unikanie płacenia za towary w sklepach jest, rzecz jasna, ciut wątpliwe moralnie, ale z pewnością ogromnie praktyczne. No i… Widzicie? Trzecie zdanie, a dochodzimy do podobnego wniosku, do którego doszedł autor omawianej dziś powieści science fiction: niesamowita moc jest czymś niesamowicie wypaczającym. Oto „Niewidzialny człowiek” Herberta G. Wellsa, klasyczne i szacowne dzieło z pogranicza fantastyki naukowej i horroru.

    Zimą do pensjonatu w angielskiej wsi Iping przybywa tajemniczy gość. Od samego początku sprawia wrażenie ekscentryka – chodzi szczelnie zawinięty w grube ubranie, w dodatku jest bardzo wyczulony na punkcie prywatności. Utrzymuje, że jest badaczem przyrody, całe dnie spędza na majstrowaniu przy skomplikowanej chemicznej aparaturze. Zbyt wiele tajemnic działa na nerwy mieszkańcom spokojnej dotąd wioski, jednak dopóki dziwak płaci za pokój, nikt nie miesza się do jego spraw. Problemy zaczynają się, kiedy gościowi zaczyna brakować grosza – wówczas dochodzi do awantury, w czasie której na jaw wychodzi straszliwy sekret przybysza: bez ubrania jest całkowicie niewidzialny. Niewidoczny odmieniec bardzo szybko staje się postrachem ludności spokojnego miasteczka, ucieka się do kradzieży i rękoczynów, a nawet porywa i zmusza biednego bezdomnego włóczęgę do usługiwania mu. Mieszkańcy okolicznych wsi początkowo nie dowierzają dziwnym doniesieniom, w końcu jednak organizują obławę na niewidocznego gołym okiem socjopatę, który grasuje po okolicy. Na czele akcji staje Kemp, uczony i dawny współpracownik sprawcy.

    Powieść bez problemu daje się ją pochłonąć w jeden wieczór. Nieduża objętość zdecydowanie działa na jej korzyść, bo pomysł zdecydowanie nie udźwignąłby dłuższej formy – główną tajemnicę poznajemy bowiem już po lekturze samego tytułu na okładce. Najważniejsza część utworu to rozdział, w którym dowiadujemy się, jak Griffin, tytułowy niewidzialny człowiek, stał się niewidzialny i w jaki sposób się to na nim odbiło. Taka akurat kompozycja jest dosyć charakterystyczna dla powieści z początków gatunku – centralnym punktem opowieści jest retrospekcja wyjaśniająca zarzewie całego dramatu, dużo ważniejsze niż sam dramat. W „Niewidzialnym człowieku” jednak to opisanie drogi ku zatraceniu człowieka skuszonego niezwykłą potęgą nie wypada zbyt przekonująco – główny bohater od samego początku ma skłonności despotyczne, finansuje swoje badania dzięki fortunie skradzionej ojcu, oszukuje i kradnie, by osiągnąć cel. Praktycznie nie istnieje zamierzony kontrast pomiędzy Griffinem przed i po przemianie. Po niej także kradnie i oszukuje, tym razem aby odwrócić skutki niezwykłego eksperymentu. Trudno ukazać zgubny wpływ nadludzkich mocy na moralność człowieka, kiedy wspomniany człowiek był jej pozbawiony od samego początku. Sprawia to, że główny bohater całej historii wydaje się płaski, mało realny, skutkiem czego sama historia również, mimo przystępności, z trudem utrzymywała moją uwagę.

    „Niewidzialnego człowieka” warto jednak poznać, choćby ze względu na ogromny wpływ, jaki ten motyw wywarł na współczesnej popkulturze – znalazł miejsce w filmie, komiksie, a nawet dziełach literackich dziesiątek naśladowców. Chociaż recenzowana powieść Wellsa zestarzała się dużo gorzej niż inne, głośniejsze tytuły tego autora, takie jak „Wojna światów”, „Wyspa Doktora Moreau” czy „Wehikuł czasu”, nadal zaliczana jest do ścisłej klasyki gatunku. Polecam szczególnie tym ciekawym jego początków.

  • Recenzja książki: Roger Zelazny – „Pan Światła”

    Tytuł książki

    Roger Zelazny - „Pan Światła”

    Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: SQN
    Liczba stron: 336
    Cena okładkowa: 45.00 zł

    Na początku tego tekstu powinienem prawdopodobnie wspomnieć, że nie będę nawet próbował utrzymywać jakichkolwiek pozorów obiektywizmu – uwielbiam twórczość Rogera Zelaznego. Najbardziej chyba „Aleję Potępienia” – opowiadanie, od którego zaczęła się moja miłość do postapokalipsy. „Kroniki Amberu” wywarły na mnie ogromne wrażenie, kiedy byłem młodszy i, jak się ostatnio okazało, to wrażenie nie osłabło na przestrzeni lat. „Deus Irae” był wyśmienity, choć przerażający. Zelazny to niekwestionowany mistrz kreowania żywych, wciągających i zaskakujących światów – a dziś mam okazję opowiedzieć o jednym z najbardziej interesujących, bo inspirowanym tematyką do niedawna dość mało eksplorowaną w fantastyce – hinduizmem. Oto „Pan Światła”.

