Fantastyka

  • Złoty Gryf pod patronatem

    Białystok - to miasto nieczęsto gości na konwentowej mapie Polski. Pora to zmienić i zaprosić Was na białostocki dzień fantastyki, znany szerzej jako Złoty Gryf, który objęty został naszym patronatem medialnym. To jednodniowe wydarzenie o charakterze konwentu obfitować będzie w naprawdę sporą ilość atrakcji, podzielonych na osiem bloków tematycznych: blok fantastyki, blok azjatycki, blok anglojęzyczny, blok naukowy, blok konkursowy, blok bitewny, blok planszowy, blok warsztatowy oraz blok konsolowy, dlatego z całą pewnością nie zagości na nim nuda.  Więcej szczegółów zdradzić jednak nie zamierzamy, bowiem poznacie je już 13 maja.

  • Poniedziałkowy Flash Konwentowy #27

    Majówka w pełni i nawet pogoda jakby trochę lepsza, dlaczego by zatem nie sprawdzić, gdzie można się wybrać w następny weekend? Pomoże Wam w tym nasz Poniedziałkowy Flash Konwentowy, w którym pojawił się częstochowski Star Wars Day.

  • Recenzja książki: Vladimir Wolff - „Minuta przed północą”

    minutaprzedpolnoca

    Vladimir Wolff - „Minuta przed północą”

    warbookAutor: Vladimir Wolff
    Wydawnictwo: Warbook
    Liczba stron: 320
    Cena okładkowa: 36,90 zł

     Jednym z pisarzy, którzy mieli największy wpływ na współcześnie rozumianą fantastykę postapokaliptyczną (nie piję tu do ojców gatunku, jak Zelazny, Tevis czy Priest) jest dziennikarz i publicysta z Rosji, Dymitr Głuchowski. Wykreowana przez niego w „Metrze 2033” wizja podziemnego życia po wojnie okazała się istnym strzałem w dziesiątkę, zapoczątkowując nie tylko jeden z bardzo popularnych cyklów, ale wręcz całe uniwersum, w którym swoje powieści miały osadzać dziesiątki aspirujących twórców. Jak się jednak okazuje, „szkoła Głuchowskiego” to nie tylko zapaleńcy opowiadający swoje historie w świecie wykreowanym przez Rosjanina, ale też liczni naśladowcy. Swoich sił w tej konwencji postanowił spróbować również Vladimir Wolff, do tej pory autor powieści sensacyjnych i political fiction – jego nowa powieść, „Minuta przed północą”, to właśnie postapokalipsa.

    Matthias Holt i Hans Gruber są stalkerami – w świecie po wojnie atomowej rozumianymi jako straceńcy, którzy wyruszają na spustoszoną powierzchnię, by pośród ruin szukać skarbów minionej epoki. Ich domem jest Berlin, a właściwie tunele podmiejskiego metra zamieszkiwane przez ledwie trzydzieści tysięcy osób, wiecznie cierpiących głód i niedostatek, toczących ze sobą małe ideologiczne wojenki w ciasnym podziemiu. Kiedy podczas rutynowej wyprawy pracodawca dwójki awanturników ginie, a w ich ręce dostaje się dziwny rysunek techniczny, dowiadują się o istnieniu – gdzieś na południu Niemiec – przedwojennych bunkrów przygotowanych właśnie z myślą o nadchodzącej wojnie. W założeniu miały być składem zapasów umożliwiających dużej grupie ludzi przetrwanie trudnych czasów, może nawet budowę nowego świata na ruinach starego. Zaciągnąwszy parę długów i wplątawszy się w kłopoty, przez które w metrze robi się dla nich zbyt gorąco, dwaj komandosi wyruszają na ryzykowną wyprawę, która ma przynieść im bogactwo albo śmierć. Nie spodziewają się jednak, że poszukiwany przez nich schron jest czymś zupełnie innym...

    O „Metrze 2033” nie wspomniałem przypadkowo – chociaż nigdzie nie ma ani słowa wzmianki o tym, jakoby powieść Wolffa osadzona była w uniwersum Głuchowskiego, trudno oprzeć się wrażeniu, że wpływ „Metra” na tę powieść był olbrzymi. Tu i tam mamy do czynienia ze stacjami, z których każda stanowi osobne państwo i część ogromnej pajęczyny wzajemnych animozji. Anarchiści, neonaziści, komuniści, nawet jakiś kalifat... Po powierzchni hasają w najlepsze wykręcone mutanty i ludzie przypominający żywe trupy, zaś największymi bohaterami zatęchłego lochu są stalkerzy, którzy, niezrażeni niezbyt przyjazną florą i fauną, brną w ten radioaktywny śmietnik, aby wyrwać z jego trzewi coś, co uczyni życie łatwiejszym. Ma to swoje dobre i złe strony – jeśli ktoś „Metro” polubił, tutaj poczuje się jak w domu. Jeśli zaś nie...

    Fabularnie jest względnie solidnie, ale bez rewelacji. Pojawia się kilka nieoczekiwanych zwrotów związanych z ukrytymi dążeniami bohaterów, dość oklepany wątek nadprzyrodzony z udziałem młodego towarzysza dwójki komandosów o wdzięcznym imieniu Nerd, zalatujący lekko paranormal horrorem w japońskim wydaniu, trochę transobscenicznych okropności oraz całkiem obrazowe opisy nagłej, paskudnej śmierci, jaka spotyka różnych członków wyprawy w poszukiwaniu przedwojennych skarbców. Raz czy dwa razy przyszło mi zazgrzytać zębami, kiedy szczęśliwe zbiegi okoliczności spychające bohaterów na właściwy tor albo ratujące ich z opresji wydawały mi się zbyt nieprawdopodobne – nawet mimo ich późniejszego wyjaśnienia do końca towarzyszyło mi poczucie złamanej imersji i świadomość, że to tylko książka.

    Sytuacji nie poprawili jej bohaterowie. Chociaż przekomarzanki Holta i Grubera dają czasem powód do uśmiechu, ani jeden, ani drugi nie ma w sobie nic, co czyniłoby go postacią barwną, ciekawą – ot, typowi wymachujący bronią twardziele, jakich pełno w tego typu opowiastkach. Podobnie jest z całą masą bohaterów drugoplanowych – jednakowo szarych, brudnych, definiowanych jedynie przez swoją chęć przetrwania, która, jak to w postapo bywa, popycha ich do różnych okropności. Z żadnym z nich nie sposób sympatyzować, żaden też jakoś szczególnie nie zapada w pamięć.