    Bohaterem powieści jest Mahasamatman, w skrócie Sam. Sam jest jednym z pierwszych osadników na odległej od Ziemi planecie, dokąd ludzkość przybyła wiele wieków temu. Niezwykły świat, który przyszło mu zamieszkiwać, wydaje się żywcem wyrwany z wierzeń rodem z Indii. Na najwyższej w świecie górze mieści się miasto zamieszkiwane przez bogów, którzy strzegą prostych ludzi przed demonicznymi Rakszasami, a także wyrokują, kto z umarłych jest godny kolejnego wcielenia – i w jakiej postaci. Bogowie są surowi i okrutni, na zawsze utrzymują ludzkość w stanie zacofania i bezlitośnie tępią wszelkie przejawy myśli postępowej, zebrane pod wspólnym terminem akceleracjonizmu. Jak się okazuje, nasz Sam jest ostatnim akceleracjonistą na świecie – a za jego postępki w poprzednich żywotach spotkała go najsurowsza kara: uwięzienie pod postacią energetycznej chmury w dziwnej anomalii na niskiej orbicie. Jego dawni sojusznicy potrafią jednak sprowadzić go z powrotem do świata śmiertelnych – aby jeszcze jeden, ostatni raz rzucił wyzwanie bóstwom i uwolnił ludzkość spod ich jarzma.

    Jak wspomniałem we wstępie do tego tekstu, od pierwszych stron byłem oczarowany konstrukcją świata przedstawionego. Ten jest, jak zwykle u Rogera Zelaznego, niezwykły i świeży. Na samym początku czytelnik ma wrażenie, że został wrzucony w sam środek hinduskiej legendy, gdzie sprawy chodzących po ziemi bogów mieszają się ze sprawami śmiertelnych, a najdrobniejszy skrawek rzeczywistości materialnej, jak ptak czy kamień, jest powiązany z tą duchową. Później jednak, gdy poznajemy coraz więcej szczegółów, okazuje się, że sprawy mają się zarazem tak samo, jak i inaczej. Wszystko, w co wierzą mieszkańcy tego świata – karma, wędrówka dusz, reinkarnacja, mściwi bogowie doglądający śmiertelnej sfery – to prawda, ale z przyczyn zupełnie innych niż metafizyczne. Po śmierci bogowie rzeczywiście ważą dusze śmiertelników, a służy im do tego zaawansowane urządzenie odczytujące wspomnienia, zwane psychosondą. Reinkarnacja jest możliwa dzięki technologii przenoszenia świadomości między ciałami – tej samej, dzięki której bogowie mogą zmieniać swoje powłoki i role. Płonące rydwany nieśmiertelnych władców tego świata to, oczywiście, uzbrojone po zęby statki kosmiczne, zaś święte bronie, będące ich atrybutami, to w istocie lasery i emitery fal… Wiara i dostępna nielicznym technologia składają się na opresyjny aparat władzy – nielicznych śmiertelników bawiących się w mitycznych bogów – utrzymujący całą ludzkość w stanie niekończącego się średniowiecza, w strachu, zacofaniu i zabobonie.

    Muszę jednak przyznać, że trochę mniej zachwyciła mnie konstrukcja fabuły. Historia opowiedziana przez Zelaznego wciąga, a postaci, o których opowiada, są wykreowane w interesujący sposób, dają się polubić, zachęcają do dalszego śledzenia ich losów (Jama, ubierający się na czerwono bóg śmierci, jest chyba moim ulubieńcem). Rozczarowanie przychodzi jednak w okolicach końca opowieści – gdy okazuje się, że dwie trzecie objętości książki to medytacje głównego bohatera na temat jego poprzednich wcieleń, w których rzucał wyzwania bogom. Kiedy budzi się z transu, w który zapadł po swoim odrodzeniu na początku książki, i na nowo rozpoczyna bój z bogami, na dokonanie tego, co postanowił, zostaje mu mniej niż pięćdziesiąt stron – przez co zakończenie jego historii wydaje się przychodzić po prostu zbyt szybko. W moim odczuciu przeznaczenie ponad połowy książki na retrospekcję było zabiegiem odrobinę chybionym, przez co finalny odbiór dzieła jest gorszy, niż mógłby być przy bardziej tradycyjnej formie opowiadania.

    Tekst może być cokolwiek trudny w odbiorze dla kogoś, kto nie miał do tej pory styczności z hinduizmem ani nie czytał podań z tego kręgu kulturowego. Można się jednak przyzwyczaić do pewnych dziwactw, a odrobina nadrabiania zaległości z tego, kto właściwie jest kim w hinduistycznym panteonie, znacznie ułatwia lekturę. Kiedy ta sztuka się uda, „Pan Światła” rewanżuje się jako naprawdę pięknie napisany kawałek tekstu. Dialogi są fantastyczne, zarazem błyskotliwe, jak i utrzymane w specyficznym klimacie, co potęgując wrażenie, że czyta się baśń lub wschodni tekst religijny. Podobnie ma się sprawa z opisami, choć miałem wrażenie, że one akurat z biegiem powieści zaczęły tracić swój niezwykły charakter. Nie mogę jednak powiedzieć, że mi to przeszkadzało – jak powiedziałem, wkrótce wyjaśnia się, że wydarzenia w świecie „Pana Światła” nie mają tak naprawdę niczego wspólnego z mocami nadprzyrodzonymi, utrzymywanie dekoracji po takim odkryciu mogłoby po prostu zmęczyć czytelnika.

    Czy polecam „Pana Światła”? Jak najbardziej. Jak wszystkie powieści Zelaznego, również i ta jest dosyć krótka, choć specyficzny język i konstrukcja świata sprawiają, że przynajmniej na początku lektura postępowała mi dosyć wolno. Jest to jednak jedno z najbardziej niezwykłych dzieł tego autora oraz w ramach fantastyki naukowej w ogóle, coś, co po prostu wypada znać. Jeśli w dodatku cenisz sobie odrobinę egzotyki oraz kusi cię świeże podejście do tematyki kolonizacji obcych planet, która w naszych czasach – gdy fantastyka naukowa stała się elementem mainstreamu – wydaje się wyczerpana, wspólna podróż z Mahasamatmanem będzie dla ciebie wyłącznie satysfakcjonująca.

  • Recenzja książki: Andrew Caldecott - „Miasteczko Rotherweird”

    Miasteczko Rotherweird

    Andrew Caldecott - „Miasteczko Rotherweird”

    Wydawnictwo: Nazwa WydawnictwaZysk i S-ka
    Liczba stron: 628
    Cena okładkowa: 39,90 zł

    Każde miasteczko ma swoją historię. Mniej lub bardziej ciekawą, mniej lub bardziej szczegółową, ale zawsze obecną gdzieś w tle. Zwykle starsi mieszkańcy starają się, by zaistniała ona w świadomości młodzieży. Ale w Rotherweird jest inaczej. Tu nie katuje się nią uczniów na uroczystościach ani na wycieczkach do lokalnego muzeum. Tutaj mówienie o przeszłości miasta jest zakazane. Jednak – jak to zazwyczaj bywa ze wszystkim, co owiane tajemnicą – ktoś w końcu postanawia wyciągnąć sekrety na światło dzienne.

    Jonah Oblong, całkiem przekonująco przedstawiony nam jako najzwyklejszy na świecie nauczyciel historii, zmuszony przez okoliczności przystaje na ofertę pracy w szkole w Rotherweird. I chociaż każdy stresuje się przed nowymi wyzwaniami zawodowymi, to nerwowość historyka jest całkiem uzasadniona. Już z pierwszym krokiem postawionym w tym odizolowanym mieście Jonah upewnia się, że to miejsce rządzi się własnymi prawami. Oblong ma absolutny nakaz uczenia wyłącznie historii najnowszej, a mieszkańcom wsi nie wolno pozostawać w mieście na noc. Każdy zdaje się kryć jakiś niezwykły sekret, a przeszłość sięga tylko tak daleko, jak pozwala na to pamięć najstarszych mieszkańców.
    Ale nawet zasady przestrzegane od wieków mogą ugiąć się pod ciężarem pieniędzy. Na przykład należących do ekscentrycznego milionera sir Slickstone’a, który, choć dopiero co przyjechał, czuje się w mieście jak u siebie...

    Im dalej w fabułę, tym bardziej jesteśmy wdzięczni za spis bohaterów umieszczony na początku książki. Zostajemy bowiem zaznajomieni z wszystkimi ważniejszymi osobistościami Rotherweird.
    Główny wątek na początku trudno uchwycić – chociaż wiadomo, że będzie wiązał się z mroczną przeszłością miasta. Nasza uwaga jest rozpraszana przez natłok odsłanianych sekretów i nie mamy pewności, na którym się skupić. Autor zadbał o to, by oddać codzienne życie w niecodziennym miasteczku: mamy i miejscowego ogrodnika, który hoduje przedziwne mutacje roślin, i bliźniaków-wynalazców, odpowiadających za transport, i ściśle tajne badania prowadzone przez nauczycieli – wszystko dzieje się w rytmie roku szkolnego i lokalnych uroczystości, podczas których można liczyć na ujawnienie kolejnych skrawków informacji. A skrawki te należy zbierać szybko: źródło tak wielu niezwykłości, które od wieków zdarzają się w Rotherweird, może być zagrożone, a poza tym chce je odnaleźć też przyjezdny bogacz.
    Ten wyścig po prawdę przeplata się z krótkimi fragmentami historii leżącej u początków Rotherweird, czyli z losami dwanaściorga dzieci o niezwykłych zdolnościach. Tu już gołym okiem widać motyw, który tak często przewija się w książkach fantastycznych: ci, którzy posiadają niezwykłe moce, bardzo łatwo mogą stać się spragnieni jeszcze większej potęgi.