    Z moich narzekań moglibyście wywnioskować, że „Minuta przed północą” jest powieścią beznadziejną. Otóż nie jest – jasne, mogłaby być dużo lepsza pod kilkoma względami, ale skłamałbym mówiąc, że ani przez chwilę nie bawiłem się dobrze podczas lektury. Nową książkę Wolffa mogę szczerze polecić fanom Uniwersum Metro – tacy bez żadnego powodu odnajdą się w tej wizji powojennego świata i na pewno sprawi im ona sporo radości. Tym, którzy „Metra” nie strawili, pewnie lepiej będzie po prostu poczytać coś innego – nie znajdą tu niczego, co przekonałoby ich do zmiany zdania. Jeśli zaś cykl Głuchowskiego ani cię grzeje, ani ziębi, z „Minutą przed północą” prawdopodobnie będzie dokładnie tak samo.

  • Pigułka Wrocławskich Dni Fantastyki

    Do Wrocławskich Dni Fantastyki jeszcze trochę czasu zostało, ale już teraz pomożemy Wam dobrze się do nich przygotować. Wszystko za sprawą niewielkiej “pigułki”, z której dowiecie się, jak nabyć bilety lub jak zostać wolontariuszem. Pojawią się też smoki.

  • We want YOU to help "ANGEL.A"!

    Nie tak dawno temu pisaliśmy o polskim projekcie filmowym z gatunku science-fiction - “ANGEL.A”. Jest to film tworzony z pasji, dzięki któremu twórcy chcą przełamać panujący w naszym kraju stereotyp, iż bez wielkiego budżetu nie da się zrobić interesującego kina z gatunku fantastyki naukowej. Sama pasja czasem jednak nie wystarczy, dlatego teraz macie okazję dołożyć do niego swoją cegiełkę i stać się częścią projektu.

    Wszystko za sprawą zbiórki prowadzonej za pośrednictwem portalu PolakPotrafi.pl, gdzie do 26 maja możecie pomóc “ANGELI” stać się rzeczywistością. Poza opisem fabuły i zwięzłym przedstawieniem tego, co już udało się przygotować, znajdziecie tam także sylwetki twórców i aktorów, razem z charakterystyką ich pracy i dotychczasowego dorobku. Nie chcemy zdradzać za dużo, ale z pewnością są to osoby, które znają się na swoim fachu.

    Podobnie jak na innych stronach tego typu, sami wybieracie kwotę, jaka ma powędrować na konto projektu, a każda z nich wiąże się z inną nagroda. Chcieliście kiedyś zobaczyć swoje nazwisko w napisach końcowych filmu? Teraz macie taką okazję! Wcielcie się w rolę mecenasów kultury i pokażcie, że nie jest Wam obcy los polskiej kinematografii!

    ANGEL.A

  • Poniedziałkowy Flash Konwentowy #26

    No hej, jak Wam mija poniedziałek? Jakby nie mijał, zapraszamy do zapoznania się z naszym Poniedziałkowym Flashem Konwentowym, w którym przyszła pora na kilka słów  o największym w Polsce konwencie miłośników fantastyki, który zwie się Festiwal Fantastyki Pyrkon. Fanów seriali zainteresuje też pewnie krakowski SerialCon.

  • Recenzja książki: Jacek Łukawski - „Krew i stal”

    krew i stalJacek Łukawski - „Krew i stal”

    sqn Autor: Jacek Łukawski
    Wydawnictwo: SQN
    Liczba stron: 384
    Cena okładkowa: 34,90 zł

    U podnóża Smoczych Gór, w starym, zapomnianym klasztorze ukryty jest artefakt, który może zmienić porządek świata. Z twierdzy granicznej królestwa Wondettel wyrusza z misją ratunkową niewielki oddział żołnierzy. Przewodzi mu zaprawiony w bojach Dartor, ale prawdziwy cel podróży zna jedynie królewski wysłannik, drużynnik Arthorn. Wykonanie zadania może być niezwykle trudne, gdyż droga do klasztoru prowadzi przez Martwą Ziemię – skażoną śmiertelną magią krainę, do której od ponad stu pięćdziesięciu lat nikt się nie zapuszczał... Tak oto zaczyna się pełna niebezpieczeństw i niezwykłych przygód wyprawa. Brzmi sztampowo? Nic bardziej mylnego, gdyż ta ekspedycja to dopiero początek historii, jaką serwuje nam w swoim literackim debiucie Jacek Łukawski. Dokłada do tego króla na łożu śmierci, niezadowoloną ze swego losu księżniczkę, dworskie intrygi, planowany zamach stanu i tajemniczych szarych ludzi zza Martwej Ziemi. W dodatku trup – nie tylko ludzki – ściele się tu gęsto.

    Historia fabularna rozwija się powoli, odsłaniając kolejne wątki opowieści i ujawniając elementy niezbyt rozległego, choć interesującego quasi-średniowiecznego świata, którego klimat oparty jest na dość bliskich polskiemu czytelnikowi słowiańskich legendach i mitologii. Zamiast krasnoludów czy elfów mamy tu rodzime czarty, dziwożony, wiły, utopce, a także całą galerię bóstw – można tylko ubolewać nad tym, że Łukawski poświęcił im tak mało miejsca.

    Językowo „Krew i stal” w ogóle nie przypomina literackiego debiutu. Styl Jacka Łukawskiego jest plastyczny, a narracja dynamiczna, bogata w nagłe zwroty akcji. Pomagają one w budowaniu napięcia i poczucia zagrożenia, które ciągle towarzyszy bohaterom powieści, nie dając chwili oddechu ani im, ani czytelnikowi (niestety, na dłuższą metę może to być nieco męczące). Dbałość o detale w wielu wątkach, opisach stroju czy broni sprawia, że świat przedstawiony potrafi zaskoczyć szczegółowością. Ciekawy jest także sposób prowadzenia dialogów, gdyż Łukawski z powodzeniem wykorzystuje stylizację na staropolszczyznę, w dodatku różnicuje ją ze względu na bohaterów (np. wieśniacy mówią gwarą). Widać również, że autor posiada wiedzę o broni, wojskowości i średniowieczu. Niestety, opisom walk brakuje wyrazistości, często ograniczają się do technicznego przedstawienia poszczególnych ruchów bronią bądź uników, a ich zrozumienie może sprawiać trudność osobom, które na wojaczce zupełnie się nie znają. Nie przeszkadza to jednak w odbiorze całości tekstu.

    Zaletą powieści jest także delikatny humor, który powoduje, że czasami mimo woli uśmiechniemy się pod nosem, a także nawiązania do motywów z innych książek fantastycznych – któż bowiem spodziewa się tu długowłosego wędrowca noszącego na plecach dwa miecze czy samotnego dziewczęcia podróżującego przez las z wypełnionym łakociami koszyczkiem?

    Niestety, mimo wielu zalet, książka ma znaczącą wadę, a jest nią główny bohater – mało wyrazisty, pozbawiony jakiejś konkretnej motywacji do działania. Przez dłuższy czas zastanawiałam się, kto właściwie jest głównym bohaterem powieści, bo drużynnik Arthorn wydawał mi się mało istotną postacią drugoplanową. Niby poznajemy fragmenty jego trudnej przeszłości, które powracają w snach czy wspomnieniach, ale odniosłam wrażenie, iż ich wpływ na Arthorna jest niewielki. Ten właśnie bohater, żyjący w świecie, gdzie z magią ma się często do czynienia, nie wierzy, że starożytny artefakt znaleziony w zapomnianym klasztorze, może mieć jakąkolwiek moc, a niezwykłe stworzenia, o których wspominają opowieści przodków, istnieją naprawdę! Arthorn wydaje się być bezwolną kukłą, która poddaje się przeznaczeniu. Z czasem jednak można się do niego przyzwyczaić i ta jego bierność przestaje razić. Z postaciami drugoplanowymi jest podobnie – większych emocji nie budzą nawet ci, których można wstępnie określić jako złych, bo albo są „płascy”, albo wiemy o nich zbyt mało.

    Jeśli chodzi o stronę graficzną książki, to wydawnictwo SQN stanęło na wysokości zadania. Okładka ze skrzydełkami, choć „krwawa”, przyciąga wzrok. W środku mamy też mapkę fragmentu świata opisanego w powieści oraz osiem czarno-białych ilustracji wykonanych przez Rafała Szłapę. Każdy rozdział rozpoczyna się ozdobnym inicjałem, co nadaje książce eleganckiego charakteru.

    Czy warto sięgnąć po „Krew i stal”? Według mnie tak. Wartka, pełna akcji i zaskakująca fabuła, ciekawy świat, trochę tajemnic i polityki zapewnią ciekawą rozrywkę, chociaż nie będą wymagały większego intelektualnego zaangażowania (poza sytuacjami, gdy autor zaserwuje nam mniej lub bardziej zauważalne nawiązanie). Otwarte zakończenie daje nadzieję na więcej, być może nawet coś lepszego. Minusem powieści z pewnością są bohaterowie, którzy po prostu tylko są – można się do nich przyzwyczaić, ale na inne emocje nie ma co liczyć.

  • Recenzja książki: Paweł Majka - „Wojny przestrzeni”

    wojnyprzestrzeniPaweł Majka - „Wojny przestrzeni”

    genius creationsAutor: Paweł Majka
    Wydawnictwo: Genius Creations
    Liczba stron: 664
    Cena okładkowa: 39,99 zł

    Wydany w roku 2014 „Pokój światów”, debiutancka powieść Pawła Majki, znanego również z kilku książek w Uniwersum Metro, był książką, która wprowadziła coś nowego i świeżego do polskiej fantastyki. Do dzisiaj trudno jest określić dokładnie ramy gatunkowe tej pozycji, zawierającej w sobie mieszankę motywów podanych w sposób, który nawet wydawnictwo zwykło określać mianem „majkowych”. Po pierwszym tomie długo przyszło nam czekać na kontynuację, niemniej jednak te trzy lata zaowocowały powieścią kilkukrotnie przekraczającą objętością poprzedniczkę. „Wojny przestrzeni” są zaś tym bardziej specyficzne, że akcję powieści, która luźno mogłaby przywodzić na myśl urban fantasy przeniosły... w kosmos. Czyżby więc zemsta miała trwać wiecznie?

    Statek patrolowy OTG „Dorka”, na którego pokładzie chorąży Adam Drygieł ma zaszczyt przeżywać swoje pierwsze rozterki miłosne, próbując przekonać niedostępną, choć piękną jak malowanie (dosłownie) Marikę do zauważenia jego obecności w sposób inny niż oficjalny, trafia w nie najszczęśliwsze okoliczności. Któż jednak mógłby się spodziewać, że planowany postój na orbicie Kallisto, na stacji wybudowanej na szczątkach bogini Tiamat, niegdyś wskrzeszonej i z powrotem uśmierconej, okażą się dla statku i misji zgubne? Oto bowiem smoczyca za sprawą nieznanych jeszcze osób budzi się ponownie, sprawiając, że załoga „Dorki” musi się ewakuować – w wyniku czego Drygieł, wraz z wiernym, choć dość ironicznie nastawionym do życia towarzyszem Petyrem Hoygrenem, pakują się do kapsuły ratunkowej i dryfują przez kosmos prosto w ręce... piratów?

    Niemal dwieście lat wcześniej Mirosław Kutrzeba próbuje skontaktować się z księciem Markiem, rezydującym w Belgradzie i posiadającym, być może, jakieś informacje na temat Szóstego – ostatniego z ludzi odpowiedzialnych za śmierć jego rodziny. Kolejne spotkania w mieście nie dają jednak jednoznacznej odpowiedzi, mieszając mu tylko jeszcze bardziej w głowie i udowadniając, że nie on jest tu tym, który dyktuje warunki. Miasto okazuje się być punktem, w którym ścierają się różne siły – i wszyscy jednakowo chętnie pozbyliby się niewygodnego mściciela, który zdążył już im zaleźć za skórę. Muszą jednak najpierw pozbyć się Zmory...

    Sięgając po „Wojny przestrzeni” należy się szykować na naprawdę solidną mieszankę gatunkową. Jeśli ktoś czytał „Pokój światów” jakiś czas temu, może poczuć się srogo zagubiony – książka zaczyna się wątkiem „kosmicznym”, który koresponduje z poprzednim tomem tylko poprzez obecność namalowanej postaci – Mariki, która odpowiada za łączność na statku. To wybitnie absurdalny pomysł – wykorzystywać, zamiast klasycznie-nowoczesnych metod znanych z książek sf, właśnie Malowaną Moskwę. Ma to sens, ale nie jest chyba pierwszym, co mogłoby przyjść do głowy człowiekowi, który szukałby dla żyjących w obrazach ludzi zastosowania praktycznego. Wracając jednak do głównej myśli: przeskoki pomiędzy wątkami i postaciami, znane już z poprzedniego tomu, tutaj występują również, są jednak bardziej wyraźne, bo obejmują więcej czasów i perspektyw. Mamy więc panów z kapsuły ratunkowej „Dorki” w roku 2172, Malowaną Moskwę, również w przyszłości, do tego dołącza później Mars i urządzona na nim kolonia bogów pod rządami Wandy; z drugiej strony jest „przeszłość”, czyli aktualne działania Kutrzeby i ukrywający się Korycki. Wszystko to podawane jest w formie krótkich fragmentów na przemian, tworząc wrażenie chaosu informacyjnego i wymagając dłuższego czasu, aby przyzwyczaić się do takiej postaci i oswoić z wydarzeniami rozgrywającymi się na rożnych płaszczyznach. Potem już jest z górki.