    Moim podstawowym problemem przy ocenie „Miasteczka Rotherweird” było to, że trudno jednoznacznie określić, co przemawia na niekorzyść książki, a co jest jej mocną stroną. Historia brzmi przecież ciekawie: niezwykłe dzieci z czasów elżbietańskich, zamknięta przed światem osada, tajemnicze zdolności mieszkańców. Chociaż autor faktycznie wykreował rozbudowany i intrygujący świat, to czasem trudno jest znaleźć logikę w jego działaniu – Caldecott najwyraźniej uznał, że skoro świat jest magiczny, nie potrzeba wyjaśniać rządzących nim mechanizmów.
    Niestety, również klimat obiecany w opisie z tyłu okładki w samej książce jest mniej wyczuwalny. Atmosferę tajemnicy i mroku rozrzedzają zbyt rozwleczone wątki poboczne, a czasem dygresje, zupełnie zbędne dla fabuły – na przykład o urodzie albo stanie cywilnym kobiecych postaci niemających znaczenia dla narracji. Podobnie rzecz ma się z bohaterami, spośród których część potraktowano jak wydmuszki: zaprezentowano ich jedną, najwyżej dwie cechy (często w sposób tak przerysowany, że aż męczący), przez co nie dano czytelnikowi szansy poznania ich motywacji i rozterek. Jednak nie wynika to z braku umiejętności autora – Caldecott stworzył też postaci tak barwne i dziwaczne, że nie można ich nie polubić. Wszystkie te elementy, choć osobno łatwe do określenia jako pozytywne lub nie, w połączeniu sprawiają, że trudno jest ocenić całą książkę. Nie da się o niej jednoznacznie powiedzieć „dobra” lub „zła” – po prostu nie wywołuje większych emocji.

    „Miasteczko Rotherweird” jest pierwszą częścią trylogii i jak na razie jedyną przetłumaczoną na język polski. I chociaż zakończenie faktycznie pozostawia nas w punkcie, w którym mamy jeszcze wiele pytań i od którego można by wyruszyć dalej, pozostaje pytanie, czy warto. Pierwszy tom oferuje nam na pewno ciekawy pomysł, szerokie uniwersum i dość wciągającą intrygę – to wystarczająco, by zafascynować czytelnika historią Rotherweird, ale chyba jeszcze za mało, by przyciągnąć go do całej serii.

  • Kregulcowe Dni online pod patronatem!

     Już 16 maja 2020 roku każda osoba z dostępem do Internetu będzie mogła wziąć udział w wirtualnej wersji konwentu Kregulcowe Dni: Wojna Służby Online, który obejmujemy swoim patronatem. Organizator wydarzenia – Klub Fantastyki Kregulec – zapewnia, że pojawią się atrakcje dla każdego miłośnika fantastyki, kultur dalekowschodnich i szeroko pojętej popkultury: od zawodów indywidualnych i grupowych oraz rywalizacji w grach planszowych aż po ciekawe prelekcje. Tytułowa „wojna służby” będzie mieć miejsce na serwerze Discord w godzinach 9:00 - 21:00. Informacje dotyczące uczestnictwa w wydarzeniu oraz nowinki od organizatorów znajdziecie na ich oficjalnej stronie, a także w wydarzeniu na Facebooku.

    Udział w wydarzeniu jest oczywiście bezpłatny.

  • Recenzja książki: Michał Dąbrowski – „Imię Boga”

    Imię Boga

    Michał Dąbrowski - „Imię Boga”

    Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: Zysk i S-ka
    Liczba stron: 686
    Cena okładkowa: 39,90 zł

    Nie powinno się oceniać książki po okładce, prawda? Ale co zrobić, jeśli jej wygląd sprawia, że masz ochotę wziąć ją w swoje ręce i zacząć przerzucać kolejne zadrukowane strony? Co zrobić, gdy opis powieści zachęca do zagłębienia się w treść? Jak walczyć z potrzebą poznania historii, która ma być „wciągająca niczym pilot dobrego serialu”? Nie warto się bronić – trzeba sprawdzić, czy ten ładnie zapakowany cukierek pod tytułem „Imię Boga” nie okaże się przypadkiem trudną do przełknięcia gorzką pigułką.

    Już na pierwszych stronach powieści Michał Dąbrowski zabiera czytelnika do swojego niezwykłego świata i przedstawia mu w prologu wizję, która stanie się motywem przewodnim dalszych wydarzeń. Trzeba przyznać, że dziwna jest to wizja, początkowo niezrozumiała, brutalna, pełna symboli, nieznanych nam osób, wymyślnych stworzeń i dziwnych zachowań, nabierająca jednak sensu wraz z rozwojem akcji. Ale to, co dostajemy na początku powieści, znacznie różni się od historii snutej w dalszych rozdziałach. Zaraz po prologu autor „wrzuca” nas do świata wykreowanego w najdrobniejszych szczegółach, a dokładnie do Aazh – stolicy Cesarstwa, nad którym świecą dwa słońca, rozciągającego się na pół kontynentu. To właśnie to miasto pełne skrzydlatych kotów i krwiożerczych koni pociągowych stanie się sceną wielu intryg, dramatów oraz walk o wpływy i władzę. Ukazane z niezwykłą dokładnością Aazh można nawet uznać za dodatkowego bohatera powieści, wpływającego na innych i poprzez swoją infrastrukturę determinującego zachowania i decyzje.