    Dość absurdalny pomysł, który ujawnia już okładka, przedstawiająca, jak się okazuje, kapsułę ratunkową Drygła i Hoygrena tuż przed przechwyceniem jej przez Czarną Sarę – okręt piracki, jest jednym z najciekawszych w powieści. Obraz klasycznego od strony wizualnej statku rodzi szereg pytań, rozpoczynających się od słowa „jak” – nie należy się jednak martwić, wszystko zostało zgrabnie wyjaśnione. Pływający w próżni kosmicznej jak na falach mórz piraci, odtwarzający wciąż szanty w celu wywołania zakłóceń i obniżenia morale przeciwnika (skutecznie, chociaż bardziej niż lęk wywołując zapewne osłupienie), dowodzeni przez samego Burzymura wiozą jednak tajemnicę większą niż to, jak stary olbrzym mógł przetrwać dwieście lat i wyruszyć w rejs po kosmosie. Co tu dużo mówić – będzie się działo.

    Równie urokliwa jest Malowana Moskwa, jak się okazuje bardzo rozbudowana przez kolejnych jurodiwych malarzy. Ród Rostowów, chociaż nadal trzymający tam władzę, nie ma już monopolu na życie w obrazach, miasto rozrosło się więc i zyskało specyficzną strukturę, zawierającą, jak większość starych grodów, swoje mroczne tajemnice. Wspomniana na początku Marika szybko jednak ustępuje miejsca na pozycji głownej bohaterki Oldze Rostow, wokół której obracać się będą dzieje miasta i jego powiązań z rzeczywistością – jak się okazuje, wielu uznało Malowaną Moskwę na miejsce, w którym warto mieć jakieś kontakty.

    W obliczu tych wątków stary, „dobry” Kutrzeba okazuje się niemal nudny, a jego misja – odrobinę zbyt daleko pociągnięta. Ale tylko do pewnego momentu, w którym wszystkie fragmenty układanki zaczną do siebie pasować i odkrywa się połączenie pomiędzy wszystkimi przedstawionymi czasami. Mało mamy za to Marsjan – pan Nowakowski co prawda się pojawia, ale tylko na chwilę, reszta to kontynuacja tylko lekko zarysowanego wątku z pierwszego tomu. Organizacja Ludzkościowców ma się dobrze i obmyśla kolejne teorie odnośnie tego, co właściwie Marsjanie robią na Ziemi i czy rzeczywiście ich przybycie było tak nieudane, jak sami twierdzą. W roli spiskowców dostajemy zaś pisarzy-fantastów (z najgłośniejszymi polskimi nazwiskami na czele), którzy, jak się okazuje, widzą więcej i są przez to niebezpieczni (zwłaszcza we własnym mniemaniu). Ale i trochę racji mogą mieć.

    Co do całości muszę jednak przyznać, że odczucia miałam dość mieszane. Spowodowała to w znacznej mierze mnogość wątków, motywów i postaci, która w pewnym momencie wydawała się wręcz przesadna. Jeśli miałabym określić książkę pobieżnie, jednym słowem, byłoby to zapewne „przekombinowana”. Sporo do tego wrażenia dokłada Malowana Moskwa, będąca zbiorem elementów niekonieczne pasujących do siebie. Widzę w tym celowe działanie, które dodaje sporo do uroku powieści, stanowi jednak o jej przyciężkim charakterze, jakby przeładowanej ilością ozdobników. Również postać Olgi, która początkowo sprawiała wrażenie solidnej i charakternej, późnej okazała się bardzo powierzchowna – zamiast pewnej siebie kobiety zdecydowanej walczyć o swoje dostaliśmy panienkę, która tupie nóżką i głośno krzyczy o swojej roli, ale w rezultacie jest jedynie przerzucana pomiędzy lokacjami przez bohaterów, którzy więcej robią, a mniej mówią. Mocną stroną jest za to zakończenie – czy odkrywcze, czy banalne, każdy musi ocenić sam, dla mnie było jednak zaskoczeniem nie tylko przez samą koncepcję, ale przez to, że... się udało. Z tymi bohaterami, z ich charakterami, całą otoczką niekończącego się pościgu za zemstą.

    „Wojny przestrzeni” bardzo różnią się od „Pokoju światów”. Przede wszystkim skalą przedsięwzięcia - i nie mówię tu o samej liczbie stron, a o tym, jak szeroko została zarysowana fabuła. W tomie drugim rozmach (i stopień komplikacji) jest o wiele większy, książka jest trudniejsza w odbiorze, ale też i więcej radości z czytania jej będzie miała osoba zaznajomiona z klasyką polskiej literatury fantastycznej. Z drugiej strony powieść ta nie jest już opisem konkretnej misji, a całościową analizą konsekwencji, jakie ona wywołała, z reakcjami społeczeństwa włącznie. Jest tego dużo – ale i jest na co popatrzeć, w co się zagłębić i w czym odkrywać bogactwo szczegółów. Czy to jednak koniec historii? Niekoniecznie...

  • Jak NIE wydawać swojej pierwszej książki

    Nim zacznę wywód, pragnę poinformować, że poniższy tekst dostępny jest (wyłącznie w całości) do dowolnej niekomercyjnej publikacji. Wszelki kontakt w związku z tekstem (pytania, sugestie) pod adresem Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript..

    Nie będę koncentrował się na wszystkich możliwościach, jakie ma przyszły debiutant – skoncentruję się tylko na jednej, tej związanej z zapłaceniem za wydanie własnego tekstu. Na początek wyjaśnię, czym w ogóle jest „vanity publishing”, w skrócie „vanity” – usługa pośredniczenia w wydaniu książki. Czyli w teorii nic złego. Jednak już sama nazwa może wzbudzić podejrzenia, wszak angielskie „vanity” to „próżność” – i w istocie ten system wydawniczy ma na celu dosłownie łechtać ego autora, który pragnie ujrzeć swoje nazwisko na okładce. W końcu wielu z nas marzy o wydaniu książki, a realia rynku są bezlitosne (zwykłe prawo dżungli: przetrwają najsilniejsi).

  • Recenzja książki: Anna Hrycyszyn – „Zatopić »Niezatapialną«”

    zatopic niezatapialna

    Anna Hrycyszyn – „Zatopić »Niezatapialną«”

    genius creationsAutor: Anna Hrycyszyn
    Wydawnictwo: Genius Creations
    Liczba stron: 382
    Cena okładkowa: 34,99 zł

    Wśród książek, po które sięgam chętnie i bez potrzeby polecania rzadko zdarzają się jakieś w pirackiej tematyce. Nie dlatego, żeby temat ten w jakiś sposób mnie odstręczał - wręcz przeciwnie: mam trochę sentymentu do powieści, w których motywy morskie spod znaku czarnej bandery pełniły rolę naczelną, takiego pana Kresa chociażby. Wszystko to należy jednak do przeszłości, tej dalszej, kryjącej się często aż w mrokach moich pierwszych przygód z literaturą fantastyczną. Miło było mi więc usłyszeć, że bohaterka książki, po którą zamierzam sięgnąć, parać się ma tym właśnie zajęciem. Miała być przygoda, steampunk, pościgi, emocje, romans... Mieszanka ciekawa acz, mam wrażenie, odrobinę ryzykowna. Jak wyszło?

    „Niezatapialna” pływa po wodach Krainy Jezior i Rzek jako jeden z bardziej uprzykrzonych jej elementów. Jest bowiem statkiem pirackim z nietypową jednakowoż załogą: złożoną w całości (no, prawie!) z kobiet. Poznajemy ją w chwili, gdy ucieka przez ścigającym ją okrętem Straży. Kapitan Jollienesse Rożnowski ma jednak wiele asów w rękawie – parowiec pod jej komendą potrafi czynić sztuczki, o jakich się miejscowej władzy nie śniło, więc łatwo znikają z oczu ścigającym, bezpiecznie i w ukryciu zawijając do portu w Prato. Odpoczynek w karczmie przynosi jednak złe wieści – wielcy tego świata postanowili przestać się cackać z piracką plagą, pozbawiającą ich sporej części zysków z handlu. Pirackich załóg w okolicy jest wiele, jednak „Niezatapialna” wyróżnia się na ich tle i składem, i zajadłością w działaniu, to ona zostaje więc wybrana na pierwszy cel. W dodatku zaostrzone zostaje prawo – od teraz każdy, na kogo padnie podejrzenie, iż pomaga piratom, może zostać stracony bez sądu. Posiadające wielu przyjaciół na lądzie dziewczyny z „Niezatapialnej” muszą więc uciekać – tym prędzej, że przygodnie poznany w czasie tańców w karczmie mężczyzna, z którym Nes spędziła noc, okazuje się być kapitanem Straży, wysłanym w celu ujęcia jej.

    Dziewczyny stają więc w obliczu coraz trudniejszych czasów. To nie to, że przyjdzie im uciekać przed „byłym” pani kapitan, która podejrzanie często oglądać się będzie za siebie, roniąc łezkę lub dwie. Romans jest i to w nie najmniejszej ilości, nie można mu jednak odmówić pewnego uroku, który kojarzy się raczej z Pocahontas i Johnem Smithem niż Romeem i Julią, chociaż i jedna, i druga, i nawet trzecia opowieść to klasyka przyciągających się przeciwieństw i łączenia zwaśnionych rodów. Pozornie, bo jak Indianka i Europejczyk nie bardzo mieli swój happy end (co w sumie zależy od wersji...), tak Nes i Felix Ucelli raczej będą stawać przeciwko sobie niż współpracować, a jeśli już, to w warunkach mocno niesprzyjających. Wątek ten jednakowoż najczęściej po prostu się gubi w chaosie ogarniającym okoliczne ziemie (i wody w sumie też). „Zatopić »Niezatapialną«” to nie tylko, a nawet i wcale nie radosne przygody ekipy piratek na wodach Palude – to przede wszystkim całość wzajemnych oddziaływań, jakie wywierają na siebie piracka działalność i polityka państwa im przeciwnego, z przyjaznymi portami jako miejscem ścierania się wpływów.

    Z obaw, jakie mogłam żywić co do żeńskiej załogi parowca nie sprawdziła się niemal żadna. Panie są odpowiednio umiejętnie, znają swoje rzemiosło i żadne z nich delikatności. Bohaterek jest jednakowoż dosyć dużo, i chociaż na początku zostają już wymienione z imienia i funkcji, trzeba chwili, żeby się we wszystkich rozeznać. Ich imiona to też zbiór niezwykłości – od bajecznej Jollienesse, przez egzotyczną Zijeme czy Darnę, aż po „zwykłe” Kass i Maritę. Stanowią one też bardzo zróżnicowaną pod względem charakterów bandę, z której najbardziej przypadła mi do gustu Heile, o której wiele można się dowiedzieć w trakcie opowieści, chociaż niedługo przyszło mi się cieszyć jej osobą – oraz Gracja, lekarka, pozornie zrzędliwa, ale zdecydowanie posiadająca dla ekipy miękkie serducho. Nie można zapomnieć i o v’Ankarze, drobnym człowieczku o bystrym umyśle, jedynym mężczyźnie na statku, zagonionym przez panie „do garów” i doskonale radzącym sobie ze swoją robotą.

    Postać Nes Rożnowski nadaje całości sens i ciągłość - jej przeszłość, obecna, bardzo kontrowersyjna sytuacja, nie tylko jako piratki, ale też córki znanego rewolucjonisty, która miała zniknąć i nie dawać o sobie znaku opinii publicznej. Nes zdecydowała się występować pod własnym nazwiskiem, wywołując zamieszanie w dwójnasób – poglądy jej ojca, będącego raczej idealistą niż specem od intryg (co zresztą doprowadziło go do dość paskudnego końca, pozbawiając żonę i córkę czegoś więcej niż tylko wygód stanu szlacheckiego), pozostają żywe i aktualne wśród uciskanego ludu. W kraju zaczynają szerzyć się bunty, krwawo tłumione przez władzę. Siłą rzeczy panna Rożnowski znajdzie się więc gdzieś w centrum tego chaosu, otoczona przez ludzi, którzy więcej od niej wiedzą o tym, jakie tajemnice kryje jej pochodzenie. Trochę pod naporem zmian losowych poruszonych w niej powieść zmienia też charakter – z czysto awanturniczej na polityczno-przygodową. Czego było mi trochę żal, jako że dziejów załogi „Niezatapialnej” w pełnym składzie i czysto korsarskim charakterze chętnie poczytałabym więcej. Co nie znaczy, że zmiana ta jest zła.