    W Aazh w najlepsze trwa walka między władzą świecką a duchową. W samym centrum tej podjazdowej wojny między Cesarzem a Kolegium Kościoła znajdzie się dwóch lekarzy, Ethon oth Oehrlingen i Lheiam Eick. Ci młodzi, ambitni medycy z pomocą swojego mistrza Thanila i jego tajemniczych mocodawców będą próbowali odkryć prawdę na temat śmiertelnej choroby zwanej krwawnicą, rozprzestrzeniającej się w Cesarstwie. Niestety, ponieważ wykorzystywane przez nich metody są zakazane, a nawet uznawane za świętokradcze, lekarze muszą działać w tajemnicy i choć zdają sobie sprawę z konsekwencji, nie przypuszczają, jakie problemy mogą z tego wyniknąć.

    Losy Ethona i Lheiama splotą się z losami Loreanzzy Aveanny – współpracowniczki cesarskiego szpiega, pochodzącej z odległej Tirrei. Kobieta ma szukać informacji na temat niejakiego Enrosza, brata jej pracodawcy. Niezwykła sieć powiązań między ludźmi wywodzącymi się zarówno z przestępczego półświatka, jak i kręgów kościelnych zaprowadzi Lori do Ethona i osób wspierających jego zakazane badania. Na ich drodze stanie też pewien zakapturzony mężczyzna wypełniający wolę Boga.

    „Imię Boga” to debiut pisarski Michała Dąbrowskiego, który – przyznaję – można uznać za udany. Autor zabiera nas w ciekawą podróż do jakby znajomego, ale bardzo innego świata. Na pierwszy rzut oka ten świat przypomina trochę rzeczywistość, w czasie której działała Święta Inkwizycja, heretyków paliło się na stosach, a wszelkie odstępstwa od doktryny Kościół tępił z całą stanowczością.

    Zdecydowaną zaletą tej książki jest akcja, która zawiązuje się długo, ale potem rozwija się szybko i dość płynnie jak na tak rozbudowaną – liczącą blisko siedemset stron – powieść. Zawiłe wątki udaje się prowadzić konsekwentnie do rozwiązania, choć nieraz plączą się ze sobą i zazębiają. Wpływa na to styl pisarza: dojrzały, zwięzły, bez rozbudowanych metafor i opisów, ale dla niektórych być może zbyt współczesny i nieprzystający do okoliczności.

    „Imię Boga” to powieść mroczna, brutalna, pełna przemocy fizycznej i psychicznej, niekiedy trudna w odbiorze, wymagająca skupienia i przeanalizowania faktów. Dzieje się tak także za sprawą narracji – trzecioosobowej, ale z ukazaniem perspektywy kilku osób.
    Niestety, nie udało się uniknąć kilku rzeczy, które działają na niekorzyść tej książki. Bohaterów powieści „Imię Boga” poznajemy w konkretnym momencie, ale wiemy o nich niewiele. Informacje o ich motywacjach czy ważnych wydarzeniach z ich życia, które odcisnęły na nich piętno, musimy sami „składać” ze strzępów, które autor dawkuje nam z iście aptekarską precyzją. Krótkie wzmianki, fragmenty dialogów – to wszystko, na co możemy liczyć. Niekiedy może to irytować, zwłaszcza gdy bohater zachowuje się w nieoczekiwany sposób, a my nie wiemy dlaczego. Domyślamy się, że miało na to wpływ jakieś istotne wydarzenie z przeszłości, ale nikt nie wyjaśnia nam jakie. Irytujące pytanie „dlaczego?” towarzyszyć nam będzie nieustannie, a odpowiedzi znajdziemy zdecydowanie później niż wcześniej i często okażą się one niezbyt satysfakcjonujące. Niektóre kwestie nie zostaną wyjaśnione w ogóle.

    Na tym chyba polega problem z powieścią Michała Dąbrowskiego – pisarz wykreował niezwykły, interesujący świat i ciekawych bohaterów, ale zdecydowanie nie ułatwił czytelnikowi zrozumienia, co i jak działa. Mamy dużo tajemnic do odkrycia, zagadek do rozwiązania, lecz mało faktów. Wielu rzeczy możemy się domyślać. Ale czy domyślamy się dobrze?

    Ciekawie natomiast Michał Dąbrowski rozwiązał kwestię magii. Jeśli ktoś będzie chciał, na pewno tę magię dostrzeże. Ten, kto stąpa twardo po ziemi, uzna, że magia w tej książce to tylko wytwór wyobraźni bohatera, słyszącego obce głosy schizofrenika, czy efekt znacznej utraty krwi.