    Poruszyć trzeba by też kwestię męskiego pierwiastka powieści, czyli kapitana Ucellego. Mieszane uczucia wzbudza ten pan, jako że jest dobry i... niedobry. Z jednej strony bardzo „romansowo” przedstawiony – twardziel, przystojniak, och ach, po pierwszym rozdziale już wiem, że go nie lubię – potem pokazuje więcej charakteru. Powtarzające się aluzje do tego, jak dorobił się stanowiska kapitana, wzmianki o jego rodzinie i to, jak na nie reaguje sprawiają, że dopiero tu staje się interesujący, pokazuje też ludzkie oblicze. Trzeba też przyznać mu punkt za to, że jest w swych działaniach konsekwentny i nie kieruje się własnymi chęciami, a zasadami – a i tego nie robi bezmyślnie. Tymczasem autorka nie należy do bogiń łaskawych i nie wybacza błędów, więc i on, i reszta nie raz dostaną od życia po tyłku – za głupotę i za niewinność. To się chwali, żadnych cudów, żadnego głaskania po główkach. Może to fantastyka, trochę ładna, trochę romantyczna, ale jednak pisana przysłowiową twardą ręką.

    Cóż dodać? Bierzcie i czytajcie. „Zatopić »Niezatapialną«” to przygoda zakończona – tak mi się przynajmniej wydaje, bo nie zanosi się na to, by miała powstać kontynuacja po TAKIM zakończeniu, ale przyznam, że chętnie przeczytałabym o dziewczynach coś więcej. Coś o latającej swoją skrzydlatą maszyną Kass, zadziornej Fraan czy wiernej Heile... A najlepiej o wszystkich razem. Za taką opowieścią po prostu się tęskni.

  • Poniedziałkowy Flash Konwentowy #25

    Mamy nadzieję, że nie zmokliście dziś aż tak bardzo. I nie chodzi tu jedynie o specyfikę tego dnia. Poniedziałek to jednak poniedziałek, a więc pora na kolejny Poniedziałkowy Flash Konwentowy, w którym pojawił się konwent Chorcon, XI Dni Japońskie, Małopolska Konferencja Produkcji Gier i II Światowy Dzień Gier Planszowych. Jest zatem z czego wybierać.

  • Patronat medialny nad XV Zamojskim Spotkaniem z Fantastyką

    Niewiele jest miejsc tak dobrze pasujących do wydarzeń fantastycznych, jak Zamość. Nazywane Padwą północy, to renesansowe miasto stało się gospodarzem ZSzeF, czyli Zamojskich Spotkań z Fantastyką, które w tym roku zorganizowane zostaną już po raz 15. Jubileuszowa odsłona wydarzenia, odbywająca się między 15 a 17 września, objęta została naszym patronatem medialnym, bo chyba trudno wyobrazić sobie podobną imprezę bez smoków, prawda? Nam z pewnością tak.

     

  • Ostatnia Cytadela, czyli nim będzie za późno

    W ten świąteczny dzień mamy coś dla wszystkich fanów postapokaliptycznych klimatów. Jeżeli w Twojej głowie kłębią się pomysły i historie związane z tematem globalnej katastrofy oraz tego, co stanie się po niej, a do tego jesteś w stanie w ciekawy sposób przelać te pomysły na papier, z pewnością zainteresuje Cię organizowany przez festiwal Cytadela i wydawnictwo Fabryka Słów konkurs na opowiadanie.

    Każda praca powinna zmieścić się w 30.000 znaków (razem ze spacjami) i oczywiście być napisana w klimacie postapo.  Prace do 30 kwietnia należy wysłać na adres: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript., tytułując ją: Ostatnia Cytadela – konkurs literacki + imię i nazwisko. Koniecznie też zapoznajcie się z regulaminem konkursu.

    Dla zwycięzców przewidziano pakiet interesujących nagród, takich jak wejściówki na festiwal Twierdza, publikację opowiadania w formie e-booka, książki, a nawet wejście do stałego grona autorów Fabrycznej Zony.

    Patronat honorowy nad konkursem objął Michał ‚Meesh’ Gołkowski.

    Ostatnia Cytadela

  • Zgłoś atrakcje na Arkhamer

    Można już zgłaszać punkty programu do tegorocznej edycji konwentu Arkhamer. Kaliskie wydarzenie skierowane do fanów fantastyki w każdej postaci udostępniło na swojej stronie specjalny formularz, dzięki któremu macie możliwość podzielenia się swoją pasją z innymi.

    Standardowo musicie podać w nim opis atrakcji, czas trwania i zaznaczyć, jakiego sprzętu będziecie ewentualnie potrzebować. Do tego należy wybrać jeszcze blok programowy, w którym miałby znaleźć się Wasz punkt.

    Zgłoszenia przyjmowane są do 22 maja.

  • Recenzja książki: N. K. Jemisin - "Piąta pora roku"

    piata pora roku

    N. K. Jemisin - „Piąta pora roku”

    sqnAutor: N. K. Jemisin
    Wydawnictwo: SQN
    Liczba stron: 438
    Cena okładkowa: 39,90zł

    Z twórczością N. K. Jemisin nie miałem do tej pory do czynienia, choć o pisarce słyszałem już wcześniej. Wiedziałem jedynie, że książki autorki „Stu tysięcy królestw” cieszą się sporym zainteresowaniem i są popularne wśród fantastów. Mnóstwo pozytywnych opinii na temat Jemisin i jej opowieści skutecznie zachęciło mnie do sięgnięcia po jej nowe dzieło.

    Niestety, pierwsze wrażenia, jakie wywarła na mnie „Piąta pora roku”, były dość negatywne. Już od początku rzuca się w oczy wyjątkowo irytujący zabieg artystyczny, jakim jest zastosowanie narracji drugoosobowej. Rozumiem, że eksperymenty są potrzebne w literaturze tak samo, jak we wszystkich innych dziedzinach, ba – zazwyczaj ciepło przyjmuję udane przełamywanie schematów. Właśnie, udane. Niestety, w przypadku „Piątej pory roku” zabieg ten sprawia, że książkę czyta się niezwykle trudno i nieprzyjemnie.

    Na szczęście niewygodna narracja nie towarzyszy nam w trakcie całej lektury, została zastosowana jedynie w jednym z trzech wątków fabularnych. Historia bowiem jest opowiedziana z perspektywy trzech bohaterek: Essun, której mąż zabił ich syna i uciekł z córką, Sjenit – podróżującej z misją zniszczenia rafy koralowej, oraz Damayi – odrzuconej przez rodzinę z powodu nietypowych zdolności. Ostatni wątek jest zdecydowanie najciekawszy, a mimo to mam wrażenie, że jest go w książce najmniej. A szkoda, bo ta konkretna historia znacznie podnosi ogólny poziom powieści i można by ją jeszcze rozwinąć.

    Autorce należą się brawa, bo w swojej książce stworzyła świat zupełnie od zera. Bezruch, bo tak owa kraina się nazywa, ma nieliniową historię, interesujący system magiczny i rządzi się własnymi prawami. Dodatkowa porcja mojego uznania wędruje do Jemisin za to, że zamiast wykorzystywać po raz kolejny do bólu już oklepane krasnoludy czy elfy, stworzyła własną „obcą” rasę, jaką są zjadacze kamieni. Oryginalność to wielka zaleta tej powieści, jednak wiąże się z nią kolejny problem książki: przez pierwsze sto stron autorka niewiele tłumaczy, a my – jako czytelnicy – jesteśmy bombardowani mnóstwem obcych terminów, których znaczenia długo nie będzie nam dane poznać.

    Tak właśnie prezentuje się „Piąta pora roku”. Czy polecam? Raczej nie. Niestety, nawet pomimo sporej dozy oryginalności i nie najgorszej historii, książka wyjątkowo mnie zmęczyła.

  • Planszówki na Pyrkonie? Tylko z Black Monkiem!

    Pyrkonnadciąga wielkimi krokami, jednak czymże byłby on bez gier planszowych? Wie o tym dobrze Black Monk, który jak co roku nie przegapi okazji, by zaoferować jak najwięcej uczestnikom imprezy. Zajrzyjcie poniżej i sprawdźcie, co w tym roku przygotowało dla Was poznańskie wydawnictwo.

  • Recenzja książki: Ahsan Ridha Hassan - „Trupojad i dziewczyna”

    trupojadAhsan Ridha Hassan - „Trupojad i dziewczyna”

    genius creationsAutor: Ahsan Ridha Hassan
    Wydawnictwo: Genius Creations
    Liczba stron: 342
    Cena okładkowa: 34,99 zł

    Pech – słowo to oznaczać może wszystko, co złego nam się przytrafia. Skręcona kostka, zgubiony drobiazg, zapomniany ze sklepu składnik na dzisiejszy obiad - wszystko może być pechem, zwłaszcza jeśli tego typu zdarzenia następują jeden po drugim. Mówimy wtedy o kiepskim dniu, o wstawaniu lewą nogą czy innych powodach naszej niezbyt dobrej organizacji, odruchowo poszukując przyczyn gdzieś indziej. Sztandarowym przykładem takiej sytuacji jest ta, kiedy drogę przebiega nam czarny kot. Ten symbol wszelkich nieszczęść, bogu ducha winny zwierzak, który gdzieś po prostu się we własnych sprawach spieszy, staje się zaraz uzasadnieniem wszelkich następujących później przykrych zdarzeń. Pomimo tego, że nowoczesny człowiek mocno skłania się ku racjonalizmowi, takie przekonania potrafią być głęboko zakorzenione, psując radość dnia powszedniego. A gdyby tak czarny dachowiec, zamiast być heroldem pecha, miał za zadanie zwrócić naszą uwagę i kroki ku innemu celowi?

    Życie Ady kończy się w gwałtowny sposób. Jeszcze szybsza niż zwykle jazda gokartem po torze – w końcu trzeba pobić rekord! – czarny cień, który okazał się kotem siedzącym na jej drodze, gwałtowny skręt, wypadnięcie z barierek, potem błyskawiczna droga do szpitala i pobudka w białej sali, z bólem i brakiem czucia w nogach. Zrozpaczeni bliscy niedługo pocieszyli się jej przebudzeniem – po paru dniach, podczas których dziewczynie zdawało się, że widuje czarnego kota w sali, jej stan gwałtownie się pogarsza. Chwila ciemności i... Ada budzi się w zupełnie innym świecie jako Pani Klątwa, a towarzyszy jej ten sam czarny kocur, teraz twierdzący, że zbyt długo na nią czekał. Nie wiedząc, kim jest, ale powoli tracąc wspomnienia z „prawdziwego” życia, rzucona zostaje w wir wydarzeń - rozpoczynających się poszukiwaniem zaginionej Lilki, córki Patrycjusza.

    Wprowadzenie do historii, przedstawiające Adriannę jako aktywną, pełną życia dziewczynę, której dotychczasowe życie kończy się w tak nagły sposób, szybko przechodzi w mniej realny świat, w którym przenikają się wpływy rzeczywistości i najdzikszych wytworów wyobraźni. Tu dopiero zaczyna się zabawa, a ponieważ Pani Klątwa sama początkowo niewiele wie, to i czytelnik nie ma szans na zagubienie się w ilości nowych motywów. Wszystko odkrywać będziemy razem z główną bohaterką, z jej punktu widzenia. Pani Klątwa to zresztą bardziej zawód niż imię – jej szczególnie zdolności, pozwalające na wgląd niemalże w istotę rzeczy, sprawiają, że nie jest zbyt lubiana – każdy ma w końcu coś do ukrycia. A właśnie Ada, a może raczej nie-Ada, jak będzie nazywana czasem „po drugiej stronie lustra”, będzie musiała podjąć się trudnego zadania (a raczej zadań, gdyż na jednym się nie skończy) wyjaśnienia tajemnic, które niekoniecznie powinno się odkrywać. A przynajmniej nie wszystkim jest to na rękę.

    Towarzyszy jej Chowaniec, kot, będący przyczyną jej wypadku i prowadzący ją do celu jak Kot z Cheshire Alicję, który niemal od początku stał się moim ulubieńcem z powodu charakteru (no dobrze, z powodu tego, że jest kotem również). Złośliwy, arogancki, ale w gruncie rzeczy nie tak nieprzystępny, jak można by się spodziewać, przypomina mi tego z gry American McGee’s Alice - sposobem wypowiadania się i postawą (głos tej postaci towarzyszył mi też podczas czytania), nie sposób nie skojarzyć go też z postacią Behemota z „Mistrza i Małgorzaty”, który, zdaje się, obdarzony był podobnym co Chowaniec charakterem. Duet Klątwa–kot ma wyraźnie spory potencjał w kwestii nie tylko podejmowanych zadań, ale przetrwania w ogóle, pomimo początkowych rozdźwięków. Ada z kolei jest postacią przedstawioną w sposób bardzo szczegółowy, ale też i dość zasadniczy: niewiele pozostawiono pola dla domysłów, autor miał koncepcję na niemal każdą sferę jej życia. Jej postępowanie będzie więc zawsze doskonale umotywowane i szczegółowo opisane. Powoduje to zresztą pewną przewidywalność, dość szybko poznaje się charakter Ady-Klątwy i niczym nie potrafi ona zaskoczyć – co niekoniecznie jest cechą złą.