    „Imię Boga” to też na pewno „męska” powieść. Nie znajdziemy tu nadmiernej egzaltacji czy uczuciowości. Emocji jest tyle, by wystarczyło do zrozumienia bohaterów i ich motywacji – jeśli trzeba zabijać, to się zabija, gdy trzeba leczyć, to się leczy, gdy trzeba uciekać, to się ucieka, bez zbędnego roztrząsania problemu i filozoficznych rozważań.
    Te „męskie” cechy bardzo widoczne są także wtedy, gdy spojrzy się na kobiece postaci pojawiające się w powieści – są silne, pewne siebie, znają swoją wartość. Można się tylko zastanawiać, czy nie brakuje im jednak tej delikatności i uczuciowości przypisywanej kobiecej naturze.

    Jeśli chodzi o stronę techniczną, to – jak wspomniałam – książka prezentuje się naprawdę ładnie. Grafika na okładce zdecydowanie zachęca do tego, by sięgnąć po powieść. Na wewnętrznych stronach znajdziemy mapki prezentujące topografię miasta Aazh oraz fragmentu kontynentu, na którym leży Cesarstwo. Znacznie ułatwia to orientację w przestrzeni miasta i podążanie za bohaterami. Jedyną wadą mojego egzemplarza książki były niepodocinane brzegi, co sprawiało, że niektóre strony były ze sobą połączone. Próba ich rozdzielenia skutkowała przeważnie rozdarciem kartki.

    Otrzymaliśmy więc smacznego cukierka czy niedobrą pigułkę? Myślę, że cukierka z delikatnie gorzkim posmakiem. Jeśli ktoś szuka interesującej, powieści szpiegowsko-kryminalnej osadzonej w niebanalnym świecie, pełnej wartkiej akcji i ciekawych zagadek powinien sięgnąć po tę książkę – na pewno się nie zawiedzie. Jeśli natomiast poszukuje pełnego magii fantasy, może poczuć się zawiedzony – ale „Imię Boga” jest na tyle interesującą pozycją, że warto dać jej szansę.

  • Regulamin konkursu: „Darmowe książki na kwarantannę”

    REGULAMIN KONKURSU

    § 1 POSTANOWIENIA OGÓLNE

    1. Konkurs jest organizowany pod nazwą „Darmowe książki na kwarantannę” i jest zwany dalej: „Konkursem”.
    2. Organizatorem Konkursu jest redakcja Konwenty Południowe z numerem ISSN 2353-8996.
    3. Konkurs zostanie przeprowadzony wyłącznie w Internecie, na profilu Facebookowym redakcji Konwenty Południowe w dniach 24 kwietnia do 8 maja 2020 roku (do godziny 18:00:00).

    § 2
    WARUNKI I ZASADY UCZESTNICTWA W KONKURSIE

    1. Uczestnikiem Konkursu („Uczestnik”) może być każda osoba fizyczna, która:
      a) jest Fanem profilu redakcji Konwenty Południowe na Facebooku. Przez Fana rozumie się osobę, która kliknęła „Lubię to” na profilu redakcji Konwenty Południowe i tym samym zyskała status Fana;
      b) napisała odpowiedź na pytanie „Jaki tytuł z wymienionych chcesz dostać za darmo i dlaczego? (można wybrać do trzech sztuk)” w komentarzu do posta konkursowego na profilu redakcji Konwenty Południowe na Facebooku;
      c) nie jest pracownikiem redakcji Konwenty Południowe;
    2. Warunkiem uczestnictwa w Konkursie jest łączne spełnienie następujących warunków:
      a) osoba biorąca udział w Konkursie musi posiadać status Uczestnika zgodnie z § 2 pkt 1.
    3. Uczestnikowi przysługuje tylko jedna szansa. Odpowiedzi ze zduplikowanych/fałszywych kont, stron (Fanpage) oraz takie, które budzą wątpliwości, nie zostaną uznane.