    Poza nimi pojawia się cała plejada postaci mniej lub bardziej dziwnych, co, o dziwo, nie dzieli się tak wyraźnie pomiędzy „rzeczywistością” a „nierzeczywistością”. Intrygujący wydał mi się ojciec Adrianny, pojawiający się w historii kilka razy, choć opisywany bardziej „z boku” – przypadłość, jaka go trapi, zdała mi się sprawą bardziej wartą wyjaśnienia niż spora część zadań Pani Klątwy. Jest też Dale, czyli Prawdziwy Mężczyzna tej opowieści, taki, przed którym wszyscy ostrzegają, ale właściwie to co mogłoby się stać... Ekhm. Wątek romantyczny, który Być Musi (nie wyjaśniam, przeczytajcie sami), stanowi urozmaicenie, które nie każdemu przypadnie do gustu, zwłaszcza w odniesieniu do postaci Ady „rzeczywistej”, niemniej jednak sama postać Dale’a pachnie mi czymś tolkienowsko klasycznym, do czego trudno nie poczuć lekkiej sympatii. No i jest jeszcze Głupi Anioł, którego jest tak bardzo za mało – Panie Autor, może chociaż jeszcze jakieś opowiadanie? Świrnięty (but aren’t we all mad here?), a jednak mający w sobie coś takiego, co chciałoby się rozszyfrować nawet kosztem godzin spędzonych na próbach – jest jednocześnie uroczy i groźny w swym szaleństwie.

    Tym, co jednak najbardziej przyciąga w powieści, jest świat przedstawiony. Przenikanie się Krakowa z miastem „po drugiej stronie”, opisane jako proces zachodzący w sposób stopniowy wraz z przemianą Ady w Klątwę (a nie była to przemiana ani natychmiastowa, ani zupełna), bardzo mocno oddziałuje na wyobraźnię. Później jeszcze wielokrotnie przyjdzie czytelnikowi zatrzymać się na chwilę i zastanowić, skąd zna motyw, który właśnie napotkał. Bo też i „Trupojad...” przesycony jest nawiązaniami do literatury – klasyki i baśni, przedstawionych w różny sposób, częstokroć mocno wypaczony. Po historii Śnieżki i jej siedmiu krasnali, którzy u Hassana stanowią bandę psychicznie chorych karzełków wożących za sobą rozkładające się ciało w nadziei, że w końcu powstanie i wróci do nich (z motywem „bardzo nie dla dzieci” o stosunkach, jakie pannę z nimi łączyły, bynajmniej nie dobrowolnych, włącznie) sądziłam, że nie zaskoczy mnie nic – a jednak. Pogłębiający się, oniryczny, momentami wręcz schizofreniczny nastrój nie pozwala się oderwać. Historia Klątwy i jej misji staje się momentami wręcz drugorzędna wobec kolejnych szczegółów dotyczących świata wykreowanego przez autora. Myliłby się jednak ten, który w „Trupojadzie...” widziałby typowe fantasy – to mieszanka gatunków, jakich mało, i konwencja w tej powieści nawet nie jest łamana – ją po prostu poszatkowano i złożono od nowa.

    Książka, choć tak intrygująca, nie ustrzegła się błędów. Są to co prawda potknięcia drobne, ale wprowadzające lekką dezorientację. Przykładem niech tu będzie chwila, w której Klątwa budzi się z kotem śpiącym jej na piersi. Szturcha go, chwilę rozmawiają, po czym Ada wstaje... a kot śpi dalej. Mowa jest o przewracaniu się na drugi bok, ostrożnym odchylaniu kołdry, ale o tym, by zwierzak przemieścił się z dziewczyny na łóżko już nie. Pewną niespójność można zauważyć też już na samym początku powieści, gdy w roli głównej bohaterki mamy Adriannę, nie zaś Adrianę, jak jest to zapisane w opisie na okładce.

    „Trupojad i dziewczyna” to książka, która ma w sobie znacznie więcej niż tylko kolejną historię o przenikaniu się światów i szukaniu światła na końcu tunelu. Polecam ją szczególnie osobom, które lubują się w wyszukiwaniu nawiązań i motywów z innych dzieł literackich (i nie tylko!), bo oni będą się tu najlepiej bawić. Pozostałych również zachęcam do zapoznania się z tą powieścią, bo to po prostu bardzo dobra dziwność, a wiele takich u nas nie ma.

  • Pyrkon: Bilety kontratakują

    Do wszystkich, którzy z różnych przyczyn jeszcze nie zakupili lub utracili swój bilet na Pyrkon. Od dziś znów możecie nabyć je w przedsprzedaży, zarówno przez internet, jak i w punktach stacjonarnych!

    Sprzedaż karnetów 3-dniowych potrwa do 29 kwietnia. Kupicie je za pośrednictwem serwisu Eventim.pl, a także m.in. salonach sieci EMPiK. Jednocześnie informujemy, że wejściówki będzie można także zakupić w trakcie trwania Festiwalu. Każdy, kto chce przyjść na Pyrkon, może kupić bilet w Holu Północnym Międzynarodowych Targów Poznańskich (od strony ul. Bukowskiej).

    Kasy funkcjonować będą:

    w czwartek: 10:00-19:00

    od piątku 10:00 do niedzieli 15:00 NON STOP.

    W kasach będą dostępne bilety zarówno na 3 dni, jak i jednodniowe. Nie ma limitów biletowych – każdy może kupić wejściówkę i wejść w dowolnym momencie. Ponadto wciąż trwają zapisy na punkty programu. Wszystkie szczegóły znajdziecie na stronie wydarzenia.

  • Patronat medialny nad Warsaw Comic Con

    Komiksy, panele, goście, gry, znane osobistości internetu, smoki! Zaraz, jak to smoki? Tak, smoki też będą, a konkretnie jeden - nasz. Wszystko za sprawą patronatu medialnego, który objęliśmy nad Warsaw Comic Con. Jak pewnie pamiętacie, odbywająca się między 1 a 4 czerwca w Nadarzynie pod Warszawą impreza wchodzi w skład większego przedsięwzięcia, dlatego możecie liczyć na naprawdę sporą liczbę atrakcji. No i smoki, one też będą.

  • Funcon 2017 pod patronatem

    Funcon 2017 to wydarzenie, którego celem jest propagowanie fantastyki poprzez dobrą zabawę. Fantastyki w każdym wydaniu, przez gry, filmy, komiksy i wszelką literaturę. Każda tego typu inicjatywa ma u nas plusa, dlatego nie będzie chyba zaskoczeniem fakt, że objęliśmy Funcon naszym patronatem medialnym. A jeżeli chcecie bawić się razem z nami, wpadnijcie do Żywca w dniach 28-30 lipca. Tylko zostawcie nudę przed drzwiami.