    § 3 NAGRODY

    1. Nagrodą w Konkursie są następujące książki:
      - „Mroczny Zbawiciel” Miroslav Zamboch
      - „Karpie Bijem” Andrzej Pilipiuk
      - „Ja inkwizytor: Przeklęte krainy” Jacek Piekara
      - „Mój Przyjaciel Kaligula” Jacek Piekara - 3 sztuki
      - „Dziedziczka Jeziora” Maria Dahvana Headley - 3 sztuki
      - „Serce lodu” Arkady Saulski - 2 sztuki
      - „Kiedy Bóg Zasypia” Rafał Dębski
      - „Miłość Bogów” Rafał Dębski - 2 sztuki
      - „Oprawca Boży” Eugeniusz Dębski - 2 sztuki
      - „Księga zepsucia, Tom 1” Marcin Podlewski - 2 sztuki
      - „Ostatnie Namaszczenie” Krzysztof Haladyn
      - „Ostatni” Charlie Fletcher
      - „Astralker” Tomasz Sobiesiek - 2 sztuki
      - „Śmiertelne Oczyszczenie” Agata Polte - 2 sztuki
      - „Wilcze Gniazdo” Jacek Komuda - 2 sztuki
      - „Gniew Imperium” Brian McClellan - 3 sztuki
    2. Zdobywcami nagród w Konkursie są Uczestnicy, którzy zostaną wybrani, przez redakcję Konwenty Południowe. Ich liczba zależeć będzie od ilości uczestników konkursu. Na każde 20 osób można będzie wygrać trzy książki.
    3. Zdobywcy nagrody zostaną powiadomieni o wygranej odpowiedzią na komentarz konkursowy na Facebooku oraz będą publicznie ogłoszeni w poście podsumowującym Konkurs.
    4. Celem potwierdzenia chęci przyjęcia nagrody, powiadomiony Zdobywca powinien odpowiedzieć w terminie do 3 (trzech) dni od ogłoszenia zwycięzcy.
    5. W celu odbioru nagrody, zwycięzca konkursu zobowiązany jest opłacić z góry koszty przesyłki paczkomatem - 15 zł.
    6. Za przekazanie nagrody zwycięzcy odpowiedzialna będzie redakcja Konwenty Południowe.

    § 5 POSTANOWIENIA KOŃCOWE

    Organizator ma prawo do zmiany postanowień niniejszego Regulaminu, o ile nie wpłynie to na pogorszenie warunków uczestnictwa w Konkursie. Dotyczy to w szczególności zmian terminów poszczególnych czynności konkursowych. Zmieniony Regulamin obowiązuje od czasu opublikowania go na stronie www.Kowenty-Poludniowe.pl 

    Konkurs nie jest w żaden sposób powiązany z serwisem Facebook. Serwis Facebook nie jest sponsorem, nie administruje, nie zarządza ani nie jest w żaden sposób odpowiedzialny za konkurs.

  • Festiwal Fantastyki Pyrkon 2020 odwołany

    Wielu z nas chyba czekało na tę informację, bo było niemal pewne, że to się wydarzy. Największy w Polsce festiwal fantastyki – Pyrkon – został oficjalnie odwołany i odbędzie się dopiero w 2021 roku. Zakupione bilety zachowują ważność. Decyzja podyktowana jest oczywiście pandemią wirusa Covid-19, znanego także jako koronawirus. Podano wstępną datę kolejnej edycji wydarzenia – 14-16 maja 2021 r., a tymczasem zapraszamy do przeczytania oficjalnego oświadczenia Drugiej Ery:

  • Festiwal Cytadela odwołany!

    Festiwal Fantastyki Cytadela pierwotnie został zaplanowany na 26-28 czerwca. Jednak zorganizowanie eventu w tym terminie okazało się niemożliwe, dlatego festiwal ze względów bezpieczeństwa odbędzie się dopiero w dniach 25-27 czerwca 2021 roku. Nie oznacza to jednak, że pożegnamy się z Cytadelą całkowicie.

    W dniach 4-6 września br. w Giżycku odbędzie się Festiwal Twierdza. Oba wydarzenia postanowiły nawiązać współpracę, dzięki której część atrakcji z Cytadeli zobaczycie właśnie tam.

    Jeśli kupiliście już bilety, wciąż możecie je wykorzystać. Upoważniają one do udziału w tegorocznej Twierdzy lub przyszłorocznej Cytadeli. Oczywiście wciąż możecie ubiegać się o zwrot pieniędzy – wystarczy kliknąć tutaj.

    Banner Cytadeli

  • Stalowowolskie Spotkania z Fantastyką przełożone na sierpień!

    W dniach 3-5 lipca w Liceum Ogólnokształcącym im. Cypriana Kamila Norwida miały odbyć się Stalowowolskie Spotkania z Fantastyką. Z oczywistych względów zorganizowanie konwentu w tym terminie okazało się niemożliwe i impreza została przełożona na ponad miesiąc później i potrwa od 14 do 16 sierpnia.

    Warto jednak pamiętać, iż obecna sytuacja jest bardzo niepewna, więc ostatecznie termin może ulec kolejnej zmianie.

    Banner Stalowowolskich Spotkań z Fantastyką

  • Recenzja gry: K2

    K2

    Nazwa gry

    Nazwa Wydawnictwa

    Wydawca: Rebel
    Autor: Adam Kałuża (projekt); Jarosław Nocoń (ilustracje)
    Rodzaj: strategiczna
    Poziom skomplikowania rozgrywki: średni
    Losowość: mała
    Gra składa się z: -dwustronnej planszy
    -12 kafli pogody (6 zimowych, 6 letnych)
    -znacznika pogody
    -znacznika gracza rozpoczynającego
    -10 pionków namiotów
    -10 znaczników aklimatyzacji
    -20 pionków himalaistów
    -20 żetonów ryzyka
    -5 kart ratunku
    -90 kart graczy
    -5 plansz graczy
    -instrukcji w języku polskim i angielskim

    Gra planszowa „K2” została nominowana do nagród Gra Roku w Polsce oraz Spiel des Jahres. Dużym osiągnięciem jest to, że do drugiej wymienionej nagrody dostała się jako pierwsza polska gra planszowa.

    k2 1Czym właściwie jest K2 i co zawiera opakowanie?

    W grze wcielamy się w dwóch himalaistów, którzy usiłują jako pierwsi zdobyć drugi co do wysokości szczyt świata (8611 metrów n.p.m.).  Do poruszania się jednak nie używamy kostki, a kart. Polega to na rozgrywaniu tur w odpowiedniej kolejności, a każdy gracz ma swoją talię. Wydaje się proste? Takie jest, ale aby gra przypominała jak najbardziej klimat górskiej wspinaczki, autor dodał kilka elementów poza wspomnianą talią. Przede wszystkim osoba, która wspina się najagresywniej dobiera jeden z żetonów ryzyka, który trzeba rozliczyć, odejmując wartość ze swoich punktów np. ruchu. Kolejną kwestią jest aklimatyzacja, czyli przyzwyczajenie himalaisty do pewnej wysokości. Wejście na wyższe partie gór wymaga odpowiedniej ilości punktów aklimatyzacji. Jeśli gracz ma ich za mało – himalaista umiera. Ostatnią, najważniejszą kwestią jest wpływ pogody na przebieg rozgrywki. Jak w każdej wyprawie górskiej, warunki pogodowe mogą być zmienne. W grze znamy pogodę na kilka dni do przodu i dzięki temu możemy planować swoją wspinaczkę tak, by ta była szybka (w końcu ścigamy się z innymi graczami), ale i bezpieczna na tyle, na ile się da.

    k2 2Czy gra jest warta uwagi?

    Zdecydowanie. Została stworzona tak, by jak najlepiej odzwierciedlała wspinaczkę górską, jak i klimat samych gór. Plansza i karty utrzymane są w górskiej stylistyce. Wszystko jest bardzo dobrze do siebie dopasowane. Według mnie jedną z największych zalet tej gry jest to, że możemy w nią zagrać dosłownie z każdym, a jej komponenty są niezależne językowo. Instrukcje dodane do gry są w dwóch językach – polskim i angielskim, napisane zostały zrozumiale, można też nauczyć się zasad z filmiku na Youtube zamieszonego na kanale wydawnictwa Rebel. Rozgrywka trwa około godziny i daje dużo możliwości doboru poziomu skomplikowania. Sama plansza ma wersję łatwiejszą i trudniejszą, karty pogody są tak samo podzielone: pogoda letnia (łatwa) i zimowa (trudna), jednak można je ze sobą mieszać, by jeszcze bardziej urozmaicić rozgrywkę. Istnieje wariant familijny, w którym dostajemy dodatkową kartę ratunku dla himalaisty w wypadku jego śmierci. Jest to ciekawa opcja dla młodszych graczy (w grę można grać od 8 roku życia). Kolejnym plusem jest wydanie, plansza główna i planszetki graczy są bardzo solidne, karty pogody wykonane są z tektury. Pionki drewniane. W pudełku są przegródki, więc elementy gry nie leżą w nim luźno. Ważną zaletą jest to, że w „K2” można grać solo, jak i maksymalnie do pięciu osób. Osobiście grałam w trzy osoby, jak i sama. Rozgrywka nie różni się wtedy za wiele. Nawet przy wariancie dla jednej osoby trzyma ona w napięciu i widoczne są jej wszystkie mocne strony. Główna różnica polega na innym sposobie podliczania punktów pod koniec gry.

    Według mnie małym minusem jest słabe oznaczenie kolorów kart (odpowiednich dla poszczególnych graczy). Kolejny to prosty, lekki i przyjemny wariant łatwy gry. Jest on praktycznie pozbawiony  ryzyka. Nie potrzeba do niego specjalnej strategii czy przemyślenia swoich ruchów. Według mnie można na spokojnie zacząć od przynajmniej trudniejszych kart pogody do łatwiejszej planszy. Oczywiście jeśli gramy w wersję trudniejszą, to już nie jest tak kolorowo. Moim zdaniem dopiero wtedy czuć ciężar wyborów i potrzebę wymyślenia strategii wspinania. Czasem trzeba podejmować trudne decyzje lub uciekać z jakiegoś miejsca przez, przykładowo, złe warunki pogodowe.

    Podsumowując, gra jest warta uwagi nie tylko fanów wspinaczki górskiej, ale i miłośników strategii w ogóle. Myślę, że jej uniwersalność i w miarę krótki czas rozgrywki daje dużo możliwości do grania w nią w towarzystwie osób nie mówiących po polsku, jak i na imprezach. Gra nie jest skomplikowana, a na wytłumaczenie reguł nie trzeba poświęcić dużo czasu. Instrukcja na ostatniej stronie zawiera skrócony zapis wszystkich faz tury, dlatego nie trzeba niczego pamiętać czy szukać po całej instrukcji. Dawno się tak dobrze nie bawiłam, dlatego z czystym sumieniem mogę „K2” polecić